Inne · 27 min czytania
Mary Sue (nieukonczone, prolog, jeden i dwa).
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Rozdział domniemanie zwany pierwszym.
Stuk dziesięciocentymetrowych obcasów niósł się echem przez wszystkie korytarze zamku, ku niezadowoleniu mieszkańców ram, ucinających sobie właśnie poobiednią drzemkę. Sir Orlando de Lusse również zerwał się z obitego perkalem, purpurowego fotela i poprawiwszy perukę, która zsunęła się mu podczas któregoś z donośniejszych chrapnięć, opuścił swoje ramy w celu zidentyfikowania tego bezczelnego obiektu, walącego kołkami w posadzkę. Zażywając gościny u Damy z nornicą, ujrzał najcudowniejsze zjawisko, jakie kiedykolwiek waliło kołkami po ziemi. Istota ta miała długie włosy koloru sierści jednorożca, lazurowe oczy otoczone kolonią długich rzęs, a jej ruchy – zwinne i kocie – powodowały, że kręciło się mu w głowie. Czerwona sukienka uszyta z lśniącego materiału tak mocno opinała się na jej krągłościach, że sir Orlando miał wrażenie, iż zaraz eksploduje. Pan de Lusse przyglądał się cudownemu stworzeniu przez dłuższą chwilę, a na jego czole wystąpiły kropelki potu. Bezwładnie opadł na fotel. - Na Merlina…
***
Albus Dumbledore spojrzał z niecierpliwością na swój dziwny zegarek u lewej ręki, po czym powrócił do kręcenia młynka kciukami i wystukiwania jakiegoś rytmu nogą. Za oknem zbierało się coraz więcej chmur, wiatr targał koronami drzew Zakazanego Lasu. Pierwszy września. Albus uśmiechnął się dobrodusznie. Dwa miesiące ciszy zawsze dawały się mu we znaki. Brakowało śmiechu na korytarzach i psikusów uczniów. Wspólnych posiłków i razem obchodzonych świąt. Wszak nie mówił tego głośno – Minerwa spojrzałaby pewnie na niego jak na jeszcze większego wariata, nie wspominając o profesorze Slughornie. Choć ten pewnie właśnie przechadza się po swoim gabinecie, nie mogąc się doczekać swych ulubieńców i pierwszoroczniaków, wśród których być może znajdzie się kolejny diament do oszlifowania. Wtem rozległo się głośne pukanie i w drzwiach stanął obiekt westchnień sir Orlando. - Witam. Panienka Sue, jak mniemam? - Tak – odparła, po czym zajęła miejsce wskazane jej przez profesora. Poprawiła zarzucone na ramiona futerko, nałożyła nogę na nogę i utkwiła wyczekujące spojrzenie w dyrektorze, który właśnie przecierał chusteczką swoje okulary. - Może powie mi pani, dlaczego zdecydowała się zmienić szkołę? Dumbledore poczęstował się jednym z cytrynowych dropsów, posuwając je przedtem w stronę dziewczyny, jednak ta tylko przecząco machnęła głową i odrzuciwszy włosy do tyłu, powiedziała: - Nie wiem, czy powinnam panu o tym mówić… ale w każdym bądź razie, mam demonicznego kuzyna. Nie dawał spokoju ani mnie, ani mej rodzinie. Nie mogliśmy pozwolić sobie na takie ryzyko, zna pan zresztą pozycję moich rodziców. – Dumbledore pokiwał głową ze zrozumieniem. – Poza tym, poczułam chęć zmienienia czegoś w moim życiu. Ustalone z góry wzorce zachowań i towarzyszące stereotypy sprawiły, że nie czułam się już tak dobrze w Beauxbatons. Przy tym nauczyciele stawali się coraz bardziej nachalni… Wie pan o co mi chodzi, prawda? Dumbledore ponownie przytaknął i złożywszy ręce na podołku, zadał kolejne pytanie: - Więc jak rozumiem, ma pani zamiar zakończyć swoją edukację w tej szkole i tutaj zdawać owutemy, prawda? Sądzi pani, że zmiana poziomu nauczania, wymagań i otoczenia, nie odbiją się na pańskich ocenach w żadnym, nawet najmniejszym stopniu? - Ujmijmy to tak, że dość szybko się klimatyzuję, a przy tym bystrości i kunsztu mi nie brakuje. Na pewno sobie poradzę. Mary posłała profesorowi jeden ze swoich niewinnych uśmiechów. Dumbledore spojrzał na nią badawczo. Miał wiele wątpliwości, jednak niestety na zmianę decyzji było już zbyt późno. O ile się nie mylił, pociąg właśnie dotarł do stacji w Hogsmeade i za jakiś kwadrans powinna powoli zaczynać się uczta. - Dobrze. Powinna panienka już zejść na dół, za niedługo zbiorą się uczniowie i rozpocznie się ceremonia przydziału do danego domu. Sądzę, że więcej szczegółów powie pani profesor McGonagall, poznała ją pani podczas swojej ostatniej wizyty. Mary skinęła dyrektorowi głową, po czym zaczęła powoli podnosić się z krzesła. - A, i jeszcze jedno. Polecam panience przebrać się w mundurek. Pani Pomfrey miałaby zbyt wiele roboty z mdlejącymi osobnikami płci męskiej. Mary wybuchła perlistym śmiechem.
***
- Evans… - Spadaj, Potter. - Lily… - Na Merlina, Potter, czy ty możesz w końcu przestać zadręczać moją osobę? Uczepiłeś się jak rzep psidwakowego ogona bądź dzidzia maminej spódnicy! Przez całe wakacje żyłam ze świadomością, że tej raj się w końcu skończy i znów będę musiała oglądać cię na oczy. Dzięki Bogu, to już ostatni rok. James prychnął i starając się nie dawać po sobie poznać, jak bardzo go to zabolało, udał się w stronę Syriusza, który zaczynał się niecierpliwić. - Parszywa pogoda… - warknął Black, próbując poprawić swoje przemoczone kosmyki włosów. Kilka dziewcząt w szatach z barwami Ravenclawu zachichotało donośnie, jednak ten tylko wzniósł oczy ku niebiosom. James poklepał go ze zrozumieniem po ramieniu. Obaj zajęli miejsca przy stole Gryffindoru, przy czym Syriusz zrobił to tak niezdarnie, że zrzucił jeden ze złotych kielichów. Wyrzucając z siebie serię mugolskich przekleństw, jedynego, czego nie wypierali się czarodzieje, zanurkował pod stół w poszukiwaniu owego nieszczęsnego pucharu. Miał tak zepsuty humor, że nie potrafił patrzeć nawet na Marigold, najładniejszą Gryfonkę. James przyglądał się mu ze współczuciem, sam jednak wdając się w konwersację z wyżej wymienioną. Pal licho taką przyjaźń, pomyślał Syriusz. Zanotował to sobie w pamięci, by kiedyś mu to wytknąć, gdy będzie przeżywał kolejnego kosza od panny kolorowej inaczej i potrzebował męskiego wsparcia. Wtedy mu powie. Do tego rozpoczęcie Ceremonii Przydziału nieprzyjemnie się przedłużało, a burczenie w brzuchu sprawiało, że był jeszcze bardziej rozgoryczony. Marzył teraz tylko o porcji gorących ziemniaczków i przytulnym łóżku. Remus usiadł po jego prawej stronie, jednak wyczuwając obecny stan ducha przyjaciela, zaczął rozmawiać z Pablem o tegorocznych owutemach. Peter próbował za pomocą czarów osuszyć swoją szatę, co skończyło się małym pożarem i gdyby nie szybka reakcja Remusa, mieliby „parszywy rożen”, jak to ujął zwijający się ze śmiechu James. W końcu drzwi rozwarły się i pojawiła się w nich profesor McGonagall z tłumkiem przemoczonych i przerażonych pierwszoroczniaków. James zaczął się nabijać z jednego z nich, o rudych włosach i z haczykowatym nosem, jednak pod gromem spojrzenia Lily Evans szybko przestał. Black milczał. W ciszy wysłuchał zawodzenia Tiary i przydziału poszczególnych pierwszaków. Dopiero pod koniec wydał z siebie westchnienie ulgi, na co siedzący obok James aż podskoczył. - Tak, tak, wiem, wiem. Wasze kiszki grają marsza, a oczy domagają się widoku tych wszystkich pyszności. Ale jeszcze chwilkę. Bo też doczekaliśmy się przełomowego, wręcz legendarnego incydentu w historii Hogwartu. Każde z was przybyło do tej szkoły w wieku jedenastu lat. Siedemnastoletnia panna Mary Sue jest naszym pierwszym i zapewnie ostatnim wyjątkiem. – Dumbledore rozejrzał się po zdziwionych twarzach uczniów. – A zresztą… panno Sue! Drzwi po prawej stronie od stołu nauczycielskiego otwarły się. Mary dumnym krokiem podeszła do profesor McGonagall. Kątem oka zauważyła rozanielone miny chłopców, jednak postanowiła to tym razem zlekceważyć. - Panna Sue ukończy swoją edukację w Hogwarcie – dodał Dumbledore, po czym utkwił wzrok w Mary, która właśnie zajmowała miejsce na drewnianym stołku. Z zadowoleniem stwierdził, że ma na sobie mundurek. Mary, starając się nie zwracać uwagi na wlepione w nią spojrzenia wszystkich uczniów, nałożyła sobie na głowę tiarę. Próbowała już wcześniej wmówić profesor McGonagall, że ten śpiewający kapelusz jest staroświecki i niemodny, i wolałaby założyć gustowny berecik, jednak ta zlekceważyła jej propozycję. Hm… co my tu mamy? O tak, wielkie umiejętności, mnóstwo odwagi i zdolność do największych poświęceń… Przy tym wiele sprytu i przebiegłości… Gdzie cię przydzielić? No nie wiem… Niech będzie… - Gryffindor! Dumbledore miał wrażenie, że szkoła zaraz eksploduje. Przy stole Gryffindoru wszyscy chłopcy wrzeszczeli wniebogłosy. Płeć męska innych domów wydała z siebie jedynie żałosne zawodzenie. Jedynie dziewczyny zachowały resztki rozumu i tylko się naburmuszyły, nie wydając przy tym żadnych odgłosów. W każdym bądź razie, James miał wrażenie, że trafił do raju. I nie on jedyny.
Blackowi od razu poprawił się humor.
***
Część 22 / 2
Jeśli James sądził, że w jego głowie jest miejsce tylko na myśli o rudowłosym dziewczęciu z zielonymi oczyma, to się mylił. Zresztą, nie on jeden. Mary Sue wtargnęła do umysłów wszystkich chłopaków w Hogwarcie, nie pozwalając im na zmrużenie oka. - Wiercisz się jak pies – mruknął Black, jednak jego głos nie był w ogóle zaspany. Jemu zapewnie też wyobrażenie nowej uczennicy nie pozwalało na sen. - I kto to mówi – odwarknął James, przykrywając się szczelniej kołdrą. - Ty też? – Syriusz obrócił się na bok. Światło księżyca tylko potęgowało uczucie bezsenności. - Chyba tylko seksualnie obojętni, Remus i Peter, potrafią spać dzisiejszej nocy. Black z głuchym jękiem opadł na poduszkę.
***
Mary usiadła na skraju łóżka. Lily Evans spojrzała na nią zza purpurowych kotar. Przyglądała się jej idealnemu ciału i wspaniałym włosom. Jakie ona miała szanse ze swoimi, rudymi? Sue miała oczy przywodzące na myśl lagunę. A ona? Ona jest tylko szarą myszką. Dlaczego jej postać nie może być równie perfekcyjna? Czemu, gdy przechadza się korytarzami, chłopcy nie obracają się za nią, wydając z siebie całą masę westchnień? W czym ona, Lily Evans, jest gorsza od tej całej Mary Sue? Nawet James zapomniał o niej, śliniąc się na widok tej nowej. Kto jak kto, ale była pewna, że on nie zwróci na nią większej uwagi. Przecież szaleje za nią, za nią! Szalał za nią. Czas przeszły. Teraz już nic nie będzie takie same. Zmiany są nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji, jednak dlaczego są one aż tak bolesne? Czemu dotykają najczulszych punktów? - Eee… Mary? – Lily odsłoniła kotary. Przetarła zapuchnięte oczy i spojrzała na obiekt swej zazdrości. Mary przerwała malowanie paznokci i zerknęła na rudowłosą dziewczynę z uprzejmym oczekiwaniem wyrysowanym na twarzy. - Słucham? Lily zaczęła wyłamywać sobie palce. - Pomyślałam, że skoro jesteś tu nowa… To mogłabym cię rano oprowadzić trochę po szkole… - Evans zacięła się i spłonęła rumieńcem, jednak Mary spojrzała na nią z uśmiechem. Spodobała się jej ta dziewczyna. Wiedziała, że zapewnie zazdrości jej powabu, a mimo to stara się być do niej miła. Przy tym ma taką strasznie dziecinną urodę: rude włosy zebrane w gruby warkocz, piegi dodające uroku i duże, zielone oczy, wpatrujące się w nią z największym przestrachem; tak, jak dziecko wpatruje się w swoją matkę – jak w boginię. - Och, byle nie za wcześnie, mój zegar biologiczny nie przepada za wczesnymi pobudkami. – Roześmiała się. Na twarzy Lily również pojawił się blady uśmiech. Mary zauważyła, że tworzą się jej w policzkach śliczne dołeczki. Schowała lakier do szuflady i szepnąwszy rudej „dobranoc”, zaciągnęła swe kotary. Evans nadal siedziała nieruchomo.
***
- Bonjour* - zaćwierkała Mary, dosiadając się do grupki Gryfonów konsumujących swe śniadania. James zachłysnął się owsianką, którą właśnie miał przełknąć, a Black upuścił widelec z nadzianą na niego kiełbaską. - Witaj, Mary. Jak ci się spało? – odparł spokojnie Remus, nie zwracając uwagi na mordercze spojrzenia Blacka i Pottera, na których twarzach szło właśnie usmażyć jajecznicę. Lily zajęła miejsce po prawej stronie Mary, starając się nie zwracać uwagi na zahipnotyzowanego Jamesa. - Bien, merci** - odpowiedziała, po czym nałożyła sobie porcję bananowego jogurtu. Black, Potter i reszta Gryfonów śledziła każdy jej najmniejszy ruch, co ona usilnie starała się zlekceważyć, opowiadając Remusowi o swoim dotychczasowym życiu. Lily od dłuższego czasu grzebała w swojej owsiance. Zawsze to ona była adorowana przez wszystkich. Wtedy się wściekała, że nie pozwalają jej w spokoju zaspokoić norm życiowych. A teraz? Zerknęła na rozpromienioną Mary, opowiadającą wszystkim ostatnie lata swego życia. Potter chciwie łowił każde słowo wypowiedziane z jej ust, a Black próbował zapanować nad swoimi oczyma, które nie chciały oderwać się od dekoltu nowej uczennicy. Russell próbował trafić łyżką to buzi. Reszta chłopaków po prostu PATRZYŁA i PODZIWIAŁA. - Dlaczego się przeniosłam? Och, to długa historia, nie będę was zanudzać… - bąknęła skromnie Mary, spuszczając oczy. Syriusz miał wrażenie, że zaraz nie wytrzyma. Ta dziewczyna doprowadzała go do szaleństwa, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. - Nie sądzę, aby to, co mówisz, było w jakimkolwiek stopniu nużące – odparł Syriusz. Mary podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy. - Yhym… jest już plan lekcji – powiedział Remus, wręczając Mary i Syriuszowi pergamin. Black myślał, że zaraz zaciśnie palce na tętnicy tego przygłupa.
* - dzień dobry (fran.) ** - dobrze, dziękuję (fran.)
Prawdopodobnie rozdział drugi.
James Potter spojrzał na niedawny, zielonooki obiekt swoich uwielbień. Lily Evans nie gardziła urodą – to fakt. Miała w sobie coś…