Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 2 godz. czytania

MaryJane część I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

MARYJANE

„Bo i jak mam wytłumaczyć swojemu mądremu, wykształconemu synowi, żeby nie palił tysiącdolarowego banknotu?” Timothy Leary

„Upajajcie się poezją, mocą, winem, ale upajajcie się” Charles Baudelaire

Autorom tekstów z arkad ulicy Grodzkiej w Krakowie. Chwała im za nie.

PRELUDIUM Otoczony ze wszystkich stron wianuszkiem swoich starszych i brzydszych sióstr wieżowiec ze skrzyżowania Wybickiego z Bratysławską panoszył się jak „homoseksualista pod więziennym prysznicem”, używając tutaj słów Tada. Dookoła nic, tylko szare blokowiska zbudowane z betonowych płyt, przykład chorej wyobraźni socjalistycznych architektów, a w środku budynek nr 24 – wielki kompleks biurowo mieszkaniowy. Budynek ten był rodzaju z tych, pokazywanych w amerykańskich filmach, z oszklonym halem, portierem w liberii i cicho sunącą, szybkobieżną windą. Idealne miejsce dla młodych, energicznych „yuppies”. Pierwsze trzy piętra zostały zajęte przez sieć biur i agencji, mieniących się w oczach kolorowymi szyldami, pozostającymi w wiecznym szumie drukarek, kserokopiarek, komputerów i sekretarek – kociaków. Z tego postumentu wyrastał dopiero prawdziwy pomnik – dwie strzeliste wieże apartamentów, połączone u szczytu marsjańską konstrukcją dachu. Jeśli budynek był liczony na piorunujące wrażenie, a nie na funkcjonalność, to zamiar udał się w pełni. Wchodząc do środka zadarłam głowę jak dziecko, które widzi po raz pierwszy startujący samolot. Za imponującym biurkiem, do zrobienia którego wycięto zapewne cały mahoń ze Złotego Wybrzeża, siedział wiecznie uśmiechnięty portier. Uśmiechnęłam się również, a wszystko stało się nagle takie miłe i sielankowe. Do czasu, jak portier ściągnął wargi i urzędowym tonem zapytał się mnie o cel wizyty. - Nazywam się Anna Starska i chcę... - Ach, panna Starska. Tad uprzedził mnie, że pani przyjdzie – portier ponownie się uśmiechnął Przestąpiłam niepewnie z nogi na nogę, gdyż nie przywykłam do takich ceregieli. Na szczęście zdrowy rozsądek i dziennikarska żyłka wzięły górę. Włączyłam spoczywający w kieszeni dyktafon. - Lubi pan Tada? Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę całą nagonkę, jaka trwa na niego. - Tad to porządny człowiek, obojętnie co o nim mówią – zaprzeczył żywo portier, a tik nerwowy złapał go w prawy policzek. Chłopak trochę się za mocno przejmuje. - A jeśli to, co o nim mówią, jest prawdą? - To bez znaczenia, panienko – mało mu głowy nie urwałam za tą „panienkę”. – Nikt nie jest doskonały. Media rzuciły się na niego jak sępy, grzebią w jego życiu i rozdmuchują każdą sprawę. Ale on i tak jest lepszy od całej watahy tych tak zwanych „dziennikarzy”. - Ale dlaczego nie reaguje? Dlaczego nie odeprze ciosów? Portier popatrzył się na mnie, jakbym podała w wątpliwość uczciwość papieża. - Ponieważ jest mądrzejszy od nas wszystkich. Poza tym, jest za dumny. Nigdy nie zniży się do ich poziomu, nie da im tej satysfakcji. - Można i tak… - mruknęłam cicho. Wyłączyłam możliwie dyskretnie dyktafon. Zebrałam już aż nadto wystarczającą opinię. Dobrze to świadczy o człowieku, jeśli ktoś się o nim tak pochlebnie wyraża. Skierowałam się do windy, a portier wyglądał za mną ciekawsko, przewieszony przez biurko. Winda zabrała mnie na piętro dwudzieste drugie – czyli ostatnie. Stanęłam na długim korytarzu. Widać było, że nie oszczędzano na nim. Wszędzie pastelowe barwy, łagodnie rozproszone światło jarzeniówek i tłumiące wszelki hałas obicia. Stanęłam niepewnie przed najdalszymi drzwiami i zapukałam lekko. - Otwarte, Anno – usłyszałam ze środka. Weszłam do środka. Apartament (nie mieszkanie!) został urządzony z zachowaniem wszelkich oznak luksusu. Wielkie, panoramiczne okno pozwalało dostrzec ładny kawałek Krakowa; pół Krowodrzy, Azory i nawet Bronowice. Salon, w którym się znalazłam był przestronny i urządzony po męsku. Nierzucające się w oczy ozdoby, zdjęcia w oprawkach, w rogu zestaw „mała siłownia”, a na środku wielka kanapa. Panował tu lekki nieład. Nie bałagan, ale delikatny nieporządek znamionujący, że właściciel tego przybytku jest osobą nieprzywiązującą wielkiego znaczenia do spraw materialnych. Tad wyszedł z bocznego pokoju, energicznym krokiem wchodząc do salonu. Nie widziałam go pierwszy raz; jego zdjęcia ostatnio dość często zdobiły kolumny gazet różnego typu. Jednak nieostra, czarno – biała fotografia miała, jak to zwykle bywa, mało wspólnego z rzeczywistością. Jego wygląd sprawił, że natychmiast poczułam się głupio i niezręcznie. Był ubrany w luźny, sportowy strój, lekko wilgotny, jakby przed chwilą ćwiczył. Nie wiedzieć więc czemu z miejsca pożałowałam, że miałam na sobie dżinsy i bluzkę z hipermarketu, a nie jakąś bardziej szykowną spódnicę czy sukienkę. Miał przystojną i stanowczą twarz oraz burzę czarnych włosów nad nią. Wyglądały, jakby były nieuczesane, ale równie dobrze mogły zostać starannie ułożone. Był bardzo wysoki i wysportowany, ale bez zbytniej przesady. Jednak czymś, co od razu przykuwało wzrok każdego, kto na niego spojrzał i nad czym rozpływały się dziewczyny w wieku lat dwunastu, były jego czarne jak węgiel oczy. Oczy, z których nie dało się nic wyczytać poza tym, że ich właściciel właśnie bacznie cię obserwuje. Poczułam się trochę jak uczeń w trakcie odpowiedzi. - Przepraszam, że mnie tak zastałaś w trakcie ćwiczeń, ale przyjechałaś trochę wcześniej, niż się spodziewałem – powiedział i uśmiechnął się lekko, przez co przestałam być taka spięta. Ale, co tu kryć, jego obecność trochę mnie onieśmielała. - Zaczynamy? Usiedliśmy na kanapie. Przez chwilę grzebałam po torebce i kieszeniach w poszukiwaniu dyktafonu oraz moich notatek. Tad cały czas siedział obok cierpliwie. W końcu wyciągnęłam noszący ślady częstego używania brulion oraz magnetofon i wszystkie te rzeczy położyłam na stoliku. Dyktafon wzięłam także ze względu na efekt, ale teraz kładąc go przed nim poczułam się zwyczajnie zażenowana. Bo Tad cały czas uważnie obserwował. Roześmiałam się, próbując rozładować napięcie (przede wszystkim swoje). Tad uśmiechnął się oszczędnie, uprzejmie. - Trochę mi głupio, robiąc z tobą wywiad – powiedziałam. - Mam nadzieję, że nie będziesz zaglądał mi przez ramię i poprawiał stylistyki. - Wezmę się w karby, nie martw się. A więc, co chcesz wiedzieć? - Wszystko. - Wszystko? To trochę dużo – powiedział w zadumie, a ja w panice poczułam, że się czerwienię. - Chcę poznać całą twoją historię, od początku, do końca. Znaczy, do chwili obecnej. - Zakładam, że rozmawiałaś już z innymi? Z nadzieją popatrzyłam się na niego licząc, że zobaczę uśmiech na jego twarzy. Faktycznie, usta były uśmiechnięte życzliwie, ale oczy były nieruchome, cały czas odnotowujące każdy mój najmniejszy ruch. Próbowaliście kiedyś coś ukraść ze sklepu, w którym są kamery? Ja się właśnie tak czułam. Podstawą był jednak profesjonalizm. Kiwnęłam głową i, nie podejmując wątku, zaczęłam: - A więc – chrząknęłam. – Co z twoim słynnym zbiorem Twierdzeń? Czy naprawdę w nie wierzysz? - Nie byłoby mnie tutaj, gdyby to nie była prawda. Prosta ta odpowiedź solidnie zbiła mnie z pantałyku. Musiało się to wyraźnie odbić na mojej twarzy. Tad pochylił się lekko ku mnie. - Widzisz, każdy człowiek żyje w swoim małym mikroświecie, takiej lśniącej banieczce. Dom, praca lub szkoła, ulubiona knajpa, dom krewnych. Ludzie chętnie zamykają się w takich małych przestrzeniach. Niewielu jest takich, którzy potrafią spojrzeć ponad te miliony baniek, ponad tą pianę życia. W historii świata jest zaledwie kilku takich, którym się to udało. - Jesteś jednym z nich. - Nie oczekujesz chyba ode mnie obiektywizmu – roześmiał się głośno. Potraktowałam to jako unikanie odpowiedzi, więc z radością zaatakowałam dalej. - Więc jak? - Nie. Ale przynajmniej próbuję. Wobec takiego postawienia sprawy spróbowałam drążyć od innej strony. - Co z posądzeniami o narkotyki? Podobno brałeś ich sporo. Jak to skomentujesz? - Nie skomentuję. Odpowiem prosto: brałem je. Nic wielkiego, lekka wersja marihuany i kilka prób kwasu. - Kwasu? - LSD. Zdarzyło się, ale było to ciekawe doświadczenie. - Dlaczego to robiłeś? Przecież jesteś inteligentnym człowiekiem. - Myślisz, że ćpanie jest miarą głupoty? Odpowiednio dobrane narkotyki w niewielkich ilościach potrafią wywołać podobny stan, jak niektóre praktyki religijne, zwłaszcza religii Wschodu. Nigdy nie propagowałem idei brania jako alternatywnej formy rozrywki, odpowiednika alkoholu czy papierosów. Marihuana pozwala twemu umysłowi spenetrować miejsca nieosiągalne w zwykłym stanie, spojrzeć na „wielki obraz”. Zbliżone efekty można otrzymać praktykując jogę, medytację, czy inne formy religijnej ekspresji. Ale wiem, że jest trudno to zrozumieć. - Więc nie chodzi tylko o oszukanie umysłu? - Oszukaniu? Oszukują się ludzie, którzy ogłupiają mózg prostym etanolem, blokującym większość impulsów dopływających do twojej głowy. - Znaczy się: alkohol zły, marycha dobra? Powiedziałam to tak obcesowo, że aż oboje się roześmialiśmy. - Wiesz, to chyba do niczego nie prowadzi. To nie tylko ma być historia mojego podejścia do narkotyków czy obserwacji socjologicznych. Chciałaś podobno opisać historię mojego życia, nie wyrwanych z kontekstu fragmentów. - Racja, przepraszam. - Anno? - Tak? - Uspokój się trochę, nie jesteś na żadnym egzaminie. Udzielam ci wywiadu nie dlatego, że mnie o to poprosiłaś. Po prostu czuję, że jesteś dobrą reporterką i możesz obiektywie przedstawić tą historię. Dziwne, bo faktycznie trochę się uspokoiłam. Ale kartkę z przygotowywanymi wcześniej pytaniami mogłam chyba wyrzucić do kosza. Zapanowała cisza. Gdzieś z któregoś pokoju dobiegł mnie szelest, jakby ktoś przewracał się na łóżku. Ciekawe, który z grupy znajomych Tada mógł to być? - Więc co z tym zrobimy? – zapytał, wskazując czubkiem nosa na dyktafon. Trudno, trzeba będzie iść na żywioł. Usadowiłam się wygodniej i odłożyłam na bok plik notatek. - Jestem gotowa. Opowiadaj.

SŁOWO OD AUTORKI Pisząc niniejszą historię oparłam się przede wszystkim na wywiadzie, jakiego udzielił mi Tad w swoim mieszkaniu. Oparłam się w niej również o informacje udzielone mi przez innych uczestników tych wydarzeń, których będę wam przedstawiać w miarę rozwoju akcji. Historię tę spisałam na osobiste życzenie Tada, jednak, jak zapewniam, z zachowaniem maksymalnego możliwego obiektywizmu. Każdą rozmowę starałam się przeanalizować z obydwoma adwersarzami, o każdym wydarzeniu zbierałam informacje oraz zwykłe plotki od wszystkich. Rozmawiałam też z wieloma ludźmi, aby dowiedzieć się, co oni sądzą o całej tej sprawie, a ich opinię będę także przytaczać, gdy zajdzie taka potrzeba.

Twierdzenie 1. Podstawowe, ogólne. Manipulacje. Wyobraźcie sobie krople wody. Pojedyncza spływa po szybie różnymi ścieżkami, za każdym razem płynąc inną drogą. Sunąc po szybie wydaje się rządzić jakimiś własnymi, odrębnymi prawami, jakby świadomie wybierając sobie drogę przez jej krótkie życie – od parapetu na ziemię. Wyobraźcie sobie teraz miliony, miliardy, tysiące miliardów kropel – całą rzekę. Rzeka rwie jednostajnie, w konkretnym kierunku. Jest regulowana tylko przez jeden czynnik: typ podłoża, a ściślej jego twardość oraz nachylenie w przestrzeni. Wyobraźcie sobie w końcu człowieka jako kroplę wody, a ludzi jako rzekę. Jednostka jest świadoma: swego celu, sposobu i rodzaju drogi. Ludzie natomiast, tłum, tłuszcza, ludzka masa, w huku życia, pośród jeszcze innych ludzi zatraca te cechy. Wtedy stanowi o niej tylko jeden czynnik: jest to silna, konkretna, mogąca oprzeć się prądowi sugestia. A więc wtedy otrzymujemy, co następuje: Założenie: Jeśli ludzie faktycznie są podatni na sugestie, i z radością przyjmują każdą propozycję, mogącą ich oderwać od samodzielnego myślenia... Teza: ... to dzięki odpowiednim manipulacjom można osiągnąć wszystko. Tad ROZDZIAŁ PIERWSZY KONKURS

W tym czasie zbiegło się kilka ważnych wydarzeń. Świat gotował się wtedy do wojny z Irakiem, naukowcy zaczęli sobie poczynać z klonowaniem człowieka, Polska zakończyła negocjacje z Unią, a Tad był tuż po egzaminie, który nie wiadomo jak miał sprawdzić jego dojrzałość. Ale po kolei. Tad mieszkał wtedy na ulicy Żelaznej. Jeśli nie wiecie, gdzie to jest, możecie uważać się za szczęściarzy, gdyż ta ulica nie pasowała do stereotypu Królewskiego Miasta. Świat Tada został ograniczony do stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Z jednej strony ulica Żelazna przylegała do cmentarza Rakowickiego, natomiast z drugiej strony blokowały ją srebrne pasy torów kolejowych oraz zabudowania Dworca Głównego. Żeby było ciekawiej, ulica kończyła się na bardzo ruchliwej Alei Trzech Wieszczów, tuż przy końcu mostu nad torami. Budynki przy ulicy Żelaznej nadawały się już tylko do rozbiórki. Był to szereg żółtoszarych, ciasnych kamieniczek, od których tynk odłaził całymi płatami. Wewnątrz schody były przegniłe, a rury biegły beztrosko na zewnątrz ściany. Wieczny huk hamujących i rozpędzających się pociągów sprawiał, że życie tutaj stawało się udręką. Był to mały, brudny i gnijący światek, o którym pamiętali tylko jego mieszkańcy. Zamknięty ze wszystkich stron szczelnymi barierami, tłamsił się on w potwornym zaduchu i stopniowo, ale stale, umierał. Właśnie przez tą niszczejącą ulicę, pewnego upalnego lipcowego popołudnia, przemaszerowała dziarskim krokiem Maria Szczęśniak, przyjaciołom znana jako Mary. Ubrana była w krótkie, dżinsowe spodenki i bluzkę odsłaniającą brzuch. Szła pewnie, gdyż ulicę Żelazną znała niemal jak swoją własną. Mary była moją serdeczną przyjaciółką i, co tu dużo gadać, ona sprawiła, że poznałam po raz pierwszy tę historię. Gdybym miała ją w skrócie opisać... Mary nie była przebojową dziewczyną w typowym tego słowa rozumieniu. Miała silny charakter i umiała postawić na swoim, o czym nieraz boleśnie przekonał się Tad, podczas dwóch lat trwania ich związku. Mary była bardziej męska niż wielu znanych mi osobiście chłopaków. Miała szopę niesfornych, sfalowanych włosów i mocną, acz zgrabną sylwetkę. Większość chłopaków mogło ją spokojnie uznać za swoją wymarzoną partnerkę, ale nie dłużej niż do czasu pierwszej rozmowy. Gwałtowny i impulsywny charakter Mary tylko czekał aby zaiskrzyć i eksplodować. Mary to serce, ogień. Żyła z pasją i na wysokich obrotach. Stąd też efekt związku takiej silnej baby jak Mary z superindywidualistą Tadem był niezwykły i niespotykany. Musiał też on w końcu się rozpaść, gdyż w chwili, gdy zaczyna się ta opowieść, Mary była kilka miesięcy po rozstaniu z Tadem. Chociaż ostatnie wydarzenia wskazywałyby na inny obrót sprawy… Dojdziemy i do nich. Pewnym natomiast jest, że nadal byli dobrymi przyjaciółmi; dlaczegóżby w końcu nie? Obrażanie się i wypominanie było przecież ulubionym zajęciem ludzi słabych. Mary weszła do jednej z kamieniczek. Wnętrze pachniało kurzem i stęchlizną. Na brudnozielonym lakierze widniała napisana spirytusowym pisakiem modlitwa satanistów. Mary wiedziała, że wypisał ją tutaj Strudzik, ich wspólny przyjaciel, dla odstraszenia wszystkich, którzy mogliby mieć tutaj jakiś interes. I, trzeba przyznać, napis zdawał swój egzamin. - Tad! – krzyknęła. – Jesteś tam? Kopnęła kilka razy w idące w górę rury. Żeliwo z łatwością przeniosło hałas, przez co nagle rozdzwonił się cała kamienica. Mary mogła sobie pozwolić na takie subtelności, gdyż w całej klatce mieszkały zaledwie trzy rodziny. Dwa piętra wyżej pokazała się między prętami barierki blada twarz Strudzika. - Strudzik! Zawołaj no Tada! - Tada nie ma. Jest w „Redzie”. A jakiżże to ciemny biznes wymusił na tobie spotkanie z nim? - Mam do niego mały romans. Powinien się ucieszyć. - To czekaj, podskoczę z tobą. Strudzik był niskiego wzrostu, drobny i z wiecznie zmąconym wzrokiem. Na grzbiecie miał brudną, niegdyś białą koszulkę na ramiączkach, a na tyłku jedynie poszarpane spodnie. Na szyi dyndał mu śmiesznie wybity bardzo dawno wojskowy nieśmiertelnik. Chodził swoim zwyczajem boso, gdyż stopy miał twarde jak podeszwy. Wyszli razem z kamienicy, przeszli na drugą stronę, przeskoczyli zgrabnie płot i znaleźli się nagle na jednym z wielu torów kolejowych, biegnących do Dworca. Przecięli na ukos tory, manewrując między pociągami. Była to ich ulubiona rozrywka, taka zabawa na sprawdzenie odwagi. Niegdyś biegali tutaj naprawdę jak zwariowani, ale od czasu gdy pociąg przejechał tak blisko Strudzika, że urwał mu rękaw koszuli, zaprzestali zabawy ograniczając bieganie do niezbędnego minimum. Wydrapawszy się na zatłoczony peron ludzie odsunęli się od nich, jak to robili zazwyczaj. Mary wyglądała ładnie w swym stroju, który pasował jej szczególnie w lecie. Razem z kolorową chustką zawiązaną na głowie wyglądała jak hipiska na wakacjach. Strudzik natomiast był obrazem typowego włóczęgi. Był tylko jeden powód, dla którego przypominał on cywilizowanego człowieka, i dla którego gliniarze nie zabierały go za każdym razem, gdy przejechali. Był to jego pewny krok, oraz wyprostowana niczym struna postawa. Właśnie ta dziarskość jego chodu stawiała go nieraz wyżej niż dobrze ubrani, ale pogarbieni i wiecznie zasmuceni z czegoś ludzie, którzy stanowili większość pasażerów na Dworcu. Wyszli z Dworca kolejowego, po czym weszli do smażalni ryb „Reda”, jednej z wielu jadłodajni, które jak grzyby po deszczu wyrastają przy wszelakich przystankach. „Reda” stała w równym rządku kilku innych barów, plecami opierając się o dworzec PKS, który to z kolei stał naprzeciw Głównego Kolejowego. Należała ona do wuja Tada. Tad nie miał rodziców i bardzo niechętnie o tym mówił. Dość powiedzieć, że żył razem z nim, a w „Redzie” spędzał pół życia. Wnętrze było ciemne, duszne i raczej pustawe. Przy barze siedział tylko jakiś mężczyzna z ciężką torbą u nogi, w kącie gdzieś namiętnie całowała się jakaś para. Obok nich leżały plecaki. Za barem natomiast nie było nikogo. Tada znaleźli na drugim końcu baru. Stał naprzeciw starego automatu do gier, „flippera” jak na nie tutaj mówią i usilnie starał się, by jedna kupa kolorowych kropek zabiła drugą. Tad wyglądał dokładnie tak samo, jak podczas mojego wywiadu z nim. Oczywiście, ubrany był podle. Miał na sobie luźne, bawełniane spodnie i rozpiętą koszulę, spod której było widać opalony tors. Jednak przy jego twarzy nikt tak naprawdę nie zwracał uwagi na ubranie. Czarne oczy Tada pilnie śledziły sytuację na ekranie. Strudzik zajrzał przez ramię Tadowi. - Przedostatni megabos. Chylę czoła i całą resztę. - Po tylu próbach, jakie miałem... – powiedział w skupieniu. – Cześć, Mary, chcesz zagrać? Mimo dwóch lat związku z Tadem, wciąż nie przestawał jej zaskakiwać. Ani na sekundę nie oderwał oczu od gry, jednak była pewna, że dokładnie zauważył, jaki strój nosi i jaką ma teraz minę. - Dlaczego? - Bo ja wiem? Może z braku powodu dla niezrobienia tego? - Ja mógłbym. - Ty Strudzik, za szybko mnie ogrywasz. Co cię tu sprowadza, Mary? Dziewczyna bez słowa rzuciła na automat gazetę. Strudzik zerknął ciekawie, Tad nie przestawał grać. - Dziennik Polski – stwierdził. – Może jakiś komentarz, Mary? - Po prostu czytaj. „Taratatata” – zabrzęczał automat, a na ekranie wyświetlił się napis „Koniec gry”. Tad schylił się i otworzył dziwnym kluczem drzwiczki u dołu flippera, szukając wrzuconych tam wcześniej żetonów. Znalazłszy tylko jeden, podszedł do baru. - Chcecie coś? Wlazł za ladę i wyciągnął stamtąd po piwie, które podał przyjaciołom. - Ja poproszę jeszcze jedną pięćdziesiątkę – wychrypiał facet z ciężką torbą. - Panu już zdecydowanie wystarczy – ocenił Tad. - Ale ja muszę! Bardzo się denerwuję. Popatrz, młodzieńcze, jak mi się ręce trzęsą! - Tiiia, ja też plugawie niechętnie jarzę moje pierwsze podejście do matury – mruknął Strudzik. - Nie, jestem kierowcą – sprostował. - A dobra, pij pan, tylko przed barem – powiedział kategorycznie Tad. – Już niejednego takiego jak pan musiałem wyciągać na zewnątrz. Strudzik i Mary usiedli naprzeciw Tada. Para siedząca przy stoliku zaczęła całować się tak gwałtownie, że było pewne, iż na tym tylko nie przestaną. Można też było spokojnie założyć, że nie dojadą na czas do swojego celu. Po chwili obydwoje wstali i, trzymając się cały czas za ręce, weszli razem do malutkiej ubikacji. Tad uśmiechnął się, bo lubił takie sytuacje. Dobrze wiedzieć, że ktoś sobie za chwilę użyje życia. - Czytaj – Mary ponownie podsunęła mu pod nos gazetę. Tad westchnął i zaczął czytać na głos: - „Małopolskie Kuratorium Oświaty wraz z wydawnictwem Dziennika Polskiego organizuje konkurs... bla, bla, bla, ...jego celem jest zainteresowanie młodzieży do... bla, bla, bla, ...akcji patronuje... ten i nikt inny” – podniósł wzrok znad gazety. – Konkurs dziennikarski? - Popatrz na temat. - „Zagrożenia współczesnego życia”. Ależ trywializm. Znasz takie konkursy, oceniają pracę za to, co chcą, żeby tam było, a nie za oryginalność i innowacyjność. - Tak… swoje trzy grosze dorzucił również Strudzik. - Te pierdolone mechanizmy społeczne, które wykształciły się na staruteńkich cosik długich feudalnych zależnościach, immer będą działały na typie: wyzysk brata via brata. Lub odwrotnie. Dlatego albo komuś posmarujesz łapę, lub też będziesz z kimś pokumiony, albo też rzeczoną łapą po pysiołku dostaniesz. - To drugi argument – Tad wpatrzył się uważnie w Mary. - Chciałeś, żeby ci takie rzeczy przynosić, a teraz wybrzydzasz! – uniosła się. Strudzik odkaszlnął - Jakaś selekcja wstępna stykłaby być... - Cicho! – zgromiła go Mary. Tad patrzył się na nią nieprzeniknionym wzrokiem. Mary uspokoiła się z wolna. Tad pokiwał głową. - Tak lepiej. Zobaczę, co da się zrobić. - On zobaczy, co da się zrobić! – bez złości, ale z rezygnacją krzyknęła Mary. – Chodź Strudzik, nie dojdziemy z nim do ładu. Zaczęli się zbierać do wyjścia. Tad oglądał chwilę gazetę, po czym nie podnosząc wzroku powiedział: - Strudzik? - No? - Wpadnij dziś wieczór. Strudzik przez chwilę próbował łowić oczami wzrok Tada, jednak ten nadal przeglądał gazetę. - W porządku, sahibie – powiedział i wyszedł. - Mary? - Tak? – dziewczyna odwróciła się w drzwiach. - Dzięki. Mary uśmiechnęła się, trochę z wdzięcznością, a trochę z bólem i znikła w wyjściu. Tad cały czas podczytując gazetę podszedł do toalety. Przez cienką ścianę dały się słyszeć spazmatyczne jęki. Przez chwilę opierał się w zamyśleniu o drzwi, po czym zdecydowanie walnął w nie pięścią kilka razy. - Szybciej ten orgazm! Zamykamy! I mniej więcej tak to się zaczęło.

Fakt 1 Podstawowy Aspekty.

Człowiek realizuje się w wielu aspektach, ma różne cele i dążenia. Jednak, by osiągnąć szczęście, każdy na swój sposób próbuje odnaleźć się na dwóch płaszczyznach: seksualnej i duchowej. Obie te płaszczyzny zawierają w sobie wszystkie motywacje ludzkie. Spełnienie się w pierwszej z nich daje szczęście fizyczne i psychiczne, pojmowane jako jak najbardziej materialne. Natomiast spełnienie się w sferze duchowej daje szczęście, o którym nie stanowią już tylko zakończenia nerwowe, czyli moralne i religijne. Dopiero spełnienie obu tych czynników jest miarą doskonałego człowieka.

Tad ROZDZIAŁ DRUGI ULICA ZELAZNA

Strudzik był dzieckiem epoki, która nigdy nie zaistniała. Było to fenomenalne połączenie hipisa, rastafarianina, optymisty i szaleńca, a to wszystko okraszone jeszcze zostało niepoprawnym poczuciem humoru oraz zamiłowaniem do teorii spiskowych. Strudzik nie przejmował się niczym i nie przywiązywał wagi do niczego. Miało to swoje negatywne strony. Nie dbał o żadne popularne ideały. Z przekonania był anarchistą i twierdził, że każda jednostka powinna rządzić się swoimi prawami duszy i sumienia, ale nie nadejdzie to wcześniej, niż ludzkość dozna globalnego oświecenia. W latach sześćdziesiątych, w czasie Ery Wodnika, ludzie byli na wyciągnięcie ręki od duchowego i moralnego otrzeźwienia, jednak paru mydłków z rządu zaczęło krzyczeć, że LSD to trucizna a hipisi są źli i nieodpowiedzialni. Wtedy to pierwsza i jak dotąd jedyna taka szansa w historii ludzkości została zaprzepaszczona. Druga szansa była jednak już na wyciągnięcie ręki. Ale o tym też później. O ile Tad starał się patrzeć ponad podziałami, na całe uniwersum, Strudzik stworzył sobie swoją własną, surrealistyczną bańkę, gdzie kończyły się prawa logiki i gramatyki. Gdy telefonicznie zaproponowałam mu wywiad, zgodził się bez oporów. Sądziłam, że przyjmie mnie w reprezentacyjnym pomieszczeniu, jakim jest apartament Tada, jednak on zdecydowanie wolał starą knajpę. Wcześniej Strudzika widziałam przelotnie kilka razy. Gdy wchodziłam do baru, nie sposób było jednak go pomylić z kimś innym. Był zbyt odrębny, za bardzo nie pasował do całego świata wokół. Dla niego nie istniały pojęcia takie jak: moda, konwenanse czy przepisy. Wydawało się, że dla niego nawet prawa fizyki przestawały obowiązywać, taki był odrębny. - Cosik machniom ci się wywiad zachciało, hę? – powiedział niezrozumiale. – Prze–o–i-zajebiście. Asknij o coś. Asknęłam więc o życie na ulicy Żelaznej. - Niewiary-kurwa-godnie ponure, takie prze- ponure miejsce. Szkoda gadać. Wolałbym nie pamiętać. Ale jeśli mnie ciśniesz... - Właśnie to robię – odparłam z uśmiechem, który w założeniu miał być „ujmujący”. - Jak kcesz. A więc każdy z człowieczków tamtejszych kombinował, ażeby nie dać się zjeść innym. Toteż kombinować my też musieli. Żyło się tam z drobnicy. Tutaj fuszka, tutaj zakachmęcona portmonetka. Czasem robiło się poważniej. Szedliśmy do takowej Agencji, co starem wojskowym śmieciem obracała i kupowało się od nich za dwanaście żelaznych zestaw do uzdatniania powietrza, co to go górnicy używają. Jest tam też toteż butla tlenowa nawet. Tedy styknął już tylko jakiś motocykl lub bicykl łańcuchem do jakiego słupa uczepiony. Traktowało się wtedy i nareszcie rzeczony łańcuch sprężonym gazem, który go o sto stopni ochładzał. Dalej to już nic, tylko pierdyknął czymeź ciężkim i łańcucha juże niet. - Tad też kradł? - Czy Tad kradł? – zabulgotał. – Ona do mnie rozmawia, że Tad kradł. Tad żyć musiał, a bez złodziejstwa to niby z czego? Rodziców niet, tylko wujaszek, który za prawo do wyszynku płacił tyle samo, ile na niej zarabiał. Ale Tad był subtel-trochu-niejszy, chociaż egalitarnie skuteczny. Kumajet? - Staram się. Mów dalej. - Rzecz rozchodziła się o przelewy bankowe. Tad zabierał się do miasta Jakiegośtam, gdzie urzędowała jaka wypasiona firma. Dowiadywał się on, że ta firma, no rzeknijmy firma X, kupuje w tym konkretnym i jedynym sklepie towar. Na przykład komputery lub inną elektronikę. Tad wtedy wbijał się w oficjelny ciuch, jakąś marynarę i krawat, bo wtedy prościej na człeka patrzą i zasuwał do mienionego przeze mnie geszeftu. - Dzień dobry, te-ek, jestem przedstawicielem firmy X i chcę dla niej kupić to, to, i jeszcze to – mówił wtedy Tad, wybierając najdroższe ofkors zestawy kompowe. - Panienka za ladą robi wtedy wielkie oczy, jakby chcąc powiedzieć „a gdzie jest ten przystojny pan Stefan, co to zazwyczaj przychodzi”, ale Tad jest sprytniejszy i ubiega jej ewentualne wątpie i wątpliwości. - Towar odbiorę, gdy przyjdę z potwierdzeniem przelewu – bardzo oficjalna gadka, nie? Kiwałam głową w coraz większym zdumieniu, słuchając chińszczyzny Strudzika. - Blankiet do przelewu nietrudno dostać, w każdym sklepie, co artykułami papierniczymi kręci winien być. Tyle że z podpisem i z pieczątką firmową jest już większa rozkmina. Tad jednak cały czas myśli intensywnie. Wdziewa na siebie troszku bardziej sportowe ciuchy i idzie do firmy X z felerną pocztą. Czujesz bluesa, „pilna przesyłka do prezesa Kowalskiego, proszę mnie przepuścić”. To działa niemal jak zaklęcie. Prezes Kowalski jest oczywiście bardzo zajęty, bo fiskus właśnie upomina się o haracz, a pracownicy się opieprzają i marzą już tylko o wypłacie. W roztargnieniu i zdenerwowaniu wali pieczątkę i macha podpisik na twoim formularzu, który przypadkiem przypomina blankiet. Wtedy wystarczy jeszcze tylko harda mina w banku (praktycznie nigdy nie potwierdzają takich rzeczy) i słodka minka w sklepie, gdzie ów blankiecik z wieloma pieczęciami i podpisami wywołuje podziw i chęć oddania tobie trzech zestawów komputerowych. Potem trzeba tylko szybko nawiać z miasta, a komputery opylić na giełdzie w innym. Taki numer można zrobić nawet w ciągu jednego dnia, a człowiek jest ustawiony na długie miesiące. Sprawa nie do wytropienia! Strudzik cmoknął radośnie i rozparł się na fotelu. Ja zaś sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Przecież to chyba nie może być takie łatwe?! - To faktograficznie jest dosyć łatwe, ale złodziejstwo w wykonaniu Tada stałą się niemal osobną gałęzią nauki. - A co z rozrywkami? Siadywaliście po prostu w „Redzie”, czy też może było to coś subtelniejszego? Strudzik zanim odpowiedział wypił zachłannie całą szklankę soku jakby bojąc się, że mu ją zabiorą. Dziwne zważywszy na to, ile on zarabiał miesięcznie. - Cóżeśmy turniejów szachowych nie urządzali. Jedyną rozrywką było utrzymanie się przy życiu. Ekonomicznie i jak najbardziej fizycznie. Na szczęście Tad kumił się z większością lumpów, drechów i kloszardów, tak więc życie mieliśmy dosyć spokojne. Czasem tylko trza było lukać, by jakaś konkurencyjna banda nie przemodelowała geografii naszego dupska. Ale tak generalnie nic. * * * * * * * * * * * *

- Absolutnie nic – Mary potrząsnęła efektownie głową. – A zarazem bardzo dużo. W takich okolicznościach nie trzeba chodzić do klubów, by się dobrze bawić. Snuliśmy się z kumplami i kumpelami, robiło różne bajery, ale żeby tak z miejsca coś opisać? Trudno by było. Mieszkanie Mary było bardzo skromne i nie zmieniło się wcale w ciągu ostatnich lat. Wywiadu udzielała mi w swoim własnym pokoju. Był on mały, śmieszne dziewięć metrów kwadratowych, i był też bardzo ciemny. Na ścianach wisiała gruba warstwa koców, kilimów, plakatów, słomianych mat i obrazów, przez co pomieszczenie przypominało ciepłą, przytulną komórkę. Jej domostwo mieściło się przy ulicy Pawia, czyli po przeciwnej stronie Dworca, niż mieszkał Tad. Dlatego też jej spostrzeżenia a propos ulicy Żelaznej były o wiele bardziej dosadne niż Strudzika, dla którego mimo wszystko była ona przez długi czas domem. - W ogóle nie wiem, jak ktoś może tam żyć. To są gigantyczne slumsy, śmietnisko Krakowa. Powinni spalić całą tą ulicę - Co z rodzinnym ogniskiem Tada? Popatrzyła się na mnie ostro. - Wiesz, jeśli chcesz wiedzieć coś o jego rodzinie, zapytaj się jego samego. Nie będę rozmawiać o cudzym życiu prywatnym. - Nie, źle mnie zrozumiałaś – zaprotestowałam czując, jak oblewam się rumieńcem. – Nie chcę od ciebie wyciągać żadnych pikantnych szczegółów, czy czegoś w tym stylu. Chciałam się dowiedzieć tylko, jak wyglądało jego mieszkanie. Sprawy czysto techniczne. - O tym mogę ci opowiedzieć. Tad mieszkał na samej górze kamienicy, jak zapewne wiesz. Samo wejście po próchniejących schodach było nie lada wyczynem. Mieszkał on w malutkiej klitce, pokój i kuchnia. Jedyny pokój rozdzielił zasłonami, które z czasem poszarpały się i zżółkły. Na jego wydzielony kąt składało się stare biurko, półka z książkami, ściana pełna obgryzionych starych plakatów, pozostałych jeszcze po poprzednim właścicielu i tapczanu, który tak śmiesznie skrzypiał... Mary zarumieniła się lekko i uciekła spojrzeniem w bok. Nie omieszkałam się odnotować tego faktu. Oczywiście, z czystego obowiązku dziennikarskiego. - Pamiętam, że miał taki wielki plakat – kontynuowała. – Był tam jakiś latynoski typ w czarnym berecie i hardym wyrazem oczu. - Pewno Che Guevara, taki boliwijski rewolucjonista. - Możliwe. W każdym bądź razie nigdy nie wiedziałam, po co on akurat tam wisi, bo był jakoś na wpół przytrzaśnięty tapczanem. Okazało się w końcu, że za nim znajdowały się drzwi do mieszkania obok. Miał je we własnym pokoju! Cholera, i to był jego dom. Wstała nagle i podeszła do drzwi. - Zrobię herbaty. Chcesz? - Nie wzgardzę. A teraz powiedz mi, jak było, kiedy ty chodziłaś z Tadem? Przez chwilę słychać było tylko hałasy, jakie zwykle towarzyszą nerwowemu przygotowywaniu herbaty. Po chwili z kuchni doleciał mnie głos. - Co mam ci powiedzieć? To był naprawdę wesoły okres w moim życiu. Przynajmniej będę miała coś wspominać. Jak sobie pomyślę, co myślmy wtedy wyprawiali, to dziś mnie aż gęsia skórka nachodzi. Ale on zawsze był nieobecny duchem. Tak naprawdę nigdy nie był przy tobie. Rozumiesz? – to ostatnie powiedziała już stojąc przy mnie, z dwoma parującymi kubkami. - Sprecyzuj, jeśli możesz. - Widać było, że część uwagi zawsze poświęca otoczeniu lub swoim myślom. Tad... znasz przecież jego wzrok, pewnie... Czujesz się cały czas bacznie obserwowana, wiesz, że każde twoje, najlichsze nawet potknięcie zostanie skrzętnie przez niego zapamiętane. On rzadko kiedy wykorzystywał to. On zwyczajnie zbierał informacje. Dla niego chyba do końca wszyscy zostaniemy jakimś niższym gatunkiem, który obserwuje się jak szczury w klatce. Tad przypomina trochę przybysza z innej planety. Chodzi, obserwuje, stara się zrozumieć, jest uprzejmy i miły, ale i tak ma przekonanie o własnej wyższości. Wiesz, marzy mi się taka chwila, kiedy genialny i wszystkowiedzący Tad popełni błędy. - Rozumiem. A kiedy się rozstaliście... czułaś jakiś żal? - Nie, niby czemu? Oboje zgodnie uznaliśmy, że chyba się trochę zagalopowaliśmy i cofnęliśmy się wspólnie do stadium przyjaźni. Czemu mam się dąsać i psuć sobie krew? - I nawet nie miałaś takiej najmniejszej pretensji, skrywanej gdzieś tam głęboko w środku? – drążyłam. - Słuchaj, może to zabrzmi dziwnie, ale mnie osobiście wkurza takie stereotypowe zachowanie dziewczyn, to znaczy zazdrość, różne podchody, pamiętliwość. Jeśli uważam, że np. twoja sukienka jest kiepska, to bym ci powiedziała: „Anka, pluń na tą ciucharnię, w której się zaopatrujesz, albowiem wciskają ci lipę” i tyle. Dlatego też tuż po tym, jak postanowiliśmy się rozejść, nabluzgałam mu ile wlezie i od razu mi ulżyło. - A on? - On? – zaśmiała się – Nie powiedział nic, tylko odszedł.

Twierdzenie 2. Podstawowe, szczegółowe. Transgresja Większość jednostek ludzkich dąży do jak największego uproszczenia swojego życia. Dlatego pojawiły się dania z proszku, Drive Inn’y, zakupy przez Internet czy telenowele. Dziewięćdziesiąt pięć procent ludzkości jest jak waga, wiecznie dąży do stanu idealnej homeostazy, kiedy wszystkie potrzeby (nie pragnienia!) zostają zaspokojone. Ale od zarania dziejów istotą rozwoju społeczeństw były działania transgresyjne, czyli celowo niwelujące stan homeostazy. Były to działania ekspansywne, innowacyjne i kontrowersyjne. Człowiek transgresyjny często pociągał za sobą całe masy, a nawet społeczeństwa, co powodowało rozchwianie tysięcy stanów wyważonych. Ale masy pragną przecież spokoju, akceptują więc, po długim wzbranianiu się, nową i odkrywczą ideę, jak na przykład loty kosmiczne, kolej parowa, czy globalna sieć informacyjna. Założenie: Rozwój ludzkości stanowią jednostki wybitne, potrafiące pociągać za sobą szary motłoch. Jednak w dzisiejszej epoce, w której prostota zamieniła człowieka w siedzącą i przeprowadzającą metabolizm puszkę, to żeby świat ruszył do przodu... Teza:... tym większe będzie musiało być wychylenie jednostki transgresyjnej, bardziej rewolucyjna jej idea czy filozofia. Tad ROZDZIAŁ TRZECI MARYJANE

Gdy niebo na Krakowem zrobiło się szare, w „Redzie” zebrało się kilku kumpli Tada. Był tam Bonar, pretendent na chłopaka Mary, nerwowy i wiecznie czymś podniecony Kryska, marzyciel Filip i olbrzym Faso oraz oczywiście niezawodny Strudzik. Pozaciągali szczelnie story i okiennice, po czym rozsiedli się wokół baru. Wtedy ziele zaczęło krążyć. - Marie Huana – powiedział w zamyśleniu Filip, przyglądając się skrętowi. – Maria i Joanna. Ciekawe, czemu ktoś to tak nazwał. - Pewno jakiś zielarz, który to odkrył, lubił grupówki – mruknął Faso. - Nie wiem, ale to się może przydać – krzyknął z pewnego oddalenia Kryska. – No Bonar, teraz jeszcze będziesz mógł spokojnie „Mary” wypalić. Bo potem, jak ci oryginał zacznie głowę czyścić... - Weź się odwal, Kryska. - No, panowie, nie przy zielu – wtrącił się Tad. – Nie wypada. - Nie przystoi – zgodziła się reszta. Jego kumple porozsiadali się na barze, ale Tad usiadł swoim zwyczajem w progu zaplecza służbowego. Tad zawsze palił w samotności. Ziele było dla niego czymś innym, niż dla Bonara, Faso, Kryski czy nawet Strudzika. - Rząd jeże przeciwny zielu, bo ziele wolnym cię czynuje! – krzyczał często Strudzik. – Nie chcą byś orientnął się, toć że onyi chcą cię z-niewolić. Kiedy my jesteżeśmy wolni, a ludzie wolni są żesz braćmi! Dla nich była to rozrywka, krótki pląs umysłu na innej płaszczyźnie świadomości. Dla niego była to natomiast możliwość spojrzenia na świat z miejsca, które w normalnych warunkach nie jest dostępne. Tad był zdecydowanie przeciwny puszczaniu podczas palenia Boba Marleya czy w ogóle reggae. On musiał mieć czysty umysł. Miał napisać o zagrożeniach? O tym można pisać w nieskończoność! Położył sobie klawiaturę na kolanach, jednym okiem zerkając na monitor komputera stojącego na zapleczu, a drugim na kumpli. Trzeba się wczuć w zagrożoną jednostką. Ciemna ulica, paru drechów naprzeciwko... Nie tak, ale klimat dobry. Wojna? Nie, oklepane. Zabijanie i okrucieństwo jest ponoć wpisane w naturę ludzką. Skoro tak jest, dlaczego by miało być straszne? Najgorszym jest przecież to, czego nie znamy. Skojarzenia, to dobra droga. Śmierć, anarchia, zniszczenie, rządy maszyn, upadek ludzkiego ducha. Cholera! To kolejna część „Terminatora” wychodzi, a nie materiał na rozprawkę. Ludzie mają tyle możliwości zejścia z tego padołu, że tą działkę trzeba zostawić mądralom zaczytującym się w „Świecie wiedzy”. Oryginalność, to dobre motto. Swoją drogą, przy tak rozwiniętym zmyśle samozagłady, jak ludziom udało się przeżyć i jeszcze stać się gatunkiem dominującym na planecie? W ludziach musi być coś wyjątkowego. Moment, trzeba pomyśleć logicznie. W historii ludzkości było kilka osób, które zmieniały bieg wydarzeń na całe dekady, a nawet stulecia. Juliusz Cezar, tak, o nim to się pamięta. Otto I, i jego pre-unijna wizja Europy. Napoleon, Robert Lee, genialni strategowie, zmieniający rozkazami losy ziemi., Marx i Lenin. Wiadomo co. Ale czy w dzisiejszych czasach nawet największa jednostka jest w stanie ruszyć z miejsca rozlazłych i zgnuśniałych przedstawicieli cywilizacji zachodniej? Czy jeden człowiek mógłby dokonać przełomu? Trudno rzec, ale chyba nie można oczekiwać na powtórne przyjście Chrystusa z nadzieją, że on to załatwi. Następnym więc krokiem powinien być więc jeden gigantyczny i wspólny krok wszystkich ludzi, nie ciągniętych za uzdę, ale świadomych i pewnych. Tylko to może uratować ludzkość od kulturalnej i moralnej stagnacji, a nawet dekadencji i rozkładu. Głosy i śmiechy przyjaciół przestały dopływać do Tada. Jego palce natomiast przeskakiwały po kolejnych klawiszach. Wersy pojawiały się jeden za drugim, a Tad pogrążył się w transie. „Gdybym miał pisać o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą przyszłość, zacząłbym pisać książkę s-f. Jednak w tej materii zostało już tak wiele powiedziane, że nie będę nawet zaczynał. Pesymistyczne i pseudonaukowo uzasadnione prognozy powstawały jeszcze w czasach, w których nie potrafiono ich zapisywać. Chciałbym jednak rozpisać się o zagrożeniu, które wychodzi bezpośrednio od człowieka. Demokratyczny wiatr wiejący od wszystkich światłych ludzi spowodował, że człowiek zaczął uważać się jako odrębną, jedyną we wszechświecie jednostkę. Kiedy jednak ludzi z takimi poglądami poczęło przybywać powstało wyrażenie „trybiki w maszynie” mające sugerować, że jednostka (i owszem, odrębna) żyje tylko w swoim świecie i nie wyściubia zza niego nosa. Nikomu jednak nie przyszło do głowy stwierdzenie „trybik, który wie, po co się obraca”, albo „jednostka odrębna pośród innych odrębnych jednostek, które idą w tym samym kierunku”. Ludzie nie mają poczucia celu, mają tylko zmysł dostępnych środków i dróg. Ponieważ gnuśność, marazm i siła bezładu powodują, że ludzie sami izolują się od całego świata, pozwalają się więzić, zamiast cały czas spoglądać na zbliżający się cel. A to przecież największe zagrożenie ze wszystkich, gdyż istotą rozwoju...” Kryska wychylił się w tył, próbując dostrzec przez szarą mgłę sylwetkę Tada. Po chwili wyprostował się i z rezygnacją wypuścił dym z płuc. - On znowu pisze. - Daj mu spokój. - Na diabła mu to? - Chce zrozumieć ludzi – odparł Filip. - Pieprzenie – Faso skruszył niedopałek spliffa w ręce. – Słyszałem niedawno, jak gdzieś w Krakowie, kilku drechów zaczepiło Bogu ducha winnego typa, wzięli, oblali benzyną i podpalili. Tak bez powodu. Niech więc spróbuje zrozumieć to. - Wiesz, obiło mi się o uszęta, że agresyja jest wynikiem homoseksualnej frustracji – powiedział Strudzik. Faso zrobił wielkie oczy. - Pieprzysz. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym towarzystwo ryknęło śmiechem. - Ten towar jest przedni! - Dzięki Jamajce. - Dobra, jak spotkam, to podziękuję. Wtem z ulicy rozległy się jakieś krzyki i odgłosy bijatyki. Uśmiech im zamarł na ustach. Biło się co najmniej kilku ludzi. Pierwszy zerwał się Strudzik i przytknął oko do szczeliny w żaluzji. W ciszy, jaka zapadła w barze, można było prawie usłyszeć szmer próchniejącego drewna. Strudzik kręcił nerwowo głową w lewo i w prawo, próbując złapać odpowiedni kąt. - Widzisz coś? - Niczewo. Faso przytomnie zgasił lampę w barze. Do środka światło sączyło się jedynie między listwami żaluzji i przez zamek w drzwiach. - A teraz? - Cosik się tam ruszajet, kiele końca ulicy – mruknął. Nagle przez ulicę przetoczył się huk wystrzału. Potem drugi, i trzeci. Kryska nerwowo przełknął ślinę, Faso zacisnął pięści. Do środka wkroczył niespodziewanie Tad, niosąc naręcze metalowych rurek. Rozdał po jednej każdemu. - Tak na wszelki wypadek – powiedział. Rozległ się tupot szybkich kroków, jakby ktoś rozpaczliwie uciekał (lub też gonił w złości). Dźwięk ten najpierw zaczął się przybliżać, rozbrzmiewał coraz głośniej, po chwili jednak szybko ucichł. - Pewnie skręcił między domy – odezwał się Filip. Tad bez słowa zrobił krok do przodu. Księżycowe światło wyłoniło z mroku jego hardą minę i iskrzące się oczy. - Albo go dogonili – powiedział Faso. Czekali tak w napięciu przez piętnaście minut, ale nie usłyszeli już nic więcej. W końcu Kryska odetchnął głośno, rozładowując napięcie. Rozsiedli się z powrotem na miejscach. - I takie tu kurwa mamy rozrywki – wycedził Tad. * * * * * * * * * * * *

Łucja płynnymi ruchami ujeżdżała siedzącego Tada. Widział tylko podnoszące się i opadające piersi, czasem jej napięty brzuch i czarne włosy łonowe. Co chwilę któryś z sutków uderzał go po twarzy, niemal wpadał do ust. Wtedy przygryzał go lekko, napominając dziewczynę. Łucja nie przestawała jęczeć spazmatycznie, tylko zwiększała amplitudę ruchów, przez co stare krzesło, na którym siedzieli, skrzypiało i chwiało się coraz bardziej. - Nie kończ jeszcze, ja też chcę dojść – poprosiła składając usta w podkówkę, po czym skupiła się na ruchach. Biorąc pod uwagę, co jeszcze niedawno wyczyniała tymi ustami, trudno było tej prośbie odmówić. Tad popatrzył się w bok, na żółtawą ścianę jego mieszkania, na plakaty drużyny piłkarskiej, na wszystko, co nie miało związku z seksem. Łucja zaczęła tymczasem śmiesznie podskakiwać. Gdy Tad był już niemal pewien, że zaraz eksploduje, Łucja krzyknęła krótko i wpiła mu paznokcie w kark. Wtedy to, z całym już spokojem sumienia chwycił gwałtownie dziewczynę z pośladki i zaczął ją szybko do siebie przyciągać. W końcu przyciągnął ją szczególnie mocno i skończył, a Łucja nareszcie poluzowała chwyt na jego karku. Tad odetchnął głęboko. Dziewczyna jeszcze podrygiwała na nim jakieś pół minuty, uspokajając się. Po chwili zeszła i zdjęła mu zabezpieczenie. Pocałowali się krótko i zaczęli zbierać ubranie. - Jesteś jakimś pieprzonym mistrzem, wiesz? – zagadnęła Łucja. Tad nie odpowiedział. Co miał zresztą powiedzieć? Kochał się z nią od czasu do czasu, gdy dopadła ich chcica. Był to prosty związek, chodziło o sam seks. Bez zobowiązań, bez żadnych oczekiwań. Taka forma rozrywki. Łucja była śliczną i hojnie obdarowaną dziewczyną, jakby stworzoną tylko po to, żeby dawać innym radość. Znaczy, w pewnej ściśle określonej materii. Łucja nigdy nie mówiła, jakie są jej plany i pragnienia, a szczerze mówiąc, Tada to niewiele obchodziło. Dawali sobie rozkosz, i tyle. A jeśli chciała, żeby jakiś tajemniczy książę zaprosił ją na wystawną kolację przy świecach, to była to już jej sprawa. W końcu ubrali się całkowicie. - Podobało ci się? – zapytała. - Tak, a zwłaszcza motyw z językiem. Zeszli na ulicę Żelazną. Tad objął Łucję lekko w pasie i weszli na tory kolejowe. Intercity z Warszawy prawie ich nie zabił, ale poza tym Tad bezpiecznie przeprowadził ją na peron. - Trzeba będzie to niedługo powtórzyć. Tad roześmiał się. - Zlitujże się. Muszę być w kiepskiej formie, ale te cztery razy mi na jakiś czas wystarczyły. - To poczekam chociaż do jutra. - Okrutna jesteś. No, idź już – klepnął ją dla zachęty w pośladek. Łucja posłała mu spojrzenie znad okularów słonecznych, wygładziła sukienkę i zeszła do przejścia podziemnego. Chłopak patrzył za nią, dopóki nie znikła z widoku. Wtedy skierował wzrok odruchowo do góry w stronę cienia, który już wcześniej zwrócił jego uwagę, po czym rozluźnił się i wyjechał windą na dach, gdzie mieścił się parking. Strudzik siedział przy barierce, z nogami przewalonymi przez krawędź. Gdy Tad podszedł do niego powolnym krokiem, ten splunął na dach pociągu stojącego niżej i odwrócił się do niego, szeroko uśmiechnięty. - Co za szprycha, mój człowieku, widząc takie laski człowiek wie, na świętą cholerę żyje. Tad przysiadł się bez słowa obok niego. - Dasz mi ją kiedy niekiedy przelecieć? Bo, wierzaj mi, czasem taką by się chciało wziąć i tylko... - Zamknij się Strudzik. Bosonogi chłopak ponownie splunął na dach pociągu. - Nie ciskaj się tak. „Mniej przemocy, więcej gwałtu”, jak to mawiają przemądre mądrale. A tak mimo-mimochodem, jak ty to robisz, że dziewczyny aż dyszą na twój przepiękny widok? - Daję im to, czego chcą. - Znaczy orgazmu? - Też. Pociąg wśród syku zwalnianych hamulców odjechał. Po nimi zamigotały srebrzyste szyny. Strudzik wkurzony, że nie ma gdzie pluć, strzyknął śliną przez zęby na stojącego obok nich forda. - Zastanawia-w-pizdu-jące, czy Bonar też już zaczął posuwać Mary. Kurdesz, jak go znam, to pewnikiem jąka się trzymając ją za rękę. - Strudzik, stul paszczę. Co z tobą? O Mary miałeś być cicho. - Ze mną? Co ze mną się dzieje? Wpieprzył mnie po prostu bezsens żywota. Tad popatrzył na niego w milczeniu. - Chromolisz. - Jasne, że chromolę, człowieczku mój, całkiem ci odjebało, żeby mnie o takowe rzeczy posądzać? Strudzik zarechotał głośno. - Chono – rzucił, gdy tylko przestał rżeć. Był to jego odpowiednik zwrotu „Chodź no”, względnie „Proszę, podążaj za moim przewodnictwem”. Wstali i zeszli przed Dworzec. Tam zaczepił ich jakiś drech. - Gdzie się kurwa patrzysz, pajacu? Tad przybrał niedbałą pozę. - A nic, gorąco jak skurczysyn, gdzie tu jakoweś piwko dostać można? - A forsę masz? – już mniej napastliwie zapytał drech. - Odpieprzyło ci? Gdybym miał forsę, tobym je zwyczajnie kupił. Pytałem się, gdzie tu jakieś niepostrzeżenie można dostać. A zresztą, chodź, coś razem zgarniemy i napijemy się. Tam widzę, że jest jakiś supersam, można coś zwinąć. - Nie, spieszę się do kumpla. Drech starym nawykiem próbował przeczesać włosy, ale na łapie zostało mu mnóstwo żelu. Wytarł ją o spodnie. - Uważaj tam niedaleko – ostrzegł Tad. – Gliny są dzisiaj aktywne, dwóch moich kumpli zwinęli. - A, dzięki. - To nara. - Narka – mruknął i rozpłynął się diabli wiedzą gdzie. Tad pokręcił tylko głową. - Boże, ale ci ludzie są głupi. Przez chwilę panowała cisza. W końcu przerwał ją Strudzik. - Kurwa, we dwóch mogliśmy jego paszczęką chwytną wytrzeć chodnik. Calutką radość życia odbierasz, człecze. - Widzisz, Strudzik, mnie zadowoliło zwycięstwo intelektualne. Dla niego świat dzieli się na kumpli, tych, których się boi oraz ofiary. Zaczepiając nas liczył, że należymy do tej ostatniej kategorii. Odpowiedziałem nieadekwatnie do sytuacji, wczuwając się w jego grupę społeczną. W ten sposób nawiązaliśmy nić porozumienia. Obydwaj lubimy piwo, należymy więc do tej samej grupy. Zapytałem się go jeszcze o pomoc, by dać mu możliwość górowania nad nami. Pożegnaliśmy się jako dwaj kumple. Podstawowa socjologia patologiczna. Strudzik patrzył się na niego chwilę bez wyrazu. - No dobra, następnego nauczymy fruwać – obiecał Tad. Zbliżyli się do „Redy”. Gdy Strudzik już chwytał na klamkę, drzwi otworzyły się bez ostrzeżenia od środka, a przez nie wyleciał jakiś typ. Przez dobrych kilkanaście sekund próbował pozbierać się z chodnika. W końcu wstał i odszedł, trzymając się za krocze. - To było coś nietypowego – zauważył Tad. W środku siedziała Mary. Za ladą stał Genek, wuj Tada. W kącie rechotało jakieś kilkuosobowe młode towarzystwo. I nie było tam niczego co usprawiedliwiało tak niecodzienny sposób opuszczania lokalu przez tego typa. - Burza muszajet być niezbyt-za-daleko, bośmy przed chwilą wyjebistą jaskółkę tużeś nade ziemią widzieli – powiedział Strudzik. – Jakaś anormalnie mutancka była... - Strudzik, zdradzę ci sekret – odezwała się Mary. - Jużesz wprost nie mogę się doczekać. - To nie była jaskółka. - Znaczy burzy niet? - Ano niet. Przysiedli się do baru. - A więc, czegośto świadkami przed chwilunią byliśmy? - Jej irytacji –powiedział Genek. - Raczej braku poczucia komfortu i bezpieczeństwa – powiedziała dziewczyna. – Po prostu nie lubię, jak ktoś mi pcha brudną łapę między nogi. - A ja już tylko pomogłem mu wyjść – powiedział Genek. - Jak mnie, wujek, pomagałeśżeś dawnikiem lekcyje odrabiać, to mnie trzy dni rzyć napieprzała – rzekł niezastąpiony Strudzik. - Bo też na ciebie są tylko dwa sposoby. Niestety, tylko trzeci skutkuje. Tad, popilnujesz baru? Odpocznę chwilkę. - Jasne – Tad zgrabnie wskoczył za ladę. Strudzik przesunął się w kąt baru i wyciągnął ziele z kieszeni. Rozglądając się ukradkiem, zrobił sobie skręta i wsunął go sobie w kącik ust. Zapalił go i czym prędzej zgasił zapałkę. Genek miał bardzo bolesne dla niego stanowisko w sprawie dragów. Tad, odruchowo wycierając kufle na piwo, zapytał od niechcenia: - Jak ci się układa z Bonarem? Ton był lekki, przyjemny, taki jakim zazwyczaj pytamy się o pogodę. - Dobrze – odparła. - On jest naprawdę miły – dodała po chwili. – Dobry z niego człowiek. - Oby – parsknął Tad. - Wiesz, on się bardzo różni od ciebie. - Czuję, że nie był to komplement dla mnie. - Jak uważasz. Jeśli jednak chcesz, żeby was porównywać... – przysunęła twarz bliżej niego - ...to nie licz na mnie. Jesteście zbyt różni. - Mam nadzieję, że cię chociaż traktuje dobrze. Bo, jakby co, to możesz mi powiedzieć. Wiesz... jak to między przyjaciółmi – Tada już w całości pochłonęło wycieranie szklanic. Z jedynego zajętego stolika podniósł się jeden młodzian o bujnej czuprynie i skierował się do Strudzika. Ukradkowe spojrzenia kompanów młodziana w jego stronę zdradziły Tadowi wszystko. Zaczął on wycierać ręce. - Hej ty, ćpunie – krzyknął zarośnięty młodzian. – Wypierdalaj z tym skrętem. Nie chcemy mieć obok siebie ućpanych. - Jakiś problem? – zapytał oficjalnym tonem Tad, wychodząc zza baru. Na jego widok młodzian się trochę zreflektował. - Tak, panie barman, jest problem. Wyrzuć pan to ścierwo. - Ścierwo? - Tad uważnie rozejrzał się po pomieszczeniu. – Ach, TO ścierwo. Robi się. Chwycił bezceremonialnie młodziana za fraki i rzucił go w kierunku drzwi. Strudzik przytrzymał w płucach trochę dymu, a jego oczy zaiskrzyły się lekko. Młodzian z krzykiem rzucił się na Tada. Ten kopnął stojący przed nim stołek, podsuwając go prosto pod nogi typa. Młodzian zaplątał się i runął jak długi na Strudzika. - Było tego nie robić – ostrzegł Tad. - Tak? A to czemu? – w jego oczach była tylko krwawa zemsta. Tad koniuszkiem nosa wskazał na leżącego i trzymającego się za brzuch Strudzika. - Właśnie dlatego. Strudzik nie wytrzymał, było to wypisane na jego twarzy, że nie wytrzyma i zwymiotował prosto na leżącego młodzika. Paw był piękny, kolorowy i dobrze przetrawiony. - Masz, z kurwy ty synu jeden, co ućpane ścierwo krakowskie ma dla ciebie! – krzyknął Strudzik wściekły nie na żarty Młodzik przyglądał się swojej koszulce Limp Bizkit niedowierzającymi oczami. - Wynoś się stąd i zapamiętaj – powiedział wolno Tad. – Nigdy nie zaczynaj ze Śródmieściem. Strudzik wypuścił z rozkoszą przed siebie srebrzysty kłąb dymu. - Właśnie, sukin-kotku-kurwa-synu jeden, a przede i w chuja wszystkim nie po MaryJane!

Twierdzenie 3. Podstawowe, szczegółowe Obietnice

Paradoksalnie, dawanie ludziom tego, czego chcą, nigdy nie powoduje pozytywnych skutków. Człowiek musi mieć jakiś cel, więc po zdobyciu jednego znajdzie sobie inny. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Żeby jednak odpowiednio wymanewrować człowieka, nie można dawać mu kolejno czego tylko zapragnie, żeby piął się coraz wyżej dzięki naszej pomocy. Z punktu widzenia Twierdzenia 1. Manipulacji, lepszym jest, żeby człowiek był u dołu góry, a widział jej szczyt, nie dawać wyjścia na pierwszy stopień, lecz obiecywać zdobycie samego czubka. Pozory, iluzje i niedopowiedzenia, to podstawowa broń manipulatora.

Tad ROZDZIAŁ CZWARTY PIERWSZY SUKCES

Przygotowując się do napisania tej książki prześledziłam dokładnie drogę, jaką przebyła konkursowa praca Tada. Przez dwa dni po wysłaniu jej (przez Mary, Tad nie przyłożył do tego ręki), dwa dni pozostawała w rękach Poczty, zanim dotarła do redakcji Dziennika. Tam trafiła do urzędniczej szafy i przez dwa tygodnie, do zakończenia terminu zgłoszeń, była systematycznie przygniatana pracami konkurencyjnymi. Przez ten czas w szafie zebrały się osiemset siedemdziesiąt dwa inne felietony. Komisja weryfikacyjna (cholerna ustawa o czystości języka nie pozwala mi napisać jury) w liczbie osób pięciu dostała trudny orzech do zgryzienia (nazwiska do mojej wiadomości). Z podziwu jednak godnym zapałem poczęła przedzierać się przez efekty rozchwianych wyobraźni młodych ludzi z całego województwa. Trudno powiedzieć, jak to wyglądało. Ja wyobrażam to sobie mniej więcej tak: Przez szczeliny w zasłonach wpadały smugi gorącego światła, które z półmroku i zaduchu sali konferencyjnej wyróżniały pięć przygarbionych sylwetek. Kolejna awaria klimatyzacji sprawiała, że grube krople potu zbierające się na zamyślonych czołach Wielce Szanownej Komisji osiadały na ich brwiach lub spływały po karku za koszulę. Po blacie steranego stołu bezczelnie spacerowały muchy, próbując wyjadać resztki chrupków, które pomagały komisji rozstać się z nikotynowym nałogiem. Co pewien czas ciszę panującą na sali przerywał pełen rozpaczy jęk: „Boże, jeszcze jeden kretyn!”, po czym następowała stłumiona litania przekleństw. Takie jest przynajmniej moje wyobrażenie Gdy doszli do dzieła Tada członek komisji (może to się dziwnie kojarzyć, ale wspomniana już ustawa zabrania mi napisać „members”) wyraził wielkie zdziwienie ze względu na oryginalny pomysł autora. Praca ta szczególnie wyróżniała się na tle innych, które uparcie przyczepiły się do narkotyków, alkoholu, komputerów, rządu i braku miłości (albo nadmiaru takowej w bardziej fizycznej sferze). Pomijam już tutaj takie smaczki językowe jak nazwanie „śmierdzącą plwociną historii” stereotypu Amerykanina, który sześć godzin dziennie spędza przed telewizorem wcinając hamburgery. Takich smaczków było zresztą więcej, jednak komisję ujęła szczególna, lekko hippisowska wymowa felietonu ,ale bez naiwności. A że komisja była uczciwa / bezdzietna / bardzo bogata / wierząca i praktykująca / względnie za durna na łapówki (właściwe podkreślić), dzieło to zostało z dumą przedstawione redaktorowi tegoż konkursu, który kilka zbyt dosadnych porównań zdecydował się wyciąć, ale resztę jak najbardziej zatwierdzić do druku tuż pod napisem „Zwycięska praca” Do dziś nie udało się ustalić, co też powodowało komisją, że dokonała takiego, a nie innego wyboru. Można krzyknąć, że prawdziwa sztuka zwyciężyła, może też był to zwykły fart albo efekt zmęczenia. Mniejsza o motywy, skupmy się na faktach. A fakty były takie, że praca Tada została okrzyknięta jako najlepszą z nadesłanych i wydrukowana w stu tysiącach egzemplarzy Dziennika. * * * * * * * * * * * *

- Więc jak to było z Tadem? – rozparłam się na fotelu, przybierając pewną siebie pozę. Trzeba było grać według pewnych reguł: indagująca oraz udzielająca wywiadu. Nawet, gdy prowadziło się wywiad z Mary. - Co z nim było? Nie zrozumiała. - Nie zrozumiałaś – westchnęłam. - Nie za bardzo. - A więc przedstawię ci parę faktów: chodzisz z Tadem, TYM Tadem, potem go rzucasz, krok nawiasem mówiąc nie zrozumiały dla niemal wszystkich dziewcząt, jakie znam, i zupełnie nic? Żadnych tęsknot, żadnych prób powrotu? Osobiście nie mam nic do Bonara, ale on jest strasznie... - Delikatny? - Powiedzmy: układny. I nieśmiały. To niemal przeciwieństwo Tada. Teraz ona przybrała pozycję pełną pewności siebie i wybuchła śmiechem, co z kolei mnie zbiło z pantałyku. - Przyznaj, spodobał ci się – powiedziała między jednym śmiechem a drugim. – Złapał cię już. Ostatnio zbyt często się rumieniłam, więc teraz dałam sobie temu spokój. - Jestem bezstronnym obserwatorem. Jakby duchem. - Ale ten duch ma własne zdanie, co? – napierała dalej. Roześmiałyśmy się obie. - Znasz przecież Tada – powiedziałam wykrętnie tytułem obrony. - Oj, tak. Ale fakt, że jakieś gówniary piszczą na jego widok, nie wpłynął bynajmniej na mnie w żaden sposób. Ma oczywiście specyficzny urok, czar. On wręcz emanuje. Wiesz, że są tacy ludzie z olbrzymią charyzmą, którym ludzie padają do stóp, gdy tylko na kogoś spojrzą. Tad to siła i mądrość. A ci, którzy mu popełniają błąd i próbują mu się przeciwstawić... Sama wiesz, jak kończą. Wiedziałam. Cały Kraków o tym wiedział i aż huczał z tego powodu. - Bonar jest zupełnie różny od Tada. Jest bardzo wrażliwy i romantyczny zarazem. Człowiek z gatunku tych, którzy trudno nawiązują przyjaźnie, ale jeśli już, to na całe życie. Oczywiście, czasem te jego przeprosiny za każdym razem, gdy mnie lekko popchnie, jakby były wyrzutem, że żyje, potrafią zirytować i zmęczyć. On jest naprawdę pełen uczucia. Tyle że skrywanego. * * * * * * * * * * * *

Na ekranie pojawiły się napisy końcowe. „Bezsenność w Seattle”, kolejny film o miłości ponad podziałami (w tym wypadku geograficznymi) skończył się. Bonar z ulgą odchrząknął wreszcie, gdyż wcześniej bał się zniszczyć romantyczny klimat filmu. Zabrał też rękę, którą lekko obejmował siedzącą obok Mary, bo poczuł, że zaczął się pocić. Mary, której serce zostało właśnie do głębi poruszone dramatem miłosnym (a ściślej zostało poruszone po raz trzeci, gdyż wcześniej widziała już dwa razy ten film, notabene z Tadem) posłała mu długie, powłóczyste spojrzenie. Bonar zmieszał się nieco. Bonar również widział ten film nie pierwszy raz, jednak był on gotów oglądać z nią nawet brazylijską telenowelę „Huanita” lub „Gotuj z Kuroniem”. Każdy bowiem wie, że czasem chodzi się „na film”, a czasem po prostu „do kina”. Myśli Bonara przelatywały nadzwyczaj szybko. Był wieczór, chata była wolna do północy, film stworzył odpowiedni nastrój... Panika mieszała się u niego z lekką, acz zdecydowaną nutką pożądania. Mary przysunęła się bliżej. Nie, nie rób tego, pomyślał, gdyż w zdenerwowaniu poczuł, jak coraz bardziej się poci. Gdy jednak Mary przysunęła się tak blisko, że ich nosy prawie się dotknęły, zapomniał o wszelkim proteście. - Chcesz się czegoś napić? – spróbował dyplomatycznie, albowiem bliskość jej ciała trochę zakręciła mu w głowie. - Dlaczego jesteś przy mnie taki spięty? – zapytała niskim, zmysłowym głosem. Bonar nie miał już naprawdę nic do stracenia. - Bo mnie onieśmielasz swoją urodą. Mary uśmiechnęła się. Cały sztab naukowców nie zbada mocy, jaką mają banalne komplementy. - To się dobrze składa – szepnęła. Poczuł jej ciepły oddech na policzku. Dziewczyna usiadła na nim zgrabnie. Ujął ją w pasie i zaczął przesuwać dłońmi w górę i w dół, delikatnie masując jej plecy. Ze zdziwieniem poczuł, że Mary nie ma na sobie stanika. Ten prosty fakt spowodował jak najbardziej akuratną reakcję. Ich wargi spotkały się na chwilę. Za pierwszym razem wyglądało to na przypadek, potem był już długi i przeprowadzony z premedytacją pocałunek. Przylgnęli do siebie mimo warstw ubrania. Bonar z obawą wypuścił w dół na zwiad prawą dłoń, która ześliznęła się w dół pleców, by potem ze szmerem pogłaskać pośladek Mary. Dziewczyna westchnęła cichutko z zadowolenia. Jako że zwiad okazał się pomyślny, obie ręce Bonara zacisnęły się na jej tyłku i miętosiły go chwilę. Mimo…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
MaryJane część I — czytnik · opowiadania