Fantastyka · 22 min czytania
Marsz papierowych ludzików
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wojciech Jerzy Grygorowicz
Z cyklu "Opowieści znad jeziora"
Marsz papierowych ludzików
Czy słyszeliście o chińskiej armii z terakoty ? Zapewne tak. A nawet jeśli nie, wystarczy że zajrzycie do zwykłej encyklopedii. Z niej wyczytacie, że dzieło to zostało wykonane na rozkaz cesarza Cin Szy-huanng-ti ponad dwa tysiące lat temu. Ci którzy je widzieli, twierdzą zgodnie, że nie ma w Chinach nic wspanialszego. Siedem i pół tysiąca żołnierzy w bojowym szyku, każda postać naturalnej wielkości i każda inna. A podobno dalsze, wspanialsze figury, kryje nie rozkopany jeszcze pagórek. Ale nie. Nie chcę zachwalać kosztownej wycieczki do Chin, ani robić krypto reklamy biurom podróży. Jest u nas w kraju dzieło jeszcze bardziej niezwykłe, choć może nie tak efektowne. Mogę się założyć, że nikt z was go nie oglądał. Ba, nawet o nim nie słyszał. A przecież by je zobaczyć nie trzeba ani wydawać tysięcy dolarów, ani zapuszczać się w zapomniane przez Boga i ludzi miejsca. Rzecz, o której chcę opowiedzieć, zwie się kartonową armią. Zobaczyć ją może każdy, choć nie gwarantuję, że oglądając te żołnierzyki, przeżyjecie to, co spotkało mnie. Wystarczy, że odwiedzicie wieś Dziekanowice nad Jeziorem Lednickim. Nie wiecie, gdzie to jest? Ten, kto interesował się historią lub w szkole czytał "Starą Baśń" zapewne będzie wiedział, gdzie się udać. Pozostałym wyjaśniam, że miejscowość ta leży na Szlaku Piastowskim, niedaleko drogi, która łączy Poznań z Gnieznem i dalej prowadzi w kierunku Bydgoszczy i Gdańska . Można tam dojechać i koleją. Wysiąść trzeba na małej i cichej stacji Lednogóra. Przystanku, który choć leży na ruchliwej trasie, to nie zatrzymują się na nim pociągi pospieszne, ani tym bardziej ekspresy. Stacja ta przez większość czasu stoi pusta i senna. Na dobrą sprawę ożywa tylko jeden raz w roku za sprawą zlotu młodzieży, którego nazwy ze pewnych względów nie chcę wymieniać. Gdy na niej wysiądziecie, powinniście zapytać o Muzeum Pierwszych Piastów na Lednicy. Każdy wskaże wam drogę. Gdy jednak zmęczeni prawie godzinnym marszem staniecie przed kasą muzeum i zapytacie o "kartonową armię", młoda bileterka zapewne spojrzy na was ze zdziwieniem. Nie upadajcie jednak na duchu i to samo pytanie zadajcie jakiemuś starszemu kustoszowi. Jeśli traficie na takiego co pracuje na wyspie od dziesiątków lat i zna niejeden sekret jaki kryją głębiny jeziora, będzie na pewno wiedział o co chodzi. Poda wam nazwisko człowieka, z którym trzeba porozmawiać i wskaże mały, dawno nie remontowany gmach z odłażącym tynkiem (pozostałość z czasów, gdy we wsi mieścił się PGR). Tam też spotkacie owego mężczyznę, którego ja nazwałem "strażnikiem kartonowej armii". Pamiętajcie, że nie ma on obowiązku pokazywania wam strzeżonego przez siebie dzieła. Wystarczy jednak, jako argumentu, użyć jednego albo dwu banknotów o najniższym nominale - cóż, w naszym muzealnictwie płacą wyjątkowo podle. Wtedy zapewne przekonacie go, by pokazał skarb, którym się opiekuje. Poprowadzi was wtedy do dość dużego budynku, w którym jeszcze za minionej epoki mieściła się owczarnia a dziś znajdują się magazyny muzeum. Tam, na wysokich drewnianych regałach (to zabezpieczenie przed grasującymi po muzeum myszami), stać będą w rzędach kartony. Strażnik zdejmie jeden lub dwa z nich, a gdy dołożycie jeszcze jeden banknot, opowie historię niezwykłego dzieła.
"Oto żołnierzyki. Jak pan widzi, zrobione są z kartonu, a ten materiał jest dwuwymiarowy. Mają jednak zgięte ramiona i tarcze ustawione pod kątem, co sprawia wrażenie przestrzenności. Dobrze wyglądałyby na wystawie i kiedyś rzeczywiście się na niej znalazły. Dla ludzi, którzy nie wiedzą czym są rzeczywiście, jest to tylko ciekawy przykład twórczości ludowej sprzed prawie stu lat. Interesujące jest to, że historycy, którzy widzieli ową kartonową armię, mówią, że w zasadzie zgodna jest z XI wieczną rzeczywistością . Oczywiście zaraz dodają, że makieta zawiera kilka anachronizmów. Śmieszne, co? To ich wiedza o tamtych czasach jest niepełna, a żołnierzyki są dokładnie takie, jakie być powinny. Tak naprawdę wyglądała armia księcia Chrobrego, gdy wyruszała przeciw Rusi Kijowskiej, lub do walki z Niemcami. Skąd to wiem? Opowiem panu choć zapewne i tak mi pan nie uwierzy. Sam wyśmiałem tą historię, gdy wiele lat temu usłyszałem ją po raz pierwszy. Wtedy to jako młody człowiek zaczynałem pracę w tym muzeum. Nie wiem, czy zna pan tą przemożną chęć wykazania się w nowej robocie, udowodnienia, że jest się wartym inwestycji. Taki młodzieniec chce wszystko wiedzieć, rzuca "świetnymi" pomysłami, chciałby tylko ulepszać i ulepszać... Ja dopiero z czasem zrozumiałem, że piękno tego miejsca polega na spokoju, jaki tu panuje. Większość pracujących tu ludzi podświadomie rozumie to i panicznie boi się jakichkolwiek zmian. Młody pracownik ze swoimi pomysłami i racjonalizatorskim zapałem nie ma tu łatwego życia. Po pewnym czasie albo odchodzi, albo zaczyna doceniać urok wynikający z niezmienności tego miejsca. Dlaczego o tym mówię? Sądzę, a w zasadzie jestem pewien, że owa stałość, ma związek z tym o czym chcę opowiedzieć. Ale do rzeczy. Gdy po raz pierwszy zetknąłem się z kartonową armią, jej strażnikiem był człowiek, który urodził się w tej wsi. Jego ojciec jeszcze przed wojną pracował tutaj, na folwarku, tak samo zresztą jak i dziad. To właśnie ten ostatni jest bohaterem mojej opowieści i to on stworzył "kartonową armię". Człowiek ten jeszcze przed pierwszą wojną pełnił funkcję tutejszego ekonoma. Gospodarstwo należało wprawdzie do Niemca, ale prawie wszyscy tutaj zatrudnieni byli Polakami. Rządca, oprócz tego, że pracował na folwarku, na własna rękę hodował też konie. Pewnego dnia chciał na jarmark do Gniezna zaprowadzić jednego z nich. Był to piękny, silny kasztan i ekonom już z góry cieszył się na pieniądze, jakie za niego otrzyma. Niedziela targowa wstała brzydka i deszczowa. Nie zdziwiło więc rządcy to, że gdy wyprowadzał konia ze stajni, budynki folwarku otoczyła gęsta mgła. Wtedy właśnie zobaczył jego... Kogo? Ano, starszawego i nieco już przygarbionego mężczyznę. W wyglądzie owego człowieka było jednak coś królewskiego. Coś, co wzbudzało respekt, szacunek, a może nawet strach. Lecz, najbardziej zdziwiło ekonoma, ubranie jakie tamten miał na sobie. Nawet na wielkich jarmarkach w Poznaniu nigdy nie widział podobnych. - Może jaki kupiec z dalekiego kraju - pomyślał rządca, choć w pobliżu nie było żadnego wozu czy innego pojazdu. - Zabłądziliście, panie? - zapytał, najpierw po polsku, a potem, na wszelki wypadek, po niemiecku. - Ja nigdy nie błądzę - odpowiedział po polsku przybysz, głosem, który pasował do jego wyglądu i postawy. - Jestem tu, bo chcę kupić twego konia. - Udajcie się na jarmark do Gniezna, panie. To niedaleko, a wybór większy - ekonomowi nie wiedzieć czemu nie spodobała się propozycja nieznajomego. - Chcę tego! - odpowiedział twardo dziwny przybysz. - Dobrze zapłacę. I jakby na potwierdzenie nieznajomy wydobył zza pasa sakiewkę i wyciągnął złote monety. Ekonom nieufnie wziął jedną z nich. Sprawdzonym sposobem ugryzł jej powierzchnie. Potem obejrzał stempel. - Stare - skrzywił się w końcu. - U Żydów w kantorach będę musiał wymienić, a oni sporo sobie za to liczą. - Wynagrodzę ci stratę - nie ustępował tajemniczy przybysz. Rządca zamyślił się na dłuższą chwilę. Ów niezwykły podróżnik zdawał się być zdesperowany i może rzeczywiście udało by się wyciągnąć od przybysza wyższą cenę. Z drugiej strony w tej dziwnej historii coś się nie zgadzało. Coś było nie tak. Postanowił zatem pozbyć się natręta. - Sprzedam, ale za dwadzieścia monet. Za ten cenę, nawet po odliczeniu kosztów wymiany, w Gnieźnie można było kupić dwa takie konie. - Dam piętnaście. - Panie! - ekonom zaczął się denerwować. - Na jarmarku dobrego konia dostaniecie za dziesięć. Dziś na trakcie duży ruch. Za dwie godziny w Gnieźnie będziecie. - To mi nie po drodze. A potrzebę mam pilną. Zapłacę ci te dwadzieścia monet, bo widzę żeś człek uczciwy - spokojnie rzekł nieznajomy. Ekonom zamyślił się raz jeszcze. Z jednej strony trafiał mu się niezły interes, ale z drugiej ów kupiec, choć na to nie wyglądało mógł być oszustem. Lepiej było nie ryzykować. - Za tę cenę, panie, we wsi sprzeda wam swego konia każdy chłop, ale mnie zostawcie w spokoju. - powiedział ostro i ruszył przed siebie. Bał się, że nieznajomy zastąpi mu drogę z wyciągniętym znienacka nożem albo rewolwerem, lub co najmniej zacznie awanturę. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Za sobą usłyszał jedynie cichy głos tamtego. - Jeśli mnie konia nie sprzedacie, to nikt inny też go nie dostanie. Rządca zignorował tą uwagę i poszedł w stronę gnieźnieńskiego traktu. Wieczorem, jak można się było domyślić, znów pojawił się na drodze. Klął jak cholera i lekko się zataczał, ponieważ zły humor próbował zostawić w karczmie. Za sobą prowadził konia, na którego na jarmarku nikt nie zwrócił uwagi. Nasz bohater specjalnie się nawet nie zdziwił, gdy tuż przed folwarkiem otoczyła go znowu owa mgła. Tajemniczy przybysz czekał w tym samym miejscu. Stał nieruchomy i władczy, z wzrokiem utkwionym gdzieś daleko. Gdy jednak rządca podszedł bliżej, tamten odwrócił się i głosem spokojnym, jakby nic się nie stało, powiedział: - Chcę kupić twojego konia. - Sprzedam, jeśli dobrze zapłacicie - tym razem ekonomowi było już naprawdę wszystko jedno. - Dam ci za niego piętnaście złotych monet. - Rano chcieliście mi dać dwadzieścia - spróbował się potargować rządca. - Trzeba było sprzedać rano - uśmiechnął się dziwaczny kupiec. - Dobra - szybko zgodził się ekonom. Cena i tak była wysoka, a teraz to on był w gorszej sytuacji. To tajemniczy przybysz był dla niego ostatnią nadzieją na zarobek i to on dyktował warunki. - Dorzucę ci jeszcze dwie monety, jeśli zaprowadzisz konia tam gdzie zechcę - zaproponował niespodziewanie kupiec. - Daleko to? - zaniepokoił się rządca. - Pacierza nie zdążysz odmówić - pokazał kierunek nieznajomy i nie czekając na odpowiedź podążył naprzód. Ekonom wzruszył ramionami. Może wpity alkohol, a może niezwykłość sytuacji sprawiła, że nie czuł strachu i ruszył za kupcem. Mgła nie ustępowała ani na chwilę, odbierała orientację, otumaniała zmysły. Zdawało mu się tylko, że cały czas idą brzegami jeziora w kierunku wyspy. Nagle zupełnie niespodziewanie z oparu przed nimi wyłoniła się dość wysoka ziemna przeszkoda. Rządca znał na pamięć cały teren w najbliższej okolicy, ale skarpy w tym miejscu jakoś nie mógł sobie przypomnieć. Poczuł jeszcze większe zdziwienie gdy zobaczył pośrodku owego wzniesienia solidne wrota. Nieznajomy tymczasem podszedł do mosiężnej bramy i trzykrotnie zastukał misternie wykonaną kołatką w kształcie głowy ryczącego lwa. A wtedy wrota rozwarły się lekko i cicho. "Wrota piekieł" - pomyślał ekonom i włosy zjeżyły mu się na głowie. Mimo to stal dalej jak sparaliżowany. Mało tego, gdy tajemniczy człowiek w zapraszającym geście uniósł rękę, bez słowa sprzeciwu skierował się do wejścia. Nagle znalazł się w olbrzymiej sali, tak wielkiej, że…