Akcja · 44 min czytania
Marsz na Zachód, część IV z IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Kiedy Brown się obudził, zdążyło się już ściemnić. Zza otwartych wrót dochodził szum deszczu. Rześki zapach ulewy mieszał się z starą, stęchłą wonią dochodzącą z ustawionych rzędem boksów, którą pozostawiły po sobie od dawna nieobecne zwierzęta. Był też inny zapach, którego nie mógł przez długą chwilę rozpoznać, dopóki spojrzenie nie padło na siedzącego parę stóp od niego Harkera.
Ich przewodnik palił fajkę.
Brown został przywiązany do jednego ze słupów podtrzymujących strop, podobnie jak Catie naprzeciwko niego. Jej broda wciąż opierała się o pierś, a oczy były zamknięte. W nikłym świetle lampy naftowej, Strażnik nie dostrzegł by dziewczyna miała na sobie jakieś oznaki... zbezczeszczenia. Widok ten ulżył mu, ale tylko niewiele. Nie wyczuwał na sobie żadnych ran. To też dobrze. Myśli nie przysłaniała mgła, a mimo strachu powoli pełznącego po kręgosłupie Strażnika, myśli o podjęciu walki i ucieczce zaczęły płynąć coraz szybciej, jak wczesnowiosenny potok.
Łowca Czaszek siedział tyłem do Browna, na samym środku stajni. Na kolanach spoczywała kusza. Przed nim majaczył jakiś inny kształt, ale z tej pozycji Jack nie mógł go dostrzec.
- Ty... - zaczął Brown, a oprawca odwrócił się w jego stronę.
- Milcz.
Charończyka otaczał ten sam płaszcz spokoju, którym otulał się zawsze w obliczu walki. Skupienie na jego pooranej twarzy było niemal bolesne. Wyglądał jak człowiek zmuszony do odpowiedzi na najtrudniejszą zagadkę świata, nad którą rozmyślał całe tygodnie bez wytchnienia, bez posiłku, bez snu. Pod kurtyną tego opanowania, czaił się ledwie dostrzegalny gniew, gotowy do uwolnienia jak pies ze smyczy.
- Tak... tak odpłacasz się zaufaniem, co? Całe tamto gadanie...- Brown splunął na deski pokryte sianem.
Łowca Czaszek nie odpowiedział. Jego oczy miały ten sam wyraz, co puste ślepia szczurzego czerepu wiszącego mu na szyi. Prawą dłoń obwiązał sobie jakąś białą szmatą.
- Dawno temu sobie to zaplanowałeś? Hm? Odpowiadaj, dalej.
- Warcz i pluj ile chcesz Jack, ale nie oczekuj, że się do ciebie przyłączę.
- Tak?... Chodź tu bliżej i mnie rozwiąż, dam ci prawdziwy pokaz dobrych manier... zdradziecka kanalio.
Łowca złapał za rękojeść swojej broni, dźwignął się z krzesła i cztery kroki później znalazł się tuż za zasięgiem nóg Strażnika.
Na sercu Browna zacisnęła się lodowata dłoń, gdy ujrzał przed czym do tej pory siedział jego były przewodnik. Drugie krzesło, na którym kulił się nie skrępowany niczym Ray, otaczał krąg z wyrytych w drewnie czerwonych symboli. Parę z nich rozpoznał jako litery z ich własnego alfabetu, takie jak S, K, R, M, a były też takie, które widział po raz pierwszy w życiu: Ω, β, Ψ, Φ. Widok innych sprawił, że treść żołądka zaczęła się nieprzyjemnie skręcać. Najbardziej bolał go jednak widok trzęsącego się dzieciaka. Ręce trzymał na kolanach, a twarz mokra była od łez i smarków.
Szmaty owijały obie dłonie Charończyka, w niektórych miejscach dostrzec można było brązowe plamy. Strażnik pojął, skąd litery zyskały swój szkarłatny kolor i czemu oblicze Harkera było takie blade. Zniszczona, woskowa skóra jego twarzy, sprawiała, że wyglądał jak zwłoki.
- Proszę, ucisz się. Założyłbym ci knebel, ale do tej pory sądziłem, że zdołamy się obaj zachować jak cywilizowani ludzie - kusza uniosła się lekko, a matowoszary grot skierowany był teraz w udo więźnia. - Ta buda zaraz zmieni się w bolesny koszmar, z którego prawdopodobnie nie obudzi się żaden z nas. Zanim to jednak nastąpi, korzystaj z ciszy. Fajkę?
Brown przez długą chwilę się nie odzywał, po czym splunął na Harkera.
- Pieprz się. Pieprz się, ty zdradziecka, obłąkana kanalio.
- Zostaw chłopaka - powiedziała Catie. Żaden z mężczyzn nie zauważył, gdy się obudziła.
- Zrób cokolwiek chcesz ze mną i Jackiem. Ale puść Raya. Proszę. Daj mu uciec. Przez wzgląd na wszystko co święte...
- Nie. To niemożliwe.
- Czego właściwie od nas chcesz? Nie mamy nic, co byś mógł nam zabrać. Zaszliśmy przecież tak daleko... - dziewczyna wpatrywała się w plecy swego prześladowcy. Jej głos drżał.
Część 22 / 6
- Macie odpowiedź na bardzo ważne pytanie.
- Kupa łajna! - odparł Brown. W jego głowie ponownie zaroiło się od obrazów i wspomnień osobników, którzy praktykowali magię. Zbrodnicze monstra w ludzkiej skórze, których ponura fama znana była w najdalszych zakątkach królestw, a ich brak poszanowania dla ludzkiego życia był przedmiotem legend. Niektórych tolerowano, ale wszyscy cieszyli się brakiem zaufania. Dlatego właśnie płonęły stosy, wypalano znamiona, a Malleici przemierzali świat.
- Czego chcesz? Co jest takie ważne, by...
- Muszę wiedzieć i nie zamierzam przepraszać za to, co jest konieczne. Nie obchodzi mnie, czy mnie zrozumiecie. Zaufajcie mi kiedy mówię, że muszę uzyskać odpowiedź. I uda mi się to. Tkwi w nim - Harker wskazał kuszą na Raya. - Przez ten cały czas...
Catie gwałtownie się wyprostowała. Jej wyraz twarzy, do tej pory apatyczny, wykrzywił się w nienawistną maskę.
- Catie... - chłopak ledwo dukał przez zatkany nos. - On...
- Ty... puść go. Teraz. Natychmiast. Ray!
- Nie nazywaj go tak -rzekł Harker, a w jego głosie zadzwoniła nuta irytacji.
- Kurwi synu, puść mojego brata!
- Czemu żyjecie?!
- Nie wiem! Nikt z nas nie wie! Proszę, cokolwiek chcesz zrobić... możesz to samo zrobić ze mną! Wykrój ze mnie odpowiedzi ale zostaw go! - Brown szarpnął więzami, nie zwracając uwagi na lekko krwawiące nadgarstki.
- To nie było pytanie, na które możecie odpowiedzieć! Czemu żyjecie, wy, trójka osadników, zwyczajnych jak pył na drodze, gdy przed wami skonały tutaj miliony? Miliony! Skażenie pochłonęło całe miasta, wioski i zamki, armie i rodziny. Myślicie, że ile matek opłakiwało synów? Ile sierot wędrowało tymi ścieżkami, tylko po to by paść twarzą z wycieńczenia w piach, by zostać zaatakowana przez ich martwych rodziców?!
Harker odetchnął. Zorientował się, że dał się ponieść emocjom, a to budziło w nim jeszcze większe zniecierpliwienie. Wypuścił powoli powietrze z płuc.
Spokój.
Catie oddychała coraz ciężej. Była na granicy załamania. Furia, która przez chwilę rozpaliła jej serce przegrywała z mroczną falą rozpaczy, wzbierającą z każdą chwilą.
- Dalibyśmy ci odpowiedź dobrowolnie... gdybyśmy ją znali.
- Nie. On by na to nie pozwolił.
- O czym ty mówisz do cholery?! Puść nas i wyjmij Raya z tego...
- Przestań go tak nazywać! To nie jest Ray, to nie jest twój brat!
W stajni zapadła na długą chwilę cisza.
- Oszalałeś. Martwe Ziemię cię złamały. Odbiło ci. Kompletnie - zdecydował Brown.
- Jak myślisz, czemu jeszcze żyjecie? Dlaczego troje niedożywionych żebraków przeżyła na Martwych Ziemiach?
Część 33 / 6
- Nie wiemy! - odpowiedziała dziewczyna.
- Jakie są szanse, że mały chłopiec zdołałby się wyrwać z masakry, w której poległa większość waszej wioski?
- Jest...
- Spójrzcie prawdzie w oczy, psiakrew! Nie zaatakowali ich ludzie, którzy mogliby przegapić jedno kulące się ciało! Widzieliście, jak szybka potrafi być Horda, ile mógłby przebiec mały chłopiec, zanim jeden z Naznaczonych by go dopadł ? Ta historia nie trzyma się kupy i byłem głupi, dając jej wiarę choćby na chwilę!
Ponownie cisza. Głowę Catie wypełniał mętlik, nie mogła się skupić na tym krzyczącym mężczyźnie. Jej uwagę zwracał tylko młodszy brat, wychudzony i blady ze strachu. Starała się złapać jego spojrzenie, bezgłośnie przekazać, że będzie dobrze, jakoś się uda, niech wytrzyma! On jednak utkwił spojrzenie w pięściach, które trzymał na kolana.
Brown przestał szarpać więzami. Wciąż był przekonany, że Łowca Czaszek oszalał, jednak... byłoby szaleństwem uwierzyć w to, co tamten mówił. Prawda? Spędził całe miesiące opiekując się rodzeństwem, a jednak nie dostrzegł nic dziwnego w zachowaniu młodego. Milczał przez całe tygodnie, ale szok był zrozumiały po... tym wszystkim.
Prawda?
Charończyk w tym czasie podszedł z powrotem do kręgu, odstawił tylko krzesło na którym wcześniej siedział na bok. Po długiej chwili wahania, zostawił także kuszę.
- Powiedz mi swoje imię - skierował pytanie do dziecka.
- Ray... Ray Alberts...
W jednym niemożliwie szybkim ruchu, Charończyk zrobił krok i uderzył chłopaka pięścią w nos. Srebrne ćwieki rękawic błysnęły w nikłym świetle. Głowa dziecka szarpnęła w bok, a po chwili popłynęła krew. Skulił się gwałtownie i zasłonił ramionami głowę, z trudem łapiąc oddech.
- Twoje imię!
- ZOSTAW GO TY SKURWYSYNU, ZOSTAW MOJEGO BRATA!
Łowca Czaszek zignorował ją.
- Prawdziwe imię! Zwiodłeś innych, oszukałeś przez jakiś czas nawet mnie. Ale, jak mawia przysłowie, trafiła kosa na kamień, co? Twoje imię!
Ray uniósł oczy pełne łez na swego oprawcę. Głos był niewyraźny.
- Proszę, ja...
Kolejny cios, tym razem w skroń, a jednak chłopak nie stracił przytomności. W oddali dosłyszeli grzmot pioruna. Dzieciak przechylił się niebezpiecznie na bok, ryzykując upadek z krzesła, ale Charończyk złapał go w ostatniej chwili i pchnął na oparcie. Catie szarpała się i krzyczała, jednak odgłosy te dochodziły jakby z daleka do uszu Harkera.
- Wyduszę je z ciebie. Od ciebie zależy, ile czasu to potrwa, a wierz mi, sprawia mi to nie lada przyjemność.
Chłopiec odpowiedział mu jedynie spojrzeniem. Usta jego zniszczonej twarzy drżały, a łzy i krew mieszały się na policzkach.
Catie dalej wrzeszczała. Brown starał się w jakiś sposób rozwiązać węzeł. Harker zdawał sobie z tego sprawę, jednak jego uwaga skupiona była na chłopcu. Musiał wywabić to coś z głębin ciała tego dzieciaka, zedrzeć cielesną maskę, którą przyoblekł. Problem polegał na tym, że nie wyczuwał demonicznej jaźni, nawet pojedynczej myśli, jakiegoś sygnału z głębin pokręconej woli, której mógłby się uczepić. To było niepokojące. Czy popełnił błąd? Był świadkiem walki z podobną istotą, ale wtedy towarzyszyła mu Hekta, którą szarpały te same wątpliwości co nim samym właśnie teraz. Teksty, które zgromadzili Charończycy nie mówiły o jednej skutecznej metodzie postępowania z demonami. Opisano tysiące metod, które okazywały się potem idiotycznymi zabobonami, plotkami i mylącymi wymysłami kronikarzy.
Część 44 / 6
Odetchnął. Z jednej z torebek przy pasie wyjął małe, srebrne puzderko przypominające tabakierę, po czym je otworzył. Ze środka wypadł na dłoń niewielki przedmiot, w zarysach przypominający białą klepsydrę, którą zamiast piasku wypełniał jakiś lśniący płyn. Wycofał się poza krąg i postawił ten niewielki prostopadłościan tuż przed jedną z liter.
- Wiesz, co to jest?
Żadnej reakcji.
- To jest wabik, przyjacielu. Kiedyś mówiono na niego dolus. Zanim powstało moje bractwo, wykorzystywano je jako jedyną skuteczną broń przeciwko Hordzie. Gdy ludzie zmuszeni byli stawić czoła umarłym, wybierano pojedynczego biegacza i dawano mu takie pudełeczko. Oddalał się od innych na bezpieczną odległość, po czym je niszczył. Powstaje wtedy potężny sygnał, który miesza w umyśle Hordy. Nie mogą się powstrzymać by nie odnaleźć źródła. To staje się ich obsesją. Wykorzystałem jeden by was uratować przedwczoraj, a teraz jestem gotowy przyciągnąć tutaj każdego gnijącego skurwysyna w pobliżu i zwalić go na twoją głowę. Może nawet to samo stado? Oni wiedzieli, czym jesteś. Słyszałem ich, tak samo jak słyszeli ich twoi opiekunowie.
Ray patrzył się na klepsydrę, a Catie przestała krzyczeć.
- Blefuje. On blefuje - powtarzał po cichu Brown.
- Nie blefuję, Jack. W żadnym wypadku. Uświadamiam tylko naszemu małemu przyjacielowi, że o ile ja zdołam dać nogi za pas, on tutaj zostanie. Będzie ich za dużo, nawet dla niego. Zostawią z ciebie mokrą plamę, a ja będę ryczeć ze śmiechu w oddali. Cokolwiek ja chcę z nim zrobić, nie może się to równać z tym, co zazna z rąk umarłych. Unikniesz tego, ale zdradź mi swoje imię.
Odpowiedziało mu milczenie.
- No cóż. Jak to mówią w Farris... Adieu!
Uniósł but aby zniszczyć wabik, a demon ryknął.
Pojedyncza, ostra jak żyletka myśl zawirowała w powietrzu. Brown i Catie wrzasnęli z bólu, a Harker uśmiechnął się. Demon runął na ziemię i wyciągnął dłoń, by odtrącić klepsydrę, ale palce napotkały krawędź bariery. W tym miejscu wybuchnął zielony blask, ogień popełznął po ramieniu, a istota gwałtownie się cofnęła.
- Trafiony... - mruknął Harker.
Ciało chłopca powstało. Fałszywe łzy skończyły płynąć, a twarz demona przybrała na moment neutralny wyraz... a po chwili się szeroko uśmiechnęła. Zdecydowanie za szeroko. Skóra i mięśnie pękły, odsłaniając zbyt wiele zębów.
Brown i Catie znieruchomieli. Z każdym oddechem z ust obecnych unosiła się chmurka pary, gdy chłód wypełnił stajnię. Światło lampy migotało coraz słabiej, a Jack zapragnął by zgasło kompletnie, cokolwiek żeby nie widzieć tego obrzydliwego uśmiechu, od którego jednak nie mógł oderwać wzroku. Im dłużej się patrzył na istotę, tym bardziej chciał się do niej zbliżyć. W gardle czuł wielką gulę przerażenia, ale to przyciąganie było silniejsze niż jakikolwiek głód jaki w życiu odczuwał. W myślach podziękował Harkerowi za więzy.
- Jak... ty go zmieniłeś, to twoja sprawka - Catie wymawiała te słowa, chociaż nie wierzyła w nie. Karykatura jej brata zadygotała. Do głowy przyszedł jej kuglarz, który kiedyś odwiedził Salen. Jedną ze sztuczek było wyjmowanie na ślepo jadowitych węży z worka. To coś w kręgu było jak tamten poruszający się, szarpiący wór.
- Nie. To jest jeden z Nich - głos Harkera ponownie był spokojny. - Niektóre się tutaj rodzą, inne przybywają z... nie wiemy właściwie skąd. Ale wiemy za to, że ich celem jest wydostanie się z Martwych Ziem. Błąkają się tutaj równie zagubieni jak my, bez szans na odnalezienie drogi do zdrowego świata. Ten tutaj znalazł sposób i prawie mu się udało.
Mokry trzask rozdarł powietrze, a z pleców istoty nagle wychynęło pojedyncze odnóże, trochę przypominające pajęczą nogę. Zakończone było białym ostrzem, a Łowca Czaszek pojął, że zrobiono je z kości. Demon kształtował ciało dziecka wedle swojego zamysłu, w formę, która z łatwością wymorduje ich wszystkich.
- Zostawił was żywcem, utrzymywał was w zdrowiu. Jeśli zostałby sam, nikt by nie uwierzył w jego niewinną naturę... ale kompetentny Strażnik i opiekuńcza siostra? Niewiarygodne, ale być może możliwe... na tyle w każdym razie, by pozwolić wątpliwościom zaowocować w litość. I jak dobrze się ukrywał! Zakłócał moje zmysły, a na dodatek przyciągnął Hordę... A między umarłymi i tymi istotami daleko do miłości.
Ciało demona wydłużyło się przy dźwięku przyprawiających o mdłości trzasków. Dorównywał w tym momencie wzrostem Harkerowi, ale był znacznie chudszy. Dookoła niego dostrzec można było nieznacznie falowanie, jak powietrze nad ogniskiem. Skóra potwora stawała się biała, niemal srebrzysta. Ostrze uderzyło w barierę kręgu, ale tym razem blask był o wiele słabszy. Skóra pękła w kilku innych miejscach, a powstałych ran wychynęły mniejsze, pazurzaste odnóża.
Łowca Czaszek obawiał się tego. Istota była stara. Miał nadzieję, że pierwszy kontakt z barierą wykończy go całkowicie, a tymczasem demon zapomniał już o bólu. Wyczuwali nawzajem swoje emocje, a Harkerowi coraz trudniej było nad sobą zapanować. Jeszcze nigdy nie czuł tak potężnej dawki surowej nienawiści, furii... i, co gorsza, rozbawienia. Niczym chmara uciekających przed światłem karaluchów, istota zapuszczała się w głąb jego umysłu w poszukiwaniu słabości, którą mogłaby rozsadzić niczym woda zamarzająca w skalnej szczelinie.
Harker pojął, że nie zdoła zabić demona, o ile wcześniej go nie złamie. Był zbyt silny, co oznaczało iż musiał się zapuścić głębiej, wyrównać szansę.
Część 55 / 6
Wyszarpnął zza paska sztylet i szybko podszedł do Browna. Tamten skulił się mimowolnie, ale Charończyk rozciął tylko więzy.
- Opóźnij go jeśli zobaczysz, że sprawy przyjmują zły obrót. Dasz radę zrobić to stąd.
- O czym ty...
- Uwolnij dziewczynę, ale nie możecie uciec z tej stajni. Zgubicie się i znowu zapuścicie w głąb dziczy, ale tym razem nie zdołam was odnaleźć. Zaufaj mi, Jack.
Spojrzenia mężczyzn się spotkały. Przez krótką chwilę Harker oczekiwał splunięcia w twarz i ucieczki, ale Strażnik jedynie wstał i roztarł nadgarstki.
- Gdzie moja broń?
- W pierwszym boksie. Pistolet jest załadowany.
- W porządku... Nie możemy wpakować w niego kilkunastu kul i bełtów, póki jest w tym kręgu?
- To nie zadziała.
- No tak, oczywiście... Niech to jasna cholera...
Istota ponownie natarła na barierę. Zielone iskry wypełniły powietrze i zgasły, nim dotknęły podłogi.
- Boję się - powiedział cicho Brown.
- Dobrze. To znaczy, że jeszcze nie oszalałeś.
Harker podszedł z powrotem do kręgu. Zacisnął dłoń na szczurzej czaszce i powoli wypuścił powietrze z płuc. Uniósł wzrok na twarz istoty, oślepiające białe oblicze poznaczone cieniutkimi jak nitki żyłkami czerwieni. Oczy stwora gorały złotym blaskiem, jak miniaturowe słońca. Widok ten przyprawiał o zawrót głowy, piękno światła było tak intensywne iż chciało się oddać swoje zdrowe zmysły w zamian za możliwość spędzenia w nim nieskończoności.
Łowca przekroczył granicę kręgu, a demon wydał z siebie wycie. Ostrze z kości uniosło się i zanurzyło w piersi Charończyka.
***
- Co on wyprawia?! - dziewczyna krzyknęła, gdy demon rzucił się na Harkera.
Browna prawie sparaliżowało ten widok. „To wszystko? Tylko tyle? Już koniec?" przemknęło przez jego głowę. Gdy Łowca przekroczył granicę kręgu, Jack właśnie wracał z boksu ze swoją bronią. Chciał rzucić się na demona równie mocno, co dać nogi za pas.
Po kilka chwilach zorientowali się jednak, że nie byli świadkiem śmierci Brama Harkera. W momencie gdy ostrze przebiło się przez ciało, istota znieruchomiała jak posąg. Chłód w stajni nieco się zmniejszył, a blask w ślepiach potwora przygasł. Dwie sylwetki w kręgu wpatrywały się w siebie w bezruchu. Jack zauważył jednak, że ten paraliż nie był całkowity; Harker oddychał, a skóra na demonie pulsowała od czasu do czasu, jakby w takt bicia serca. Ich ciała wciąż były obecny, ale... umysły? Dusze?... oddaliły się.
Brown rozciął więzy dziewczyny. Była osłabiona, ale gdy tylko stanęła na równe nogi, rzuciła się na Strażnika i mocno go objęła.
- Wieczna Korono... Jack. Co my zrobimy. Co my teraz możemy zrobić?
Część 66 / 6
Milczał. Deszcz stukał o drewniane ściany, a nocne niebo na moment rozświetliła błyskawica. Strażnik pojmował, że nawet gdy byli tak blisko Rejanu to próba samotnej wędrówki skończyłaby się dla nich tragicznie. Serce waliło mu w piersi mocniej i szybciej niż kiedykolwiek.
- Zaufajmy mu. Rozpal tamte dwie lampy. Przynieś bliżej jego kuszę. Dasz sobie radę? Jeśli nie, powiedz od razu.
Oderwała się od niego. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym skinęła.
- Mówię poważnie, Catie. Jeśli czujesz, że nie wytrzymasz, idź do gospody.
- I co tam zrobię? Popłaczę w kącie i poczekam, aż to coś z wami skończy i przyjdzie do mnie? Nie, Jack. Zostaję. Dość uciekania.
***
Na początku nie było nic, a potem świat eksplodował.
Miliardy smaków przeleciały przez jego usta, każdy możliwy do wydania dźwięk zabrzmiał w uszach. Nieskończona ilość wrażeń przemknęła po skórze, obrazy nieszczęść i radości migały z prędkością większą niż światło, nozdrza wypełniły lekkie aromaty i potworne fetory. Umysł zdawał się załamywać pod ilością tych informacji, ale on tylko zacisnął zęby w nadziei, że to się prędko skończy. Wrażenia z każdego miejsca i czasu przychodziły jako szare cienie dla jego zmysłów i odchodziły prędko, zapomniane w momencie gdy się tylko skończyły.
Nagle, koniec.
Stał nagi w ciemnościach, czuł pod stopami kamień. Był jednocześnie tutaj, a także w stajni na pograniczu. To oznaczało, że gdzieś w pobliżu czaił się także jego przeciwnik. Przeciągnął monstrum w to neutralne, myślowe terytorium oddalone od świata na tyle, że istnieć mogły tutaj tylko blade emocje i sny.
Coś przesunęło się za jego plecami, dużego i ciężkiego. Do nosa dotarł słodkawy zapach, który upajał i doprowadzał do mdłości jednocześnie.
Śmiech, przypominający dziecięcy, rozebrzmiał w mroku niczym dzwonki.
„Odwaga. Kocham ludzi pełnych takiego męstwa, z jakim wkroczyłeś tutaj, wiesz? Ci pozornie bez strachu zawsze stawiają czoła temu, co postrzegają za zagrożenie. Sami do ciebie przychodzą, pchają się jak opętani! Ale są ślepi. Jak mucha wpadająca w sieć"
- Bardzo ładnie, ścierwo. Nie przyszedłem tu z tobą dyskutować. Masz mi odpowiedzieć na moje pytanie.
Kolejna fala śmiechu.
„Chcesz poznać imię? Moje imię. Nie rozśmieszaj mnie, człowieczku. Nie posiadam żadnego. Z jakąkolwiek bronią tutaj przyszedłeś, właśnie ją straciłeś. Przegrałeś zanim jeszcze ustawiliśmy pionki na szachownicy. Gem, set i mecz"
- Nie... nie wiem, co to znaczy. Ale... wy wszyscy posiadacie imiona.
„Jąkasz się. Przepraszam, czy ja cię onieśmielam? Wydaje mi się, że trudno jest ci wymawiać tutaj słowa... Co mnie tylko wprawia w jeszcze większe zdumienie: dlaczego nas tu przywołałeś? Myśl, że wyrównasz szansę między tobą i mną jest śmieszna. Nie ma na twoim świecie dość wody w oceanach, by zapełnić szczelinę, jaka nas rozdziela. Inni mogą uważać cię za silnego... ale nawet najpotężniejszy człowiek świata nie stanowi dla mnie większego wyzwania, niż najpotężniejsza mrówka"
Istota przemawiała jednocześnie sześcioma językami. Pierwszy, najgłośniejszy, brzmiał jak rodzima mowa człowieka. Drugi, nieco cichszy, musiał być mową demona. Reszty nie znał, przemawiały w tle i nie dało się nawet rozróżnić pojedynczych słów.
Łowca wyczuwał prawdę w słowach demona, jednak było tam coś jeszcze. Istota przez cały czas szperała w jego myślach, wychwytując pojedyncze zrywki starych i nowych uczuć, ale to działało w obie strony. Ona (z jakiegoś powodu Harker był przekonany, iż demon jest „nią") jeszcze w pełni się nie wykluła. Miesiące ukrywania się wśród ludzi zmusiły demona do ukrycia swej mocy do tego stopnia, że była praktycznie niewyczuwalna; teraz ta siła wracała, ale proces ten wymagał czasu.
„Dlaczego