Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 35 min czytania

Marsz na Zachód, część III z IV

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kolejne dni spędzili na przebijaniu się przez puszczę. Harker prowadził, z typową dla siebie determinacją i skupieniem. Brown z drugiej strony czuł jakby odzyskiwał grunt pod nogami. Poprzedniego wieczoru był pewien, iż zobaczył szybującą mewę. Poprawił mu się humor, a wraz z nim apetyt. Dwa dni, tylko dwa dni marszu w tej ogłuszającej ciszy i wszystko będzie już za nimi. Bram obiecał doprowadzić ich za Rejan, do Wolnego Miasta Katzburgu. Jack znał tam parę osób, które pomogłyby i mu, i rodzeństwu. Catie i Ray nie trzymali się zbyt dobrze. Przyłapał ich więcej niż raz na tym, iż odwracali się i spowalniali nieco kroku. Twarz kobiety wielokrotnie nosiła rano ślady płaczu. Ericks. Cholerny, roześmiany, martwy Ericks... Pogrążony w myślach Brown wpadł na Harkera, który nagle stanął jak wryty. - Co jest!... - zaprotestował Strażnik, po czym zamilkł gdy Łowca uniósł prędko dłoń: milcz. Harker powoli się rozejrzał. Coś w jego zarośniętej, napiętej twarzy nadawało mu wygląd psa, który zwietrzył pogoń i tylko czekał na komendę swojego pana. Cisza zaległa między konarami prastarych wiązów, które miały przeżyć jeszcze parę lat zanim pierwsze oznaki skażenia zaplamiły ich korę. Żadnych ptaków ani szmeru strumyka, jedynie słabe bzyczenie much. Nic dla zwykłego człowieka, powód wzmożonej czujności dla Charończyka. - Zgubiliśmy się - oświadczył Bram. - Aha... Nie, moment, jak to „się zgubiliśmy"? Jak... Jak to się stało?! Myślałem, że wy potraficie się tu poruszać na ślepo! Łowca uniósł wzrok w czerwone niebo. Na twarzy wykwitł wyraz frustracji i zniechęcenia. - To tylko chwilowa trudność. Prawda? - głos Catie był napięty i brzmiał jedynie trochę wyżej niż zwykle. Ray milczał. - Nie, nie... to znaczy, tak. Chwilowa - Bram westchnął - Muszę tylko odzyskać namiar, to wszystko. - Pewnie. Zapytamy o drogę w najbliższym zajeździe. Ludzie tutaj słyną z gościnności- Brown rozejrzał się wkoło. Marsz przez stepy i las nie był przyjemny, ale postój pod tym cholernym słońcem był jeszcze gorsze... - Ano. Napalą nam w kominku, gorzałki poleją. Może nawet wieprzka oprawią i będą kotlety - Bram uśmiechnął się lekko. Przewodnik przeszedł po niewielkiej polance. To był już ósmy raz gdy zawodziły go zmysły, od kiedy opuścili Salen. Do tej pory ukrywał to przed ocalałymi, gdyż okresy „ślepoty" trwały nie więcej niż parę minut; teraz minęła już ponad godzina. Doświadczał jednego z najbardziej podstawowych zjawisk, jakie dało się napotkać w tym przeklętym miejscu. Większość ludzi, bez przewodnika, prędko traciło poczucie czasu i kierunku. Chorzy, którzy podjęli się wędrówki, błąkali się po pustkowiach, ale nie w przypadkowy sposób. Ostatecznie, z czasem, każdy obracał się na południowy wschód, w stronę Źródła - Miasta Ur. Oczywiście, nikt tam jak dotąd nie dotarł, na długo przed osiągnięciem celu kończył w szponach Hordy, zabijała go choroba lub jedno z innych, bezimiennych zagrożeń. Nim poznał tę trójkę, podobne okresy dezorientacji zdarzyły mu się zaledwie trzy razy. Nigdy nie zwiastowało to niczego dobrego. - Posłuchajcie mnie. W przeciągu następnej godziny wyruszamy ponownie, ale musimy zrobić sobie tutaj przerwę. Muszę odzyskać namiar, a to trochę potrwa. W tym czasie macie być czujni jak diabeł w Noc Samhain. Rozumiecie? Strażnik westchnął cicho; gest zmęczonego człowieka, który otrzymał oczekiwaną, złą wiadomość. - Co zamierzasz? - zapytał. - Nie opuszczę tej polany, jeśli o to ci chodzi. Powiedzmy, że zapadnę w sen na jawie. Trans. Znacie to słowo? Catie pokręciła głową na nie, strażnik milczał. - Posilcie się. Nie rozpalajcie ogniska. Nie rozpraszajcie mnie. Wszystko będzie w porządku. Podszedł do Browna. - Musisz mnie strzec. Jeśli bez słowa wstanę i zacznę iść w jakimś kierunku, zatrzymaj mnie. Być może zacznę krzyczeć, a wtedy musisz zrobić wszystko by mnie uciszyć, nawet jeśli będzie trzeba mnie znokautować. Mam być cicho i nie opuścić polany, nawet jeśli będziesz musiał mnie zakneblować. - To magia, prawda? Zamierzasz tutaj odprawić jakiś czar? Łowca Czaszek kiwnął głową. - Zgadza się. Masz z tym jakiś problem? Brown wzruszył ramionami. - Jasne, że mam. Ale co poradzę? Rób co musisz. Kazałeś nam zaufać, więc to zamierzam uczynić. Po prostu... Postaraj się, żeby ci nie wyrosła nagle trzecia ręka albo coś takiego. - Postaram się - Łowca uśmiechnął się krzywo, po czym zrobił najtrudniejszą rzecz jakiej ta sytuacja wymagała: wręczył Brownowi swoją kuszę. - Nie musisz się o mnie martwić, Charończyku. Mam swój runsztynek... - Większość rzeczy, która tutaj poluje czyni to przy pomocy zapachu i słuchu. Wypal ze swojego gnata, a będziemy mieć na głowie każdego potwornego bydlaka prującego na nas z nieba i ziemi w promieniu pięciu mil. Weź to. Niech cię cholera, jeśli coś popsujesz, ale wątpię czy by ci się to udało nawet gdybyś chciał. - Lekka! - Ano. Magazynek ma w sobie osiem bełtów. Teraz jest gotowa do strzału. Gdy strzelisz, przesuwasz tę dźwignię tutaj do przodu, aż poczujesz opór, a potem mocno do siebie. Musisz tylko uważać, ona ma znacznie mocniejszego kopa niż się spodziewasz. Dasz radę? Oczy strażnika się zwęziły. - Spodziewasz się kłopotów - na wpół zapytał, na wpół stwierdził. Harker uśmiechnął się, nowa bruzda na zmęczonej twarzy starego włóczęgi. - Zawsze. Dasz radę? - Tak jest. - W porządku. Harker odszedł na środek polany. Z jednego z mieszków przy pasie wydłubał czarne zawiniątko i wyjął z niego pojedynczą, brązową kapsułkę. Skrzywił się na jej widok, wiedząc że jeśli zadziała, to czekają go dwa tygodnie z paskudnym smakiem w ustach, którego nie wypłucze nawet najsłodszy miód. - Nieważne - mruknął. Wrzucił kapsułkę do ust. Zaczął gryźć. Oddychał spokojnie, czekając na nadchodzący efekt. Podwinął rękawy, zdjął rękawice i uklęknął na obu kolanach. Umieścił dłonie z rozczapierzonymi palcami na ziemi, czując wysuszoną glebę wciskającą się pod paznokcie. Insekty buczały dookoła. Wziął głęboki oddech i rozpoczął swą mantrę, mówiąc w języku znanym jedynie w dawno nie istniejącym mieście. Wiatry północy, miecze zimna tnące, dzierżone przez lodowe Panie Ogniu południa, pożerający piaskami huraganie Orłów Demony wschodu, spętane przez śmierć zapomniane Cienie Bestie zachodu, szmaragdowe i chyże duchy Furii Powtarzał te słowa w kółko, szepcząc je cicho i kołysząc się nieznacznie. Jego umysł zapadał się w sobie i uderzał o świadomość jak morskie fale, nadchodząc i cofając się z każdą chwilą. Mózg opierał się wpływowi obcego promieniowania. Tam gdzie dotykał glebę czuć było ciepło, a jeśli wytężyło się wzrok, można było dostrzec nikły zielonkawy blask prześwitujący pod krawędziami dłoni. *** Jack wyjął kawałek suszonej koźliny i zaczął ją żuć, krzywiąc się od czasu do czasu. Wewnątrz ust porobiły mu się drobne ranki, które dodatkowo drażniła sól: efekt ubogiej diety. Unikał myśli o możliwości zachorowania na szkorbut, na dodatek na pieprzonym lądzie; i tak nic nie mogli z tym zrobić, przynajmniej na razie. Przyjrzał się przewodnikowi zanurzonemu w swej modlitwie. Oby te czary się powiodły, magia nigdy nie była warta ryzyka. Przed oczami przemknęły mu niegdyś widziane pręty klatek pokryte szronem, zaszyte oczy zwrócone ku innym światom, płomienie wspinające się ku szczytowi stosu. Czas mijał bez niespodzianek. Minuty wlokły się jak kuśtykający muł. Przypominający pszczołę owad o czarnym odwłoku usiadł mu na ramieniu, prędko zmiażdżył go z obrzydzeniem, jednak prędko pożałował tej decyzji. Kilka innych insektów zleciało się do zniekształconej miazgi; chwytały w swe odnóża i żuwaczki kawałki chitynowego ciała pobratymca. Owady z kanibalistycznymi zapędami szybko oczyściły jego rękaw po czym, syte, odleciały. Po jakimś czasie podszedł do Catie, która uśmiechnęła się do niego blado. - Jak się trzymacie? Nie rozmawiamy ostatnio za dużo - rzekł Brown. - Nic dziwnego. Żaden z tego piknik - odpowiedziała. Dłonie trzęsły się jej nieco. - Nie powinno nas tu być, Jack. - Wiem. - Ciągle myślę o Salen. O dawnym życiu. Zaczynam być wdzięczna staremu Jacobowi, za to że nauczył mnie czytania i pisania. Gdy stąd wyjdziemy, spiszę to wszystko, a potem zakopię. Nie wiem czemu, ale ta myśl daje mi ukojenie. Brown nie odpowiedział. - Miałam dobre życie z Ericksem. Cholernie dobre. Nigdy mnie nie uderzył, wiesz? Nawet gdy był pijany jak świnia. Ile dziewczyn może to powiedzieć? Veska przychodziła do szwalni z nowym siniakiem każdego dnia. Tak samo Lana... a teraz ich nie ma. Brown poczuł się strasznie nie na miejscu. Nie czuł się dobrze w roli spowiednika, a kolejne słowa wychodzące z ust Catie przynosiły im obu więcej wspomnień i towarzyszącego im bólu. Takie wyznania nie miały miejsca, gdy we trójkę starali się przeżyć w Salen, a jednak z każdym kolejnym krokiem jej umysł wracał do miejsca gdzie się urodziła, do tych kątów, których nienawidziła, które kochała, a także do tych, które były zupełnie obojętne. - Kiedyś byłam z Agnes, pielęgniarką, gdy stara Chambersowa rodziła. To był chłopiec, wiesz o tym Jack? Ale nie przeżył. Śnię o tym, tak samo często jak o Ericksie. Agnes, z rękami unurzanymi we krwi.. Aż do momentu, bo ten poród... on nie powinien był nastąpić. Dzieciak, którego wyjęłyśmy darł się, ale był tylko zniekształconym, purpurowym ciałem. To brzmi potwornie, ale tylko to pamiętam... Wcześniak... Wyszło na świat zanim było na to gotowe, a my je stamtąd wyrwaliśmy. Umarł. - My wciąż żyjemy, Catie. - Nie mogę przestać myśleć o powrocie. Tego się najbardziej boję, wiesz? Obudzę się pewnego ranka, sama w tym cholernym, strasznym świecie, a gdy pójdę przed siebie ujrzę Salen... - Jeszcze tylko dwa dni przed nami. Katzburg to duże miasto, pomogą nam tam. - Wiem, że obiecałeś mojemu mężowi, że się nami zajmiesz. Nie odpowiedział. Przypomniał sobie swojego przyjaciela, szczupłego, ciemnowłosego młodzieńca, za którym panny strzelały wzrokiem nawet po ożenku z Catie. Mówi się, że mężczyźni nie dojrzewają, jedynie rosną. Taki był Ericks, nawet gdy prawe oko przysłaniał mu wrzód, a z każdym słowem z ust unosiła się krwawa mgiełka. Obiecał mu, że się zajmie Catie, to prawda. Chwilę po złożeniu tej obietnicy wyszedł do salonu, chcąc wsadzić sobie pistolet do gęby i wypalić. - Dziękuję - powiedziała. Przez chwilę widział ją taką jak dawniej, piękną i szczęśliwą. Pochylił się i pocałował ją lekko w czoło. Gest ten zaskoczył go prawdopodobnie równie mocno co ją. - Ericks był pijusem i zachowywał się jak gówniarz, a ożenek z tobą był najmądrzejszą decyzją jaką podjął. Byłby ze mnie gówniany dżentelmen, gdybym pozwolił ci tam skisnąć. Dojdziemy do Katzburga... I tobie też należą się moje podziękowania. Bez ciebie i młodego? Nie przeżyłbym. Zabiłbym się, zdrowy czy chory. Pomogłaś mi, ja pomogłem tobie. Ręka rękę myję, więc... Dziękuję. Otworzyła usta, chciała odpowiedzieć, jednak wtedy odezwał się Ray. Do tej pory siedział obok dziewczyny, ale teraz wstał jednym, zadziwiająco płynnym ruchem i spojrzał się w oczy Brownowi. - Idą - powiedział. - Co? Ktoś przebiegł za drzewami, daleko za plecami Raya. Brown poderwał się gwałtownie na równe nogi. Odwrócił się, gdy kolejny ruch mignął mu na granicy spojrzenia. - Cholera!... Catie, zostaw plecak. Idziemy, już. Czuł się obserwowany. Jakby ktoś wbijał mu nóż w tył głowy. W gardle poczuł rosnącą gulę. Owady umilkły. Rodzeństwo, trzymając się za dłonie, podbiegło razem z nim na środek polana, w stronę łowcy. Brown miał ochotę wyszarpnąć pistolet, jednak pomny na ostrzeżenie Harkera, zrezygnował z tego. Był zbyt nerwowy. Ściółka zaszeleściła pod szybko poruszającymi się stopami. Zbliżył się do przewodnika, pogrążonego w swej mantrze. - Chyba... Ktoś biegł w jego stronę. Usłyszał cichy tupot nagich stóp za swoimi plecami, który zbliżał się w zastraszającym tempie w jego stronę. Harker nagle oderwał się od ziemi, złapał za swą broń i wyrwał ją z dłoni strażnika - oczy przewodnika były rozszerzone do granic możliwości, a z kącika ust ciekła ślina. Ruchem szybszym niż krzyk wyrywający się z ust Browna, wycelował i pociągnął za spust kuszy. Powietrze rozdarł świst, a bełt z matowo-srebrnym grotem wbił się w czoło pędzącego na nich truchła. Chudy stwór ubrany był w zniszczony garnitur trumniarza, a płonące żółcią oczy zgasły, gdy pocisk przebił się przez czaszkę i powalił martwiaka na ziemię. - O boże, o boże- Catie powiedziała dwukrotnie i zamilkła. Las za nimi pociemniał od zbliżającej się Hordy, setek dygoczących ciał kierujących się na czwórkę wędrowców. Żaden nie wyglądał tak samo, jedynie żółty blask w ich oczach był identyczny. Niektórzy nadzy, inni odziani w resztki ubrań, które nosili za życia. Wyli, krzyczeli, płakali, warczeli. Fala szła na nich nierównym marszem, jednak między szeregami dało się dostrzec szybszy, gwałtowniejszy ruch. - Idźcie. Idźcie! Brown, zachód jest tam! - wskazał kierunek- Zostawcie rzeczy, biegnijcie. Odciągnę ich - Łowca Czaszek zgarnął rękawice i wepchnął je za pas. Chwilę później następny bełt świsnął i zakończył żywot martwiaka z tatuażem słońca wokół oka. - Nie przegonimy ich! - Właśnie, że tak! Pobiegną za mną, nie kłóć się tylko wiej! Kazałem ci sobie zaufać, zrób to! Na zachód, tak jak pokazuję! Zaufaj mi! - Jack, Ray... - głos Catie był cichy. Zbyt spokojny. - Wezmę go na plecy - Brown zrezygnował z kłótni - Jestem tuż za tobą. Biegnij! „Zaufaj mi". Słowa te zadźwięczały mu w głowie, gdy poderwał dzieciaka. Był przerażająco lekki. Zaczął biec we wskazanym kierunku i zaryzykował spojrzenie za siebie. Setki umarłych. Był środek dnia, jednak ledwo widział ich indywidualne sylwetki. Tysiące wpatrzonych w niego, płonących spojrzeń. Zbliżali się do niego, a Harker zniknął z pola widzenia. Gdzieś za sobą usłyszał huk eksplozji, a potem drugi, odleglejszy. Ktoś wrzasnął ogłuszająco i zamilkł nagle. „Zaufaj mi." Zaczął biec, lekko pochylony przez swój ładunek na plecach. Szabla uderzała go w udo, a wzrok utkwił w plecach Catie, która mknęła prosto przed nim. Słyszał kroki za sobą, raz oddalające się, raz zbliżające, a wycie prawie rzuciło go parę razy na kolana. Nie chciał zerkać za siebie, dostrzec bladych ramion wycelowanych w niego, sięgających, wykrzywionych palców. Przeskakiwał powalone konary i z każdym oddechem dziękował, iż się nie potknął. Dotrzymywał kroku dziewczynie, ale musiał więcej niż raz skorygować jej kierunek. Czy był pewien, że dobrze ją kierował? Wieczna Korono, czy nie skręcił za bardzo, czy nie odbił na północ? Dotrzymywał jej kroku, ale to nie mogło potrwać długo.... Usłyszał za sobą śmiech, odbijający się od drzew chichot dziesiątek dzieci, jak dzwonki. Setki dzwonków, które oślepiały go swoim dźwiękiem. Zostawił nas. Harker musiał się zgubić, a gdy nadeszła Horda, oddał ich w ofierze dla martwego boga, za którą kupił sobie życie. Brown nie przestawał o tym myśleć, nawet gdy było coraz trudniej oddychać, a ból głowy rozsadzał go jak zamarznięta woda beczkę. W Salen mieliby szansę, zabarykadowaliby drzwi, przetrzymali te monstra. Byli coraz bliżej. Pot lał się z niego strumieniami. Chyba się ściemniało. Czy byli coraz bliżej? Nie chciał patrzeć za siebie. Tylko w plecy Catie, tylko... Śmierdzące ciało, prawie dwukrotnie cięższe od niego wypadło zza drzewa i staranowało Browna. Mężczyzna sapnął zaskoczony i przetoczył się na plecy (wybacz, Ray...) po czym poderwał na równe nogi. Chłopak, bełkoczący, podpełzł do niego na czworakach i chwycił się pasa. Catie zatrzymała się, krzyknęła „Jack!" Potwór miał na sobie grube spodnie kowala, zgubił gdzieś jeden but. Szeroki brzuch pokryty łuszczącą się skórą wylewał się zza pasa. Broda otaczała zwisającą szczękę nadającą martwakowi wyraz zmartwionego idioty, wystawały z niej kły. Istota wrzasnęła i doskoczyła do Jacka. Ten wyciągnął szablę, która świsnęła i ugodziła martwiaka w skroń. Stal zagłębiła się w gąbczastą masę i powietrze wypełniła czarna krew. Stwór zawył, brzmiało to niemal jak jakaś mowa, której Brown nie chciał zrozumieć. Mężczyzna wycofał się, prawie potykając o Raya. Zadał cios, który zgasił żółtą lampę prawego oka. Kopnął martwiaka, powalając go na ziemię. Ostrze szabli zamigotało pod szkarłatnym słońcem i rozorało łeb potwora na pół. Oboje znieruchomieli. Brown z trudem oddychał. Nie miał siły, a fala stała niecałe trzydzieści kroków za nimi. Oczekiwali. „Oddaj nam chłopca..." Mężczyzna przełknął ślinę głośno. Oczy. Tysiące zniczów martwych. „Oddaj nam dziecko... oddaj go... Jest nasz..." „Może uciekniesz... może nie..." „Jest nasz!" „Prosimy..." „Chcemy" „Żądamy!" „Teraz!" „JUŻ!" Miliard głosów szeptało do niego. Wszystkie mieszały się, mamrotały komendy, prośby, błagania, wyrażały Wolę Hordy. Jakaś dziewczyna krzyczała. To nie miało znaczenia. Tylko śmierć, śmierć, która dopadnie w swe objęcia każdego. Umarli czekali. Przez chwilę wydawało mu się, że wśród drzew widzi wysoką, wychudzoną postać bez twarzy, połączoną czarną nitką z każdym z martwiaków. Brown otarł krew cieknącą z nosa i wyszarpnął pistolet z kabury. Trzy pociski. To było dość. Dla niego, kulącego się, skamlącego chłopca i wrzeszczącej kobiety. Wystarczy dla każdego. Horda ruszyła. Z jej ściany wystrzeliło kilku biegnących, każdy z tatuażem słońca. Ostatkiem sił Brown wycelował w najbliższego z nich, rzucając ostatnie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Marsz na Zachód, część III z IV — czytnik · opowiadania