Thriller · 1 godz. 4 min czytania
Martwe Miasto cz. 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Ryszard Terlicki był sam. Epitety takie jak samotny, niechciany, nielubiany określały go najpełniej. Osamotniony na równi w życiu jak i teraz, stojąc przy budce dróżniczej zagubionej pośród ponurej, listopadowej nocy. Ryszard, czterdziestoletni kawaler, niski, nieciekawy i wcale nieładny człowiek, który skończył całych osiem klas szkoły podstawowej. Był zepchniętym na egzystencjalny margines kolejarzem, sztampowym nieudacznikiem jakich wielu w Polsce. Nie zdarzało mu się nigdy zgrzeszyć inteligencją czy cieszyć się oglądając porządną sztukę teatralną. Nigdy się nie uśmiechał. Właśnie teraz, w tej chwili, gdy tuż obok niego przejeżdżał, gwiżdżąc dziko pociąg relacji Kraków – Warszawa uświadomił sobie dobitnie swoje podłe życiowe położenie. Po kilkudziesięciu latach rozmyślania udało mu się uchwycić meritum sprawy. Był nikim. Miejsce jego pracy położone było w pięknej, malowniczej wręcz okolicy. Przyklejone do kotary lasu, oblane od zachodu małym oczkiem wodnym. Letnimi wieczorami, gdy puszcza pękała w szwach od zakochanym par, a w jeziorze pluskały cicho wygrzane słońcem karpie, zdawało się, że jest to miejsce magiczne. Oaza piękna pośród krajobrazu post apokaliptycznego, zindustrializowanego miasteczka. Ryszard znał te widoki tylko z opowiadań swoich nielicznych znajomych. Od kilku dobrych lat, a ściślej, od kiedy depresja nie pozwalała mu już swobodnie uczestniczyć w gwarnym, dziennym życiu, Terlicki pracował jedynie w nocy. Widywał wtedy grupki pijanych mężczyzn, którym z kieszeni podartych marynarek wystawały kartony owocowych win. Czasem z głębi lasu dochodziły go krzyki o pomoc albo niezidentyfikowane kobiece wrzaski. Zamiast młodości i szczęścia znał coś zupełnie innego. Coś paskudnego i tak bardzo… Tak bardzo podobnego do niego samego. Ostatnie dźwięczne akordy metalowych szyn zaginęły w mrocznej głuszy. Pociąg popędził do Warszawy. Kolejarz podszedł do przełącznika. Chwilkę patrzył na podnoszące się, czerwono – białe ramie szlabanu, a potem wszedł do środka budynku. Pogoda przechodziła właśnie w bezduszną fazę zawieszenia. Powietrze było przesycone wilgocią, ale nikt chyba nie wiedział czy już teraz runie ona na ziemię strugami grubego jak grochy deszczy, czy zaczeka i wpierw skropi grunt lekkim, orzeźwiającym dżdżem. Murowana klitka (kanciapa, jak nazywali ją pracownicy i wydawało się to bardziej właściwym słowem) już z daleka straszyła czerwienią nie otynkowanych, sypiących się ścian. Wewnątrz prezentowała się jeszcze gorzej; mały i duszny wycinek rzeczywistości dobitnie przypominał Terlickiemu jego życiowy status. Hołdując żelaznym regułom urządzania biurowych wnętrz całą przestrzeń wypełniono stołem i krzesłem, które raz na miesiąc przecierano z kurzu. Resztę zostawiono nietkniętą, wyrazem czego były postrzępione, stare pajęczyny zdobiące rogi popękanego stropu. Zachodnią ścianę zdobił ogromny plakat na którym wdzięczyła się młoda kobieta. Nikt nie wiedział czy jej wygięte ciało i stojące piersi to dar natury, czy tylko chorobliwa wyobraźnia grafika – amatora. Ryszard nigdy się nad tym nie zastanawiał. Nie lubił tej fotografii, nie tylko ze względu na to, że lekko przybladła pani prezentuje rok tak stary, jak jego ostatnie fantazje erotyczne. Raz nawet w geście zniesmaczenia zerwał ją, ale potem szybko skonstatował, że zielony grzyb zadomowiony na wilgotnym tynku jest jeszcze mniej pociągający. Nie zdejmując mokrej kurtki ozdobionej dużym napisem „PKP” usiadł przy stole. Przed nim leżało otwarte czasopismo rozrywkowe. W krzyżówce, którą rozwiązywał już trzeci dzień, wciąż miał wpisane trochę mniej niż połowę haseł. Reszta była zbyt trudna. Włączył radio. Z zapałem kręcił przełącznikiem, wsłuchując się przy tym w piski urywanych wypowiedzi, aż w końcu, po przesłuchaniu dwudziestu stacji, dał sobie spokój stwierdzając, że tak naprawdę słuchanie muzyki nigdy go nie pociągało. Zegar wskazał 3:15. - A teraz specjalnie dla naszych nocnych słuchaczy coś w sam raz na panującą na zewnątrz pogodę. Ku pokrzepieniu serc. Trzymajcie się ciepło i nie dajcie szans jesiennej chandrze. – sennym głosem obwieścił DJ lokalnej stacji. Radiowiec albo ironię i sadyzm miał we krwi, albo był totalnym imbecylem.
„A kiedy przyjdzie także po mnie„
- Zegarmistrz światła purpurowy… - dokończył niemelodyjnie. Krótkofalówka, która wisiała na framudze drzwi najpierw zapiszczała, zabłysła czerwoną lampką, a następnie wydusiła z siebie: - Panie Ryśku. Jest trzecia szesnaście, Intercity „Wawel” zaraz wjedzie do stacji. Proszę… Przekręcił gałkę na „off” i wrzucił urządzenie do kieszeni. Nie lubił być upominany. Nie lubił tej grubej baby przypominającej mu co rusz o zamykaniu szlabanu. Rozgoryczenie rozładował trzaskając za sobą drzwiami. Zamiast podejść do przełącznika sterującego kolosalnymi ramionami, Rysiek zbliżył się do torowiska. Patrzył w kierunku nadjeżdżającego pociągu. - A może by tak… W końcu… Wszystko by się skończyło… Może by tak... Ale nie znalazł w sobie dość siły. Odwrócił się w kierunku lasu i zamarł z rozwartymi ustami. Zaraz obok domku stała kobieta. Snop padającego na nią światła rozszczepiał się na błyszczących czernią włosach, na gładkim skórzanym ubraniu. Rysiek wzdrygnął się na widok białej; trupio bladej twarzy, o całkowicie bezwyrazowym obliczu.
„Spłyną przeze mnie dni na przestrzał „
Dziwnym zrządzeniem losu radio zaczęło nadawać na cały regulator. Głos przebijał się przez pluskający w kałużach deszcz. - Słucham … - wykrztusił z siebie – Czy mogę coś dla Pani zrobić ? Nic. Żadnej odpowiedzi, ani nawet najmniejszego ruchu. Nieznajoma stała nadal przewiercając go wzrokiem, patrząc wcale nie na kolejarza, ale gdzieś dalej. Tak jakby był tylko rozrzedzoną mgłą albo struchlałą ze strachu duszą pozbawioną ciała. Patrzyła gdzieś daleko w mrok. - Pani Krysiu. – zaryczał, wyszarpując krótkofalówkę – Pani Krysiu, mam tu kobietę, chyba potrzebuje pomocy. Proszę wezwać milicję, dobrze ?
„Na wszystko jeszcze raz popatrzę”
- Ty ! – blada kobieta mechanicznie uniosła rękę. Palcem ozdobionym złotym pierścieniem wskazała na niego. Terlicki poczuł dreszcz podniecenia, lekkiego strachu. Nogi zwiotczały całkowicie. - Milicję ? Ma pan na myśli policję, bo milicja to relikt tamtej epoki. Nie wiem jak tam z pana trzeźwością, ale... – jej elektronicznie przetworzony głos odrzucał jeszcze bardziej niż gdyby słuchać go na żywo. Spojrzał jej prosto w oczy i ich hipnotyzująca głębia pochłonęła go całkowicie. Rozpłynął się w powietrzu. Nieomal czuł jak atomy jego nogi, ręki, twarzy porywa i zanosi nad ciche jezioro mleczna mgła. - Ja ? Mam pani pomóc ? - Nie – uśmiechnęła się surowo. Rysiek nigdzie jeszcze nie widział tak bezmyślnego i bezuczuciowego uśmiechu. – Nie mi masz pomóc, ale sobie. - Sobie ? Jak to…
„A kiedy przyjdzie także po mnie”
Część 22 / 4
Pociąg był niedaleko. Gęstą kurtynę utkaną z mgły i kropel deszczu rozdzierały seryjne gwizdy. - Przecież wiesz o czym mówię. Po co się męczyć, hę ? – zapytała
„Zegarmistrz światła purpurowy”
- Po prostu… Jeżeli tego chcesz – zrób to ! Jego umysł, ta doskonała biochemiczna instalacja zadźwięczała przesuwającymi się trybikami i wskoczyła na nową drogę. Rysiek poczuł wewnętrzną siłę, która stawiała przed nim wybór. Krótką sekundę walczył z przemożnym uczuciem przerażenia, a potem uległ. Dokonał wyboru. Nie myślał już nawet nad absurdalnością rozmowy z dziwną nieznajomą. - By mi zabełtać błękit w głowie… – śpiewał groteskowo. Wył przekrzykując radio. Krzyczał obłędnie, otępiałym głosem. Wszystko co zdarzyło się potem, poszło po jego myśli, jakby jego ruchy były już dawno zaplanowane i ćwiczone niezliczoną ilość razy. Położył się na torach; wydało mu się to proste ponad miarę. Zapomniał zamknąć szlaban. Nie odpowiadał na trajkoczącą Panią Krysię, siedzącą zapewne w ciepłym kolejowym budynku, oddalonym od niego o dobrych kilka kilometrów. Ani jej, ani lasu i post apokaliptycznego, znienawidzonego miasteczka już nie było. Zniknął wiatr, deszcz przestał srebrzyć się na dachu starej budki dróżniczej. Wszystkim co zostało był Rysiek, czterdziestolatek leżący na zimnym torowisku. - Znikną podłogi i powietrza… Pociąg był już tuż tuż. Trzy potężne reflektory lizały szarą przestrzeń. Światło odbijało się od kostropatych, śliniących się drzew, które tworzyły krajobraz przerzedzonego jesienią lasu. Ziemia dygotała. Rytmiczne uderzenia i dziki huk pędzącej maszyny nie zdołały go obudzić z fatalnego transu samobójcy. Nikt ani nic nie mogło tego zrobić. Był pod Jej panowaniem.
„I pójdę nie wiem gdzie, na zawsze.”
Maszynista szarpnął za gwizdek. Hamulce zapiszczały. Beznadziejnie i całkowicie niepotrzebnie.
***
Łukasz, młody prawnik był namiętnym pasjonatem muzyki. Fascynowały go mocne uderzenia, szybkie tempo i słowa nie pasujące nijak do zawodu który wykonywał. Z tego powodu koledzy z pracy, milczący panowie w szarych garniturach, nie przepadali za Łukaszem. Innym powodem było jego niezwykłe nazwisko, które samo przez siebie wyróżniało go z blado wyglądającego tłumu Nowaków, Kowalskich, Kwiatkowiskich i innych „skich”. Nazwisko kojarzące się nierozerwalnie z mocą i władzą. Bądź z mocną władzą nad ludźmi. Potężny. Łukasz Potężny równie mocny w nazwisku, jak i w szermierce słowem, wracał właśnie do swojego mieszkania. Zmęczony biurowymi obowiązkami i przemoczony do suchej nitki wspinał się po schodach na czwarte piętro obskurnej kamienicy, w której administrator za żadne skarby świata nie chciał założyć windy. Miał przy tym, zresztą, całkowitą rację. Konstrukcja budynku groziła zawaleniem przy większym podmuchu wiatru, a co dopiero, gdyby zdecydowano się prowadzić prace remontowe. Kilka rodzin, które znalazły tu swoje ciche domostwa bez wątpienia zostałoby bez dachu nad głową, a tego nie chciał nikt, nawet Łukasz, mimo, że nie trawił ich nieciekawej i płytkiej struktury intelektualnej. Zawsze, gdy patrzył na relikt epoki, gdzie wykonywano osławione pięćset osiem procent normy, przeklinał sprzedawcę, któremu dał się naciągnąć na kupno takiej rudery. Jedynym, choć marnym, pocieszeniem był fakt, że za miesiąc umowa wygasała i bez żadnych ceregieli adwokat mógł się wtedy przenieść do swojej narzeczonej. Na klatce schodowej trzeciego piętra minęła go zbiegająca w dół dziewczyna. Pomimo hipnotyzująco migających jarzeniówek i kaptura jaki nastolatka miała zarzucony na głowę, udało mu się zobaczyć jej twarz. Przestraszaną, zagubioną, zapłakaną. Wycedziła niemiłym głosem „Dobry Wieczór” a potem pociągnęła nosem i znikła w labiryncie korytarza prowadzącym w głąb betonowego molocha. Wiedział doskonale, że wróci jutro, może pojutrze. Zawsze tak było. Motywy postępowania dziewczyny wyjaśniły się błyskawicznie. W mieszkaniu, które wynajmowali jej rodzice trwała regularna wojna. Najpodlejsza z możliwych, jednostronna potyczka umniejszająca inteligencji gatunku ludzkiego, a obnażająca zwierzęce, bezduszne instynkty. - Gdzie moje piwo !? Pytam się, no gdzie ?! – krzyczał mężczyzna o chrapliwym głosie pełnym agresji. Odpowiedź albo była zbyt cicha albo nie padła w ogóle. Łukasz grzebał w spodniach i płaszczu w poszukiwaniu dużego breloka z kluczami. Jak na złość znalazł go w ostatniej wewnętrznej kieszeni marynarki. Zanim zdołał wejść do mieszkania numer czterysta jedenaści wysłuchał kanonady mlaśnięć, potem coś gruchnęło o drzwi. Wolno osunęło się i upadło. To coś płakało rozdzierająco, błagało wręcz o ratunek. Nikt nie reagował. Trzasnął mocno drzwiami, jakby chciał dać im do zrozumienia, że wszystko słyszy. Nie pomogło. Kiedy szloch zrobił się jeszcze mocniejszy, momentalnie poczuł jak nerwowo zaciska zęby. Adrenalina, niczym serwowany przez lekarza zastrzyk prosto w serce, kazała mu działać. Nieświadomie chwycił parasol i wybiegł na klatkę. Drgały mu mięśnie, dyszał bardziej z nerwów, niż ze zmęczenia, tym krótkim zrywem. Chciał wejść do mieszkania obok, pokazać co czuje bita, upodlona żona. Planował dać bezrobotnemu idiocie tak w kość, żeby raz na zawsze zapomniał jak to jest mieć wszystkie zęby, jak przyjemnie jest móc ruszać nie połamanymi rękoma. Ale nie zrobił tego. - Masz szczęście, zaraz jest mecz. Jakby nie to, to bym ci pokazał suko. A teraz won ! Szuraj po piwo. Już cię tu nie ma ! – głos zza drzwi lekko się uspokoił. Zdążył się schować, nim zapuchnięta kobieta wybiegła z ciasnej klitki, kierując się zapewne do pobliskiego sklepu osiedlowego. Z radością zdjął z siebie przemoknięty, nasiąknięty zapachem chemikaliów płaszcz. Rzęsisty deszcz, tak właściwy dla jesiennej pory roku, w tej szerokości geograficznej przyjmował niemiłą, zabarwioną kwasem postać ulewy zmieszanej dodatkowo z dymem przemysłowego miasta. Wypił solidnego drinka, żeby się nieco orzeźwić. Poluzował krawat, włączył telewizor. Podczas gdy przemiła prezenterka zapowiadała kolejny punkt programu, Łukasz zrzucił z siebie resztę oficjalnego, roboczego stroju. Pieczołowicie złożył garnitur, a w garderobie odgrzebał przechodzone ubranie, w którym czuł się najswobodniej. Czymś co zawsze wprawiało go w wyśmienity nastrój odprężenia było ubranie się w postrzępione, sterane jeansy oraz czarną (nieco wyblakłą) podkoszulkę reklamująca ulubiony zespół rockowy. Czuł wtedy, że wypina się na cały świat jaki zostawiał za progiem biura; manifestując swój gust dawał wszystkim do zrozumienia, że świetnie potrafi oddzielić sferę pracy od wolności osobistej. Jako że epizod z klatki schodowej odebrał mu resztkę dobrego humoru, tego, którego nie zmył wszechobecny deszcz, ku pokrzepieniu serca postanowił wypić jeszcze jedną kolejkę. Lokatorka z pomieszczenia obok wróciła i okazało się, że mąż wcale nie zamierza zakopywać topora wojennego. Łukasz starał się zrozumieć cokolwiek z nadawanych właśnie wiadomości, ale bardziej zajmowała go myśl skąd w budynku wzięła się taka świetna akustyka. - Patrz ! Patrz ! Co kupiłaś ?! Wiesz, że nienawidzę tego piwa… Suko ! Kolejne uderzenie. Musiała upaść na dzielącą oba mieszkania ścianę, bo ulubiona przez adwokata, odświętna butelka Carlsberga zsunęła się z półki. Gdyby nie jego interwencja zielone szkło, w estetycznie wątpliwy sposób przyozdobiło by cały salon. O spokojnym oglądnięciu informacji mógł zapomnieć. Był zły. Tak bardzo, że zaciśnięte zęby, wpijające się w wargę nie pomogły mu się opanować. Najbardziej zdenerwowała go nie butelka, nie zburzony odpoczynek pracującego człowieka. Nie…Nic z tych rzeczy. Najbardziej zdenerwowała go jego własna obojętność. Kłótnia ustała na chwilę. W tym czasie Łukasz postanowił zmienić miejsca rezydowania. Wyciszył telewizor, zgasił w całym mieszkaniu światło, zostawiając jedynie dwa, imitujące złote świece, kinkiety. Nie zastanawiając się długo, wcisnął do stojącej na podwyższeniu wieży silnie wyeksploatowaną płytę, podpisaną jako „ulubione”. Aby właściwie zrozumieć przesłanie muzyki położył się na kanapie. Przestrzeń wypełniła się dźwiękami. Metalowe riffy i skrzeczący głos rodem z piekła spełniły swoją rolę w stu procentach. Wibrujące powietrze odprężało, wymazywało z umysłu niepotrzebne myśli i pseudo idee, którymi karmił go zbiurokratyzowany, kapitalistyczny świat. Cienie stojących w rogu fikusów zdawały się tańczyć w półmroku. Coś uderzyło w ścianę. Tępo, jakby ktoś przesunął szafę o krok za daleko nie biorąc poprawki na murowaną przeszkodę. Chciał bardzo, aby to co uderzało w mur, imitując tym samym rytm piosenki, okazało się zwykłym meblem, nie czującym nic przedmiotem. Tylko, że martwe przedmioty nie potrafią krzyczeć. Zniesmaczony odwrócił wzrok od emitowanych właśnie reklam. Ekranik urządzenia audio poinformował o ponadprzeciętnej sile głosu. Łukasz odłożył pilota na stół. Kolejna, jedna z jego ulubionych piosenek wylosowała się niespodziewanie i równie nagle całe wnętrze zadudniło od soczystego basu.
Część 33 / 4
“We are scanning the scene”
- In the city tonight – śpiewał cicho zamykając oczy. Znał w niej każdy dźwięk, każde z setki buntowniczych słów autora. Butelka zielonego „Carlsberga” podskoczyła jeszcze raz. Szkło poddało się bezdusznemu działaniu grawitacji z doskonałym sobie posłuszeństwem. Roztrzaskała się na dwie części. Denko, przypominające ekstrawagancką popielniczkę wturlało się pod telewizor, a róża zwieńczona smukłą szyjką leżała nieopodal stołu. Wieża zamilkła. - Ty szumowino. Gdzie ja miałem oczy jak cię brałem. Ty … - niecenzuralny monolog został niespodziewanie przerwany. - Zostaw mnie. Odchodzę ! Słyszysz ! Odchodzę !! – krzyczał bity przedmiot. Jej odważne słowa były niewybaczalnym błędem. Tego było za wiele. Szybko zerwał się z sofy i chwycił telefon. Wystukał 997, ale nie nacisnął zielonego przycisku, który kształtem imitował słuchawkę. Przypomniał sobie, że policja w jego kamienicy gości średnio kilka razy w tygodniu. Jeszcze nigdy funkcjonariuszom nie udało się znaleźć żadnych dowodów świadczących o pobiciu Pani Marii. Sama kobieta zawsze przedstawiała im męża jako kochającego człowieka, a swoje siniaki tłumaczyła coraz to bardziej wyszukanymi wypadkami. Zagniewany rzucił słuchawkę na stół. Schylił się i sięgnął po ubitą szyjkę. Delikatnie potarł poszarpaną krawędź. Była nadspodziewanie ostra. - A może by tak… Może tak trzeba… Kiedy tylko skończył się zastanawiać, stało się coś co potem wydawało mu się sennym majakiem. Wyciszony telewizor kliknął cicho. Niewidzialna ręka zmieniła kilka kanałów i odblokowała głos. Najpierw spojrzał na nieruchomo leżący pilot, a następnie nie mogąc powstrzymać opadającej szczęki, skierował rozdziawioną twarz w stronę śnieżącego ekranu. Po kilku sekundach ciszy na zwierciadle pojawiała się Ona. Blada, długowłosa kobieta ukazana od pasa w górę. Od razu można było się zorientować, ze nie zamierza komentować wysiłku piłkarzy, którzy właśnie zeszli na przerwę. Adwokat jak na racjonalistę przystało walnął elektryczne pudło kilka razy, a kiedy to nie dało rezultatu, zaczął bawić się przyciskami pilota. Całkowicie na darmo. Postać nieznajomej uśmiechnęła się ładnie, acz tajemniczo. Tak jak gdyby doskonale widziała jego wysiłki i tak jakby w tej chwili chodziło jej tylko o niego. Nie o tysiące osób, które być może też czekały na wypowiedzi ekspertów sportowych, ale właśnie o młodego adwokata. O Łukasza Potężnego. - Co do cholery – wyszeptał nie słuchając już awantury z sąsiedniego mieszkania. Nie odpowiedziała. Łukasz poczuł się dziwnie. Coś dostrajało jego fale mózgowe, zmieniało je, mieszało myśli. Upadł na kolana i podkurczył nogi upodabniając się do małego embriona. Nie usłyszał nic, ale poczuł jej głos. W sposób jaki do tej pory nie znał uchwycił ciepły, kobiecy głos, szalejący w jego czaszce. Szeptała. Po chwili odrętwienia wstał, zacisnął ręce na tulipanie rozbitej butelki i zaczął mówić. Recytował rytmicznie to, co sam chciał powiedzieć już dawno temu, ale nie robił tego, bo brakował mu sił. Słowa, które wylatywały mu z ust były pełne nieskrywanej nienawiści. Jej zapewnienie o słuszności powziętego planu, uspokoiły go. Przecież to też jest sprawiedliwość, pomyślał usprawiedliwiając samo sądny lincz. - Dobrze. – kobieta z ekranu poruszyła lekko ustami – Jeżeli naprawdę tego chcesz – zrób to. Wieża wydała z siebie głośne „piii”.
There is no escape and that is for sure This is the end we won't take any more
- Say goodbye to the world you live in Musiał to zrobić. Chciał… Przemaszerował do drzwi, odprowadzany wzrokiem nieznajomej błyszczącej na ekranie jego plazmy. Głośno i stanowczo zapukał do mieszkania obok.
Running, On our way Hiding, You will pay
Otworzył gruby człowiek o czerwonej twarzy przypominającej przy bliższym przyjrzeniu się mordę świni. Jego krzywy nos błyszczał, a z karku spływała cienka strużka potu. Stary podkoszulek śmierdział papierosami i zgniłymi jajkami. W głębi holu, wciśnięta pomiędzy szafę i kaloryfer leżała szczupła kobieta.
Searching, Seek and Destroy
Część 44 / 4
- Czego ? – ryknął na tępo patrzącego adwokata. Zamiast odpowiedzi padł cios. Grubas wybałuszył oczy. Rozbita butelka zanurzyła się głęboko w opasłym brzuchu. Rozcięła mięso, poszarpała żyły. Ciepła posoka trysnęła na framugę drzwi rozkwitając czerwienią róży. Łukasz z uśmiechem pełnym satysfakcji obrócił szyjkę w ręce, jakby chciał nawinąć coś na kołowrotek. Kobieta krzyknęła głośno.
***
Detektyw siedział w swoim biurze odwrócony tyłem do drzwi i patrzył na stalową skorupę nieba. Deszcz strużkami lizał gładką powierzchnię szyby, a następnie spadał w dół kilkunastopiętrowego wieżowca. Gdzieś dalej na obrzeżach miasta wznosiły się w górę smukłe kominy fabryk. Ulatujący dym zaplatał warkocze z toksycznego powietrza. Ktoś szarpnął drzwiami. Paweł nie zamierzał nawet udawać zainteresowania tym, na czym powinien skupiać uwagę w godzinach pracy. Zanim jeszcze obrócił się na fotelu, wiedział, że tym kimś musiał być komendant. Tylko on wchodził wszędzie bez pukania. - Paweł … - Tak , panie komisarzu ? – odstawił gorącą kawę na stół. - Dość opieprzania się. Na dowód swoich słów rzucił na biurko pokaźny stos kartek. Paweł dostrzegł między nimi świeżo zapisane akta, kilka luźnych kartek i jakieś protokoły. Mogło to oznaczać tylko jedno. Nowa sprawa. - Nie szefie, tylko nie to. Potężny facet w policyjnym mundurze uśmiechnął się, choć na pierwszy rzut oka widać było, że nie jest w nastroju do żartów. - Przecież dopiero skończyłem sprawę „Sławka-rzeźnika”. Tropiłem dziadka dobry miesiąc. Chyba należy mi się jakiś odpoczynek. Kilka dni urlopu, co ? - Sapiecha ! Nie przeginaj pały. Jestem twoim szefem. Robisz co ci każę. Detektyw wstał, zaczął przeglądać stos dokumentów. - Słuchaj – oficer skrzyżował ręce na piersi i wtopił w podkomendnego swój władczy wzrok. – Mam mnóstwo świetnych ludzi. Majewski, Grzegorczyk, Racławicka… Wiesz przecież, że oni naprawdę znają się na swoim fachu. To potwornie cwane bestie, prawdziwe psy na zagadki, ale kiedy tylko trzeba podjąć niekonwencjonalne kroki, żeby ruszyć śledztwo do przodu, tracą z tonu. Ta sprawa – stuknął palcem w notatki – jest dziwna… - Hę, dziwna ? – zainteresował się detektyw. Jeżeli w jego pracy były jakiekolwiek rzeczy, które go interesowały, to były nimi właśnie nietypowe, zagadkowe zbrodnie. - Tak. Można powiedzieć, że to interesująca, zagadkowa zbrodnia połączona z jeszcze ciekawszym samobójstwem. Pociągnięty soczystym aromatem, sięgnął mimowolnie po kawę. - Dobra, co mam zrobić na początek ? - Odwiedź dwa miejsca. Przejazd kolejowy niedaleko za miastem - Ten na ulicy Chęclegowskigo ? - Dokładnie. Potem jedź pod jakaś stara kamienicę. Adres masz gdzieś tam zapisany. Kiwną głową na znak że sam znajdzie. - Są tam nasi ludzie. Wytłumaczą ci co i jak. Ja nie mam na to czasu, muszę lecieć. Policjant przeczesał włosy, bacznie przypatrując się swojej twarzy odbitej w biurowym oknie. - Jakaś nowa aplikantka ma się ubiegać o pracę u nas. – wyjaśnił natychmiast. Paweł prychnął cicho. Jego szef, kochający mąż i ojciec trójki dzieci w kręgach mundurowych nosił przezwisko „alfons”. - Jeszcze jedno – dodał cofając się z otwartych już drzwi. Paweł założył swój czarny płaszcz i zaklął cicho na myśl o opuszczeniu ciepłego, suchutkiego biura. - Zamordowany to ponoć jakaś tak daleka rodzina naszego inspektora głównego. Piąta woda po kisielu, wnuk brata, stryj jego babki… Hm… Czy jakoś tam ! Jak będziesz miał za mało motywacji to radzę sobie to przypomnieć. - Jasne… - rzekł dopijając kawę do końca.
***
Na ulicy, zaraz po wyjściu z komisariatu, szybko zorientował się, że spotkało go szczęście w nieszczęściu. To drugie było prozaiczne i całkiem banalne, tym bardziej, że zdawał sobie z niego sprawę jeszcze wewnątrz biura, próbując jak najciaśniej otulić się długim płaszczem. Pogoda…. Pierwszy podmuch gwałtownego wiatru rozwiał nie zapięte poły, upodabniając Sapiechę do wyrośniętego nietoperza. Drugiemu nieomal udało się strącić z głowy czarny kapelusz, mający za zadnie chronić nie tylko głowę, ale też oczy od zacinającego wściekle deszczu. Trzeci, najgwałtowniejszy podmuch wcisnął z powrotem do gardła rzucone na wiatr przekleństwa. Detektyw nienawidził takiej pogody. Widok strug deszczu, odgłos kałuży rozchlapywanych na chodniki, przez przejeżdżające obok samochody, wywoływał w nim same negatywne odczucia. W ogóle, równo w życiu, pogodzie czy każdym innym aspekcie (pieprzonym aspekcie, jak zwykł mówić) wolał umiar, niż rzucającą się w oczy przesadę. Wspomnianym szczęściem okazała się taksówka. Żółta taryfa stała kilka metrów dalej po przeciwnej stronie ulicy, obok hotelu „Piast”. Stała wolna, bo w chwili kiedy Sapiecha przebiegał mokrą jak foka ulicę, jakaś kobieta uporała się właśnie z wytaszczeniem z wnętrza wozu dużej, staromodnej walizy i płaciła teraz należność. Uśmiechnięty zajął tylnie miejsce. Położył obok zmoknięty kapelusz i zażądał kursu na ulicę Chęclewskiego. - Na sam koniec, pod las. – wyjaśnił starszemu kierowcy, który miał wymalowany pod wąsem uśmiech cherubina. - Straszna dziś pogoda. – wypalił z niczego taryfiarz, zupełnie jakby rozmawiał ze starym kumplem. Wrzucił jedynkę, włączył się do ruchu nie omijając przy okazji dwóch dziur wydartych w lśniącej połaci asfaltu. – Najłatwiej się przeziębić w taki parszywy czas. Głowę człowiekowi zmoczy, potem zawieje i choroba gotowa. Detektyw rzucił przelotne spojrzenie w przednie lusterko, ustawione w sposób umożliwiający wymianę spojrzeń. Wymienili spojrzenia. Podobnie jak w innych taryfach, tak i w tej hołdując niepisanemu aksjomatowi kierowców wisiał: biały różaniec, a zaraz za nim zielona choinka zapachowa. Jedyny żywy kolor, jaki zobaczył wewnątrz samochodu. Pewnie do breloka od kluczyków przypiętego ma świętego Krzysztofa, pomyślał. Co za gusła, skonstatował z biegu. - Tak… przytaknął głośno, ale wyraźnie akcentując nutkę niezainteresowania dalszą konwersacją. - No – podchwycił, uśmiechając się pod wąsem taksiarz (miał ładne zęby, wprost niespotykane w tym zapomnianym przez Boga zawodzie). – Ale panu, widzę, że to nie straszne. Nawet parasola pan nie ma, a to niedobrze. Niedobrze… - kiwnął głową dodając swoim słowom powagi. – Taki kapelusz przemoczy raz dwa. Rychtyk ! A parasol to co innego. - Zawsze noszę ten kapelusz – odparł oschle mając nadzieję, na zakończenie krótkiej i bezowocnej przyjaźni z bliżej nieznanym sobie panem X. Boże, pomyślał, dlaczego oni zawsze muszą zawracać człowiekowi dupę, kiedy ten nie ma najmniejszej ochoty na rozmowę. Przecież powinni chociaż pytać, czy klient chce pogadać, albo na masce samochodu pisać dużymi literami „Rozmowa z klientem w cenie przejazdu”. Omijałbym takie wozy szerokim łukiem. Tak, psycholog mówiła, że ludzie chcą być mili, tylko ja nie umiem właściwie z nimi współżyć. I, że powinienem nad tym pracować, bo dotyczy to wszystkich aspektów mojego życia. - Pieprzonych aspektów – zamruczał mimowolnie. Zwykle wierzył swojej terapeutce. Ale nie zawsze. Zawsze, za to, nosił kapelusz zamiast parasola i zawsze jeździł taksówką. Samochód o zapomnianej już przez niego marce sprzedał zaraz po wypadku. Uwaga ! Bezpieczniki w jego umyśle wszczęły alarm, czerwona dioda rozchlapała rzucone światło na mokrych szybach taksówki. Zatrzymali się na skrzyżowaniu. „Nie myśl o wypadku” ostrzegał go bezpiecznik. - No, ale ze szczerego serca panu mówię. Jak Boga kocham. Mój stryj kiedyś… Paweł nie słuchał dalej. Wbił wzrok w migające za oknem krzywe chodniki, brudne bramy prowadzące na podwórza kamienic. Prowadzące w szarość i deszcz. Czasem nawet udawało mu się złowić okiem zamazane ludzkie sylwetki. Wszystkie, nawet te wyglądające młodo, atrakcyjnie, ubrane kolorowo wydawały mu się nijakie. Albo już sterani pracą, dobici monotonią egzystencji, a przez to strąceni w dół bezsilności wobec przeciwieństw losu, albo za młodzi, żeby pojąć czym niechybnie staną się w przyszłości. I w jednych i w drugich widział bakcyla dżumy Camusa. Zarodek upadku. Brak odwagi na wzięcie odpowiedzialności za swoje czyny dobijał go najbardziej; przypominał jednocześnie kafkowskiego bohatera. Tysiące Józefów K. w znienawidzonym przez niego mieście. Być może kierowca wciąż do niego mówił. Może właśnie robił pauzę, bo wyczekiwał odpowiedzi. Sapiecha nie wiedział. Pochłonęły go ruchome obrazki przewijające się jak film, wyświetlanym na brudnej szybie taksówki. Patrzył… Wszystko, co widział, znał bardzo dobrze.
***
- No i co tu mamy ? – spytał klęczącego mężczyznę w czarnej, dobrze skrojonej marynarce. - Niewiele. – odparł zagadnięty nie wstając. – Jedna cała noga, pół ręki, dłoń. Chyba prawa. Tam – wskazał palcem za siebie – całkiem duża część głowy. Z jednym okiem ! – wnioskując z tonu była to rzecz niezwykła. Sapiecha nawet nie spojrzał we wskazanym kierunku. Włożył ręce w kieszenie spodni i zrobił najpoważniejszą minę na jaką było go stać. Jeśli lekarz sądził, że tym makabrycznym wykładem strąci go z pantałyku to Sapiecha chciał zrobić wszystko, by zademonstrować, że nici z tego. W końcu to detektyw miał prowadzić tę sprawę, a tacy durnie jak on mieli mu tylko w tym pomóc. - Długo wam jeszcze zejdzie ze zbieraniem w kupę tego nieszczęśnika ? Mężczyzna w garniturze podniósł się, ale wciąż patrzył w dół. Na ręce założone miał grube, niebieskie rękawiczki. W prawej trzymał pincetę. Odwrócił się na południe, w stronę nieśmiało przebłyskującego przez chmury słońca. Spomiędzy żelaznych szczypczyków zwisał kilkunastocentymetrowy strzępek. Brudno-siny, miejscami purpurowo-krwisty. - Pytałem czy długo jeszcze ? - Słyszałem. – przerwał, wpatrując się zafascynowany w swoje znalezisko. - To chyba palec… - poprawił okulary. - Albo nos… - Jeszcze trochę nam zejdzie. – po raz pierwszy zaszczycił detektywa widokiem swoich świdrujących, niebieskich oczu. Teraz zobaczył, że mężczyzna ma twarz wykapanego szczura laboratoryjnego. – Pracujemy w sześć osób. Dodatkowo szaraki przeczesują las i torowisko pięćset metrów w obie strony od miejsca, gdzie pociąg zdołał wyhamować. - Czyli ? - Pół kilometra stąd. – po sekundzie podchwycił urwany wątek. – To był ekspres – tłumaczył – Była noc. Maszynista walił ile fabryka dała. Dodatkowo padało. Przez deszcz widoczność, nawet dzięki silnym halogenom lokomotywy, mogła wynosić 10, może 15 metrów. Detektywowi wydawało się, że naukowiec lustrując go bacznym wzrokiem, stara się porównać trzymany w pincecie strzęp do jego ciała. Usiłował tym samym znaleźć dla niego właściwe miejsce w całym ustrojstwie, które człowiek ma w środku. - No tak… Nie pierwszy raz przypadło mu w udziale prowadzić sprawę samobójcy. Miał nawet w karierze kilka przypadków takich jak ten, przystających co do sposobu wykonania, zaprezentowanego przez nieszczęśnika-kolejarza. Na początku czuł się dziwnie przesłuchując świadków takiego zajścia, zawsze niedowierzającą rodzinę. Potem weszło mu to w krew. Nigdy nawet nie starał się porównywać makabrycznego wyglądu człowieka po takim przykrym zajściu. Obojętne czy ktoś wbił się kilka centymetrów w beton, skacząc z trzynastego piętra, czy został poćwiartowany przez pociąg. Obojętność pozwalała mu spać spokojnie w nocy. Samobójstwa mają to do siebie, że nie są zbyt uciążliwe w wyjaśnianiu, myślał. Tylko te ciągłe zapewnienia rodziny, że wszystko miał, że dobrze się prowadził. „Nie proszę pana, nigdy syna nie biłem. Czy dobrze się uczył ? A skąd mam wiedzieć, pracuje przecież cały czas. Że jak ? Czy kłopoty miał ? A jakie to nastolatki kłopoty mogą mieć, panie” - Koleś użyźnił ziemie w obrębie dobrego kilometra. Ciekawe jakie tu za rok wyrosną grzyby. - Wiesz, – nie zwracał uwagi na czarny humor, szalonego ( jak zdołał się już zorientować) naukowca – zawsze zastanawiałem się, po cholerę zbieracie takie brudne strzępki ? Badacie je, przesiadujecie w biurach do północy, zaniedbując tym samym żonę, a może nawet dzieci. Na cholerę. Facet był, prach !!, faceta nie ma. W czasie, kiedy mówił, niebieskooki okularnik schował znalezisko do małej, całkowicie…