Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 2 godz. 19 min czytania

MaryJane część III

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Twierdzenie 5. Podstawowe Stado

Ludzie, podobnie jak zwierzęta, mają instynkt stadny. To jest oczywiste. Mniej oczywistym jest natomiast fakt, że potrzeba kontaktów socjalnych jest dla człowieka takim samą potrzebą jak napełnienie żołądka. Gdy potrzeba ta zostanie zaspokojona, następuje dalej oczywiste rozleniwienie, przez co pewne niedociągnięcia w funkcjonowaniu grupy przestają być widoczne. Założenie: Jeśli więc ludzie mają instynkt stadny… Teza: … to złączenie się ludzi w jednągrupę jest proste, ale jej rozdzielenie – już nie.

Tad

ROZDZIAŁ DWUNASTY CZAS KONTRASTÓW

Siedemnasty dzień czerwca stał się dniem, w którym umarły złudzenia. Tak z miejsca, bez żadnych poprzedzających oznak. A ludzkie żale, pretensje i namiętności objawiły się w dniu, kiedy kombinat metalurgiczny ogłosił upadłość. Tłum pracowników kłębił się niecierpliwie przed wejściem dobre dwie godziny, nim oznajmiono im, że próby restrukturyzacji hut nie powiódł się z powodu niepomyślnej koniunktury, gdyż kompania hutnicza nie była przygotowana na wchłonięcie tego giganta. Spomiędzy gładkich słówek, wysypujących się z ust prezesa zarządu, dla rzeszy zgromadzonych robotników oznaczało to jedno: powolne długie konanie, gdyż żadna siła w państwie nie mogła pomóc kilkudziesięciu tysiącom bezrobotnych. Przez zgromadzenie przeszedł gniewny pomruk, potężniejący z każdym głosem prezesa. W końcu ogólna wrzawa zagłuszyła jego wymówki. - Bandyci! – wrzasnął ktoś. – Niby za co my teraz mamy żyć? Prezes patrzył niespokojnie na falujący tłum. - Proszę państwa, mogę tylko zapewnić was, że zrobiono wszystko, co w ludzkiej mocy, by ratować Hutę. Jestem pewien, że zostaną uruchomione specjalne programy pomocy... Prezes cofnął się gwałtownie. Wściekły ryk, jaki wydostał się z czterdziestu tysięcy gardeł, przypominał raczej zwierzęcy skowyt. Ostatnia krucha bariera cierpliwości została złamana. - Proszę, bardzo proszę się uspokoić... Ale nikt już nie słuchał prezesa zarządu byłego kombinatu. Ludzie odwrócili się i ze złością zaczęli schodzić w kierunku osiedli szeroką aleją Strugi. Ilość dawała poczucie siły. Ilość dodawała animuszu. Ilość pozwalała nie liczyć się z konsekwencjami. Minęli giełdę samochodową, potrząsając gniewnie rękami i krzycząc różne hasła. Właściciel przezornie schował się pod biurkiem. Na ogrodzony plac giełdy runęły prowizoryczne pociski, jak kamienie, potłuczone płyty chodnikowe. Cel ataku był dość niejasny, może podburzył ich po prostu widok pięćdziesięciu lśniących zagranicznych aut, stojących bezczelnie jak kpina z ich losu. Fala ludzi przelała się dalej. Niedaleko przed skrzyżowaniem alei z ulicą Bulwarową, na wysokości sztucznego Zalewu tłum rozciągnął się w szeroką ławę, idącą obydwoma pasami, chodnikami i poboczem. Przy Zalewie natomiast siedział na małym krzesełku wędkarskim młody chłopak, przyjaciołom znany jako Gondera. Wstał on wolno z miejsca, niepewnie ściskając w ręku wędzisko i zaczął przyglądać się tłumowi. A ludzi było wielu, ciągnęli się bez końca. Gondera trącił w ramię swojego przyjaciela Pepta. Pepto był zapalonym wędkarzem i członkiem pobliskiego kółka. Dlatego też odburknął zrazu coś gniewnie, gdyż przez szturchnięcie poruszył spokojnym spławikiem w sposób niekontrolowany. Gondera palnął go jednak ponownie, Pepto podniósł się więc, by zrugać kumpla. Wstał, a wędka z włókna szklanego ze stukiem uderzyła o beton, albowiem widok był zbyt niesamowity jak dla niego. Dwóch chłopaków patrzyło się na pochód jak dzieci na paradę świąteczną. W końcu Gondera oblizał wargi i szepnął do przyjaciela: - Trzeba natychmiast powiadomić Serafina. Zaczęło się. Tłum cały czas parł główną aleją w kierunku Placu Centralnego, spychając jak buldożer z drogi przechodniów. Nie wszystkich. Niektórzy się dołączali. Szybko też zaczęli przychodzić inni, zwabieni okrzykami, powiadomieni przez domofony. Ludzie wybiegali z klatek schodowych, w domowym ubraniu, w pośpiechu dopinając kamizelki i dowiadując się od kompanów, co zaszło. Procesja pęczniała z chwili na chwilę. Podłączyło się do niej kilka młodzieżowych grupek, które korzystając z zamieszania, zaczęły rozbijać wystawy sklepów. Nagle z przodu pojawiła się kilkuosobowa grupa młodych mężczyzn. Ich przybycie wyraźnie wzburzyło tłum. Zatrzymał się on, na obrzeżach Placu Centralnego. Było już tam z pięćset setek podburzonego luda. Samochody zatrzymywały się z piskiem i uciekały w popłochu. Przez ulicę, przez tory tramwajowe, zewsząd biegli co tchu inni ludzie, cały czas powiększając grono. Zielony trawnik ronda Placu przykryły kolorowe plamy ludzi. Demonstranci również weszli na Plac. Pootwierały się okna, pasażerowie ciekawie wychylali się przez okna tramwajów. Samochody uwięzione w rondzie zablokowały komunikację w obrębie połowy Nowej Huty. Plac wypełnił się duszami. Wtedy to jeden z nowoprzybyłych mężczyzn, który wcześniej zatrzymał pochód, zaczął mówić. Nie musiał specjalnie wytężać głosu, wszyscy słuchali go z uwagą. A gdy skończył mówić, tłum ryknął z ochotą i ruszył ku Śródmieściu. * * * * * * * * * * * *

Tad w ciągu ostatniego półrocza dostał jeszcze kilka wiadomości zaadresowanych „dla spragnionego”. Wysyłały go po różnych częściach Krakowa. Raz zaszedł jeszcze raz do Antiby, tym razem z próbką tekstu. Gdy pokazał to zespołowi, Artur przeczytał go uważnie, z lekkim uśmiechem na ustach. Podając potem kartkę Midzie, zwrócił się do Tada. - Wiesz, to jest chyba ta forma którą zwą „ballada rockowa”. Ten gatunek już się przeżył, czasy „Autobiografii” już nie wrócą. - A dlaczego? – zapytał tak prosto z mostu, że Artur aż się zmieszał. – Rockabilly komponuje się przecież z balladami. - Taka jest według ciebie idealna piosenka? - Taka jest piosenka, którą ja chciałbym usłyszeć. - Dobra, no dobra. Niepoprawny z ciebie marzyciel, Tad. To była dla niego całkiem miła uwaga, gdyż zawsze uważał siebie i był uważany przez innych za przykład zdrowego rozsądku i zimnego umysłu. - Dla większości są to mrzonki. - Nie, Tad, to nie są mrzonki, tylko marzenia, bo marzenia nie dają siedzieć bezczynnie. Innym razem tajemniczy autor nakazał mu iść na mszę. Naprawdę tak chciał! Tad przeczytał dwa razy notkę i oglądał ją długo pod światło, ale papier nie zdradził mu już więcej tajemnic. Poszedł więc zgodnie z zawartymi tam wskazówkami do podkrakowskiego Zabierzowa. Tam, nie w kościele, ale w małej niecce, byłym kamieniołomie, odbyła się najdziwniejsza msza w jakiej Tad uczestniczył (a było ich raczej nie wiele). Ksiądz był młody i miał niebywały talent do porywania za sobą ludzi. Po każdej wypowiedzianej przez niego frazie rozlegał się radosny okrzyk – potwierdzenie zgromadzonych wiernych. Słońce akurat przygrzewało mocno, chociaż był to dopiero początek wiosny. W rogu kotlinki płonęło małe ognisko, nad którym czuwało kilka osób. Reszta wiernych porozsiadała się na kocach, kurtkach lub materacach, zaścielając nieckę jak dywan. Ksiądz wdrapał się na jakiś wyższy kamień i z tej wysokości, siedząc i wesoło majtając nogami, przemawiał do zebranych. - Kocham Boga – okrzyk. – Jak dziecko rodzica – ponowny zew. – To jest miłość intuicyjna. Niech nikt wam nie próbuje jej komplikować. Ani dodawać żadnej filozofii. Niech nikt nie przekazuje wam swoich poglądów. Ani nie miesza do niej polityki. Bo zapamiętajcie mnie. Miłość jest prosta – cisza – albo żadna. Przed kazaniem, w ogóle przed przyjechaniem do Zabierzowa Tad pytał siebie, czy nie machnąć na to ręką. Czego miał tutaj szukać? Co chciał mu przekazać jego nieznajomy przewodnik? Zmusił się jednak i przyjechał. Panny z trudem dawały się chociaż wciągnąć w rozmowę, towarzystwo wyglądało jak nawiedzone, a ognisko obsługiwało kilka staruszek. Tad chciał stamtąd uciec. Ale to było przed kazaniem. Jeszcze trzy razy znajdywał zaadresowaną do niego kopertę. Raz poszedł na spotkanie współczesnych hipisów, następnie do klubu Harris na festiwal jazzowy i po raz trzeci do klubu „Bastylia” na konkurs piwosza roku. Jego przewodnik zdradzał pewne poczucie humoru. Kilka razy zostawiał też przy spodzie słupa kartki z pytaniem: „Kim jesteś?”. Koperty pozostawały na swoim miejscu, ale Tad nie miał wątpliwości, że zostały przeczytane. Odpowiedzi jednak nie było. Przeszedł więc powoli nad tym faktem do porządku dziennego. Tym razem, gdy jego ręczny zegarek (marki Casio, Tada skusił zawarty w nim barometr i miernik tętna) pokazał datę 17.06, koperta była przytwierdzona jak zwykle, jednak mniej zwykła była zawarta w niej wiadomość. „Zło się dzieje w Nowej Hucie. Jedź tam natychmiast.” - Źle się dzieje w państwie duńskim – wymamrotał do siebie. Na trzymany przez niego arkusik papieru spadły krople wody. Spojrzał w górę. Na niebie kłębiły się groźne chmury, zwiastujące niechybną letnią nawałnicę. Wiatr wyrwał mu kartkę z dłoni i porwał ją w dziwny taniec. W końcu papier znikł gdzieś nad Placem Wszystkich Świętych, a Tad złapał tramwaj i wrócił do mieszkania. W drzwiach zderzył się z Mary. Na kanapie siedział ponadto Bonar, z pilotem w garści, oglądając ze swoją dziewczyną jakiś dramat. Mary cofnęła się gwałtownie po zderzeniu. - Uważałbyś może. Tad nie odpowiedział, tylko jednym skokiem znalazł się przy telefonie. Mary, masując czoło, schyliła się i podniosła z wycieraczki zaprenumerowane gazety. - Wpuścić chama między ludzi. Bonar zerknął na niego ciekawie. Tad wertował w pośpiechu notatnik, w końcu znalazł odpowiedni numer, wklepał go i zwrócił napiętą twarz ku Mary. Bonar zastopował film. - Nie wiedziałam, że praca pisarza jest taka nerwowa – powiedziała dziewczyna. - Bo nie jest – wycedził Tad chciał jeszcze coś dodać, w słuchawce rozległ się jednak czyjś głos. - Czego dusza pragnie? - Faso? Tu Tad. Proszę, nie pytaj o nic, tylko wskakuj w swoją brykę i przyjeżdżaj potem. Wyjaśnienia później. Atmosfera niepokoju udzieliła się Mary i Bonarowi. - Zdradzisz się Tad, co zacz się dzieje? – zapytał ten ostatni. - Źle, tyle wiem. W Hucie ponoć się zakotłowało. Mary pojęła. - Zaczęło się... Tad wciągnął na grzbiet kurtkę przeciwdeszczową i zapiął ją pod szyję. - Lecę, nie czekajcie. Miłego seansu. - Czekaj! – dziewczyna chwyciła go za ramię. – Idę z tobą. - Idziemy – poprawił ją Bonar. Tad spojrzał na nią tak, że puściła jego rękę. - Muszę to zobaczyć. - W porządku. Macie minutę. Sześćdziesiąt sekund później cichutka winda opuszczała ich na poziom ziemi. W srebrzystym odbiciu na ścianie windy Tad patrzył jednym okiem, jak Mary mocuje się z zamkiem kurtki, jak wysuwa dolną wargę z przejęcia. Skierował wzrok w bok i zobaczył w odbiciu utkwione w nim oczy Bonara. Nie odwrócił wzroku. Zrobił to Bonar, chrząkając i naciągając na głowę kaptur. Tad wpatrzył się w drzwi. Gdy wystrzelili z windy jak oddział dzikich Hunów, portier otworzył usta. - Panie Tad, były telefony w sprawie książki od wydawcy. Chcą wznowić wydanie. Dokąd się pan tak spieszy? - Do prawdziwego świata, w rzeczywistość – powiedział – wypadł przez drzwi. Przed budynkiem z piskiem wyhamował polonez. Trochę nim zarzuciło, ale zdążył zatrzymać się tuż przed nimi. W środku siedziały dwie osoby. - Wskakujcie – rzucił Faso. Bonar i Mary usadowili się na tylnim siedzeniu obok Mekunia. - Zgarnąłem go po drodze – wyjaśnił kierowca. - Był zaintrygowany twoim dziwnym telefonem. Podobnie jak ja. Tad zignorował na chwilę zawarte w tekście pytanie. - Kierunek socjalizm, panie F. - Wolałbym nie. - Ja też. Jedź obok dworca i dalej na Jana Pawła. - Tak jest, pani Daisy. Przekrzykując huk nie wyciszonego silnika, wycie wiatru i syk gum trących o mokry asfalt Tad opowiedział w kilku słowach o notatce, która tam go skierowała. - Dotychczas typ się nie mylił i zawsze był na czasie. - Kto to do cholery jest? - Nie wiem, ale chciałbym mu pewnością za... Gwałtowna siła pchnęła go do przodu, na spotkanie z przednią szybą. Uderzył w nią głową tak mocno, że aż zadzwoniły mu o siebie zęby. Faso klął cicho pod nosem, gdy samochód stracił przyczepność podczas gwałtownego hamowania. - Co u... Faso zatrzymał auto i patrzył się przed siebie z zaciśniętymi zębami. Tad odwrócił się z wolna w przód i rękawem starł mgiełkę pokrywającą szyby. I wypuścił z sykiem powietrze, zgromadzone dotąd w płucach, jakby nagle stało się złe i toksyczne. Samochód zatrzymał się na skrzyżowaniu przy Dworcu Głównym. Ruchliwy zazwyczaj węzeł był teraz jak pusty, betonowy plac. W strugach deszczu, od strony nowej Huty, stał widmowy tłum ludzi, wataha ciemnych, ponurych postaci stojących tu jak żywy wyrzut sumienia. - Podziemie... – jęknął Tad. Stali oni nieruchomo pozwalając, aby wiatr i deszcz szargały ich ubrania, bowiem naprzeciw nich stał zwarty policyjny kordon. Obie strony stały, spozierając na siebie: o wiele liczniejszy i chaotyczny motłoch oraz mała, zdyscyplinowana policyjna tyraliera. - Myślisz, że gdzieś tam jest? – usłyszał z tyłu głos Mekunia. - Kto taki? – zdziwił się Tad. - Jaszczur. Ten cały Serafin. To tknęło gwałtownie Tada. - Prawdopodobnie. Dowódca policyjnej operacji nie miał najmniejszego zamiaru wydawać swoim ludziom rozkazu do ataku. W takich okolicznościach łatwo o wypadek nadużycia siły, przekroczenia granic obrony koniecznej i tym podobne. Poruszył się niespokojnie. Wiedział jednak również, że nie może wpuścić tej tłuszczy do centrum. A okrzyki wydawane przez megafon: „Proszę demonstrację o rozejście się” nie przyniosły jak na razie rezultatu. - Szefie, przecież nie możemy się na nich rzucić – powiedział jeden z jego zastępców. – To przecież zwykli ludzie, bez pracy. - Rozkazy są jasne – wycedził dowódca chociaż czuł, że podwładny ma rację. – Ale to nie jest zwykła demonstrację. Proszę się rozejść! – wrzasnął przez megafon, a w jego głosie zabrzmiało błaganie. - Policjanci nie są chętni tej akcji – powiedział zastępca z dziwnym naciskiem w głosie. Dowódca spojrzał na niego nerwowo. - Co wy pleciecie, Wójcik. Nie pytam ich o zdanie. Mają wykonywać rozkazy. W oczach Wójcika coś błysnęło. Policyjne szeregi poruszyły się niespokojnie. Ze szpicy tłumu wyłonił się tymczasem jeden mężczyzna. Tad przecierał cały czas szybę, która zaparowywała bardzo szybko. Zobaczył jedną sylwetkę idącą do kordonu. Zacisnął dłonie. Nie widział jej nigdy, ale czuł, że zna ją bardzo dobrze. Postać zaczęła mówić do policjantów. Coś im wyraźnie klarowała. Niektórzy policjanci opuścili tarcze i pałki. Dowódca spojrzał na swego zastępcę. W jego oczach dostrzegł potwierdzenie. Podniósł mikrofon do ust. - Do wszystkich jednostek. Odwołuję pogotowie. Powtarzam, nie atakować. Opuszczając mikrofon poczuł się dziwnie rozluźniony i radosny. Diabli to, mogą mnie nawet zdymisjonować, pomyślał bez zbytniej troski. Jakie to miało teraz znaczenie? Tłum natomiast ruszył naprzód, wolno zbliżając się do gliniarzy. Ci ostatni nie rozeszli się. W większości wypadków przyłączyli się do Podziemia. - Ja pierdolę – powiedział wolno Faso. - Widać to jasno. Nikt nie może nad tym zapanować – powiedział Mekunio. Faso wycofał szybko poloneza, nim otoczyła ich tłuszcza. Tad roześmiał się pod nosem, ale szybko mu przeszło. - Strudzik, ty sukinsynu, ty szczwany sukinsynu! Kraków pogrążył się w anarchii. * * * * * * * * * * * *

- Olsza, otwieraj! Wiem, że tam jesteś! Tad załomotał ponownie w drzwi baraku, należącego do PTSM. Olsza okazyjnie pojawiała się w wieżowcu, gdzie Tad zaoferował jej mieszkanie, większość czasu przepadała gdzieś jak kamień w wodę. Ten barak był jedynym słusznym miejscem, w którym mogła się pojawić. Chmury rozproszyły się już po niebie, a słońce zaczęło przygrzewać mocno. Z mokrego podłoża podniosła się delikatna mgiełka, która zamieniła miasto w wielką saunę. Usłyszał szmer zasuwanego łańcucha. Zaraz też drzwi się otworzyły. Przez szparę ujrzał jedne oko Olszy. - Czego chcesz? - Porozmawiać. Wpuścisz mnie, czy będziemy tak krzyczeć na cały ośrodek? Drzwi zamknęły się na długi odcinek czasu i Tad zaczął już myśleć, że się więcej nie otworzą. Jednak Olsza wyszła sama na zewnątrz, otulając się koszulą. Tad rozejrzał się ciekawie po okolicy. Był tu już kilka razy, odwiedzając Jane, ale teraz inne sprawy przywiodły go tutaj. - Musisz mi pomóc znaleźć Strudzika – zaczął. - Dobre sobie. Nie widzę powodu. - Zrozum, Olsza, w mieście wybuchły zamieszki, a on jest w nie wplątany. Muszę się z nim spotkać. - Wiesz, ostatnio wam się nie układało, musiał być po temu jakiś powód. Gdyby chciał się z tobą zobaczyć, na pewno by to zrobił, ciebie jest łatwo złapać. Mówiła spokojnie, przekonywująco, ale zdradziły ją lekko drgające ręce gdy zapalała papierosa. Dziewczyna sama była roztrzęsiona. Zaciągnęła się gwałtownie dymem, jakby nikotyna miała przynieść jej ulgę i spojrzała na Tada wyczekująco. - Wiem, że się między nami nie układało. Ale zrozum, Olszu, chcę mu pomóc. Strudzik tym razem nawarzył sobie zbyt gorzkie piwo. - Chyba nie oczekujesz ode mnie, cholera jasna, żebym zdradziła ci mojego własnego męża? - Jakiego męża, Olsza! – wybuchł Tad. – Naćpaliście się razem i tyle! Otrząśnij się, to była farsa. Nie traktuj tego poważnie! - Nie muszę tego słuchać – potrząsnęła głową i zaczęła iść do domku. Tad złapał za krawędź drzwi, gdy miała już je zatrzasnąć. - Olsza, ja chcę mu pomóc. - Pieprz się, przyjaciel się znalazł. Zamknęła drzwi energicznie, a Tad chwycił się za zmiażdżone palce. Oparł się plecami o wejście czekając, aż minie fala bólu. - To wszystko przez MaryJane, prawda? – krzyknął. – Strudzik pokazał ci świat łatwy i przyjemny, więc go pokochałaś. Dla niego ziele było zwykłą używką. Wszystko było zwykłe i proste. A wiesz dobrze, że tak nie jest. Ty przecież wiesz najlepiej, prawda? – masował wolno swoje palce. Ból ustąpił. Insyntkownie czuł, że dziewczyna wszystko słyszy i stoi pod drzwiami. - MaryJane chwilą radości. Kwas chwilą swobody. Tak mówił. Ale nigdy nie dotarł i nie pokazał ci głębszego znaczenia. Że narkotyki to też ból, nie uzależnienia, ale czucia, ból lepszego pojmowania i rozumienia. Wiesz dlaczego ja je biorę? Bo pozwalają czuć cały świat. Jego piękno i brzydotę, głupotę i mądrość. On się zwyczajnie bawił. Nie powiedział ci tego… Drzwi uchyliły się ponownie tak, że Tad niemal wleciał tyłem do środka. Z baraku znowu wyskoczyła Olsza, atakując go już na wstępie. - A kim ty jesteś, żeby dawać rady? Tu chodzi o twoją MaryJane, dwie dziewczyny, z którymi coś cię łączy. Myślisz, że wszystko wiesz? Że nie popełniasz błędów? Chodź tu więc i oglądaj swój doskonały świat! Zaciągnęła go do wnętrza i otworzyła na oścież drzwi prowadzące do drugiego pokoju. Tad zmrużył oczy, wchodząc do ciemnego wnętrza. Widział jednak wystarczająco dobrze, żeby stanąć w progu. Na krawędzi łóżka siedziała Jane w samej bieliźnie, z twarzą ukrytą w dłoniach. Pod kołdrą natomiast leżał jakiś facet, przestraszonymi oczami spoglądając na Tada. Jane nadal patrzyła się w przestrzeń. - Masz swoją mądrość i zbawianie świata – syknęła z tyłu Olsza i wyszła na zewnątrz. Tad zareagował jak sprężyna. Zepchnął z łóżka Jane, która wtuliła się w kąt i chwycił za ramiona faceta, by zaraz rzucić go na ścianę. Jane próbowała chwycić go za nogi, odepchnął ją jednak niecierpliwie i przycisnął typa do ściany. - Ktoś ty? Kim jesteś? - Nikim... – wybełkotał facet. - Nie... Ty kimś jednak musisz być skoro pieprzysz się z nią. Może filozof? To by pasowało. Mielibyście wspólne zainteresowania. Facet bardzo niechętnie spojrzał w oczy Tada obawiając się, co w nich zobaczy. Niczego tam nie było. Wtedy zaczął się naprawdę bać. - Przestań, Tad – powiedziała Jane, ocierając łzy z policzków. To tylko praca. Patrzył się cały czas w oczy faceta. Po chwili cofnął się kawałeczek. - Wiem, kurwa. Puścił typa, który osunął się na podłogę i zaczął szybko zbierać porozrzucane wcześnie ubranie. Jane wzięła ze stolika papierosa, wsunęła go sobie do ust i zapaliła, by po chwili skulić się w paroksyzmie kaszlu, gdy zareagowały podrażnione płaczem śluzówki. - Tylko praca... - A jak ty sobie to właściwie wyobrażałeś? Uwalniasz prostytutkę z sideł jej losu i będzie twoją księżniczką? Byłoby tak. O mały włos tak było. Ale Mary... Facet wyszedł szybko z domku, ochrzaniony dodatkowo przez złą jak osa Olszę. Tad podszedł do leżącej w kącie Jane i wyciągnął do niej rękę. Ta, pochlipując co chwilę, podniosła się z jego pomocą. - Ja też cię obserwowałam – wyznała. – I nie mogłam być tą drugą. Rozumiesz mnie chyba? Ty nadal przecież kochasz Mary. W sumie nie jestem zła, dlaczego miałabym ci mieć to za złe. Popełniliśmy błędy i tyle. Tad milczał. - Oznaki były – mówiła dalej. – Niby nic wielkiego, jak z romantycznej komedii. Ukradkowe spojrzenia, zamyślanie się, słowne utarczki. To jednak aż nadto. Uczucie nie wygasło, prawda? - Nie musisz odpowiadać, Tad. Rozumiem to sama. Wiem też, dlaczegoście się rozeszli. Była jakaś kłótnia, prawda? Jedna mała awanturka czy niezgodność poglądów. To chyba kiepski powód na zerwanie ze sobą. - Spokojnie, nie odpowiadaj. Tak będzie lepiej. Pomyśl chwilę, przecież to lubisz. Głupio tylko wyszło, że to ja ci musiałam ci o tym powiedzieć. Niezła ironia. Kochająca się w tobie dziwka ustawia ci związek z twoją eks. Spojrzał na nią, próbując złowić wzrokiem jej spojrzenie. Oczy miała jednak skierowane gdzieś daleko, o wiele dalej niż pozwalały na to ciasne ściany baraku. - Faktycznie, fatalnie wyszło – powiedziała. – Ty mnie przyłapałeś, ja ci teraz prawię morały. Ale wiesz, że tak musiało w końcu być? - Wiem, ale miałem nadzieję... – mruknął Tad. - Na co? Na nędzne parę tygodni czy miesięcy wolnego? Na chwilę spokoju przed przetasowaniem, które musiało nadejść? Pewnie na to wszystko liczyłeś, tak jak i ja. Powinnam była powiedzieć ci o tym z miejsca, przy pierwszej sposobności. Wszyscy popełniamy błędy. Ty też. - Mam właśnie dowód – uśmiechnął się blado. – Więc jak, między nami sztama? - Sztama – roześmiała się przez łzy i uścisnęła jego prawicę. – Już wszystko git. Tad postanowił rozluźni atmosferę - Cholera, widziałaś minę tego typa? Myślałem, że padnie tutaj na zawał. - Lepsza była, gdy cię usłyszeliśmy. Myślał dureń, że to gliny przyszły i zaczął mnie namawiać bym mówiła, że jestem jego żoną. W drzwiach pojawiła się Olsza, wściekła jak diabli. - Co jest, do cholery, Tad. Myślisz, że jak masz problem, to od razu trzeba go pięściami rozwiązywać? Już chciałeś pobić tego typa. Może ją też zbijesz? Może mnie?! - Olsza, Olsza, spoko. Między nami już w porządku poukładane. Olsza zerknęła niepewnie na sublokatorkę. - Na pewno? Może jednak rzucę się na niego z pazurami? - Na pewno – zaręczył Tad i podniósł się. – Zupełnie czego innego oczekiwałem, gdy tu przyszedłem. - Myślę – powiedziała Jane. - Absolutnie innego. Teraz jednak muszę wyjść i szukać Strudzika. Wszystko się popieprzyło. Olsza oparła się ramieniem o drzwi, przybierając pozę niepewności i skruchy. - Ja naprawdę nie wiem, gdzie on jest. Ale wierzę, że chcesz mu pomóc. Zresztą, cholera, pójdźmy szukać go razem. - Nie, Olsza, nie uda się – powiedział dopinając kurtkę. – Tamci, do których idę, niezbyt kochają obcych. Najlepiej by było, żebyście obie przeniosły się do mojego mieszkania i nie wychodziły. Nie snujcie się po mieście, zakupy tylko w sąsiedztwie. Rozumiecie? - Zostanę chyba tutaj... – powiedziała niepewnie Jane. - Hej, przecież między nami git, prawda? Porozmawiam niedługo z Mary, spokojnie. Jak tylko znajdę Strudzika – dodał, gdy wyszedł już na zewnątrz * * * * * * * * * * * *

Po wyjściu wziął taksówkę z postoju i rzucił kierowcy jeden wyraz. Taksówka wyrwała do przodu. Mijali co chwilę duże grupy ludzi, krzyczących coś i wymachujących rękami. Samochodów było niewiele, zaś ludzie maszerowali ulicami. - Coś się złego dzieje – mruknął kierowca. – Coś takiego mamy już od rana. Tad sprawdził zegarek. Zbliżała się ósma, chwila, w której słońce dotyka horyzontu. Na ulicy Grzegórzeckiej utknęli. Nie był to typowy korek samochodowy, jaki tu się często zdarza, lecz biegnący oddział kilkunastu tysięcy osób. Taksówkarz podciągnął do góry szyby i sprawdził, czy ma w zasięgu ręki ciężką gaz-rurkę, którą trzymał na nocne kursy. Zobaczył, jak jego pasażer przygląda mu się w lusterku z na pół znudzoną, a na pół rozbawioną miną. - To się panu nie przyda – powiedział. - Już kilka razy mi tyłek to uratowało – wyciągnął rurę na siedzenie obok. - To nie są zwykli ludzie. To jest tłum ludzki, najbardziej nieobliczalny żywioł. Jakby przyszło co do czego, nawet uzi by panu nie pomogło. Więc schowaj pan to lepiej, to wygląda dość prowokacyjnie. Taksiarz ruchem ręki zgarnął rurę z siedzenia, zostawiając ją w zasięgu ręki. Tad pokręcił głową i popatrzył się w bok. Nie wyglądało na to, żeby Podziemie otrzymało jakieś konkretne zadanie. Chyba raczej chcieli po prostu zademonstrować swoją obecność, dając do myślenia naprawdę wielu osobom. Samochód przejechał do przodu kilkanaście metrów. Tad zastanawiał się nad czekającym go spotkaniem. Po pierwszej konfrontacji Faso odwiózł Mary i Bonara do wieżowca, a potem podrzucił Tada na Łobzów. Sam zaraz pognał dalej, by zaaranżować spotkanie, o które Tad się dopraszał. Grupa. Mała zwarta grupka obrotnych informatorów. - Z tymi ludźmi trzeba konkretnie. Mniejsza o powody i motywy, liczy się ich sposób myślenia. Cel i tantiem, złota zasada. Myśl jak komputer – mówił mu Faso. Cel i tantiem. Jedyny sens życia chyba w całym współczesnym świecie. A potem Tad nagle przypomniał sobie Antibę, grupę artystów spotkanych na Rynku, mszę w Zabierzowie i festiwal jazzowy i już nie był tego taki pewien. Samochód wydostał się z matni. Na końcu ulicy Tad pożegnał się z kierowcą, zostawiając mu suty napiwek. Do licha, jeśli wreszcie był bogaczem, to mógł chyba pokazać klasę, nie?!? Zszedł na nadwiślańskie bulwary i wlazł pod most. Pod mostem panował już półmrok. Zatrzymał się, próbując przyzwyczaić oczy do ciemności. - Tutaj, na górze – usłyszał czyjś głos. Podszedł do miejsca, gdzie most wpasowywał się w ziemię. W powstałej tam niszy siedziało lub kucało kilku chłopaków. Na spotkanie mu wyszedł Faso. - Na twoje specjalne życzenie – mruknął mu do ucha i zwrócił się do reszty. – To jest Tad. On nadaje wam robotę, ja pośredniczę. Wszelkie szczegóły i pytania kierujcie teraz do niego. Tad wyłowił z ciemności kilka sylwetek, poubieranych w najgorsze szmaty o bladych, wymizerowanych twarzach. Faso zebrał najgorszy rynsztok. Doskonale, o kogoś takiego chodziło. - Tad, to jest Juma. Przywódca. Możesz kontaktować się z nim bezpośrednio lub przeze mnie. Z nim gadasz, reszta chłopaków jest od robienia. Juma stanął przed nimi niedbale. Był chudy i kościsty, przez co wydawał się być o wiele wyższym niż tak było w rzeczywistości. Jego chuda, ascetyczna twarz przybierała stale wyraz nonszalancji i lekceważenia. Tad zawsze przedkładał kontakty bezpośrednie i nieformalne nade inne. Dlatego też z miejsca wyciągnął do chłopaka rękę. - Jestem Tad. - Juma. - Jak chłopaki? – powiódł po nich wzrokiem. – To znajomi? - Od zawsze – odparł od razu Juma, jak zapewne odpowiadał każdorazowo na to pytanie. – To jest Szmejda, Marcyś, Nyka, Arek i Robuś. Nie lubią gadać. Są cisi i diablo skuteczni. Wkręcą się wszędzie, znają pół miasta, a i przekonać kogoś... – wymownie uderzył pięścią w swoją szkieletowatą dłoń. – Też się da. Prawo mówię, Szmejda? - Jakowoż – odparł jeden z chłopaków, jakby był to jedyny wyraz, który wypowiada przez całe życie. Tad uznał, że są idealni. - Sprawa – przeszedł do sedna. – Trzeba kogoś zlokalizować. Wiecie zapewne, co się rano wydarzyło w mieście? - Mowa – odparł Juma. - Trzeba odnaleźć pewnego chłopaka. Jeśli się nie mylę, będzie w okolicach przywódcy tego cyrku... - Serafina. - Zgadza się – spojrzał na nich z uznaniem. – Uda wam się do niego zbliżyć? - Teraz? W tym zamieszaniu? A cóż prostszego? – zarechotał. – Mów ty lepiej o tym typie. - Nazywa się Strudzik – Tad podał im fotografię, na której widać było Strudzia szykującego się do ucieczki przed obiektywem. Nie zdążył. – Muszę się z nim skontaktować. Jak go znajdziecie, część pilnuje, część telefonuje. Numer mój na odwrocie. Chłopaki podawali sobie zdjęcie z rąk do rąk. - Dobra, pano Tad. Teraz zasady. Targowali się dobry kwadrans. * * * * * * * * * * * *

Cała spora powierzchnia Rynku Głównego została usłana kolorowymi szmatami, bo tym teraz byli pozawijani w koce i śpiwory ludzie Podziemia. Były ich tam całe tysiące. Między układającymi się do snu krążyli spekulanci i wysłannicy Serafina. Ten ostatni stanowczo zakazał włamów i rozbojów. Spali więc na zewnątrz, po ulicach i chodnikach. Jak na razie pół miasta było pod ich kontrolą, ze Śródmieściem włącznie. Stare Miasto było teraz ich twierdzą. Mijał pierwszy dzień rewolty, czy jak to tam nazwać. Strudzik był zadowolony z takiego obrotu rzeczy. Wszystko pokojowo, na drodze zrozumienia. Serafin okazał się rewelacyjny nie tylko jako mówca, ale i przywódca. To była chyba ta osoba, która mogła urzeczywistnić jego marzenia, cudne myśli o wolnym i zjednoczonym społeczeństwie. Żałował, że nie ma obok niego Tada. Na pewno by się cieszył z celu. Ale przenigdy nie pochwaliłby drogi, którą kroczyli. Strudzik miał nadzieję, że jego przyjaciel zorientował się, co jest grane i schował się. Dyscyplina bowiem w takiej zbieraninie była sprawą względną. Układał się właśnie do snu, obok miejsca, gdzie Kościuszko jakiś czas temu składał przysięgę, gdy światło przesłonił mu jakiś cień. Strudzik uniósł głowę. Nad nim stał chłopak poubierany w fantazyjne szmaty. Przez szyję miał przerzucony rzemień, który pomagał utrzymywać mu drewnianą tacę, którą niósł przy piersi. - Trochę picia, jedzenia? Nie spragnionyś? Rewolta to wyczerpująca rzecz. - Podziękować, nie trza. - Może coś rozweselającego? - Mażty może cuś ciekawego? - Znajdzie się. U mnie taki towar, że ścina łeb z karku! – pochwalił się marszand. Strudzik wyciągnął się na betonie. Wszystko wyglądało pięknie. - Dzisiajże potrza mi klarownego umysłu. - To może panienkę jakąś? - Mam jedną – uśmiechnął się do swych myśli. - A ładna? - Wypiękna. - Jak się nazywa? - Olsza – zawsze mu się robiło cieplej pod żebrami na dźwięk tego imienia. - Ładnie. No cóż, pozostaje mi chylić czoła – handlarz skłonił się przed nim i poszedł szukać klientów dalej. Strudzik rzucił zdziwione spojrzenie za nachalnym spekulantem. Zapadała noc. Strudzik obiecał sobie, że jutro sprowadzi tutaj Olszę i przedstawi ją Serafinowi. Wysoka pozycja Strudzika w organizacji dawała mu możliwość częstych rozmów w cztery oczy z przywódcą. Z biegiem czasu stał się jego powiernikiem. Serafin natomiast dość często wypytywał go o Tada. Było to coś więcej niż zwykła troskliwość o przyjaciela przyjaciela. Strudzik domyślał się, że Serafin znał Tada dzięki książkom, ale nie wiedział, co go w nim tak fascynowało. Wszystko jednak szło gładko. - Dobranoc światu! – krzyknął na cały głos. - Dobranoc! - Świat się żegna! Jutro będzie nowy! – podchwyciło okrzyk kilka osób. Strudzik zamknął oczy. * * * * * * * * * * * *

Tad wszedł wolnym krokiem do swojego mieszkania i rzucił klucze na stół. Zgarnął z niego ręką papiery licząc, że ostało się tam coś do jedzenia. Zaczął żuć zimny kawałek pizzy. Gdy zapalił lampę, wzdrygnął się. Na kanapie siedziała skulona jakaś postać. - Mary, nie wiedziałem, że tu jesteś. Czemu siedzisz tak po ciemku? Dziewczyna podniosła na niego twarz. Tad doskoczył do niej jednym susem. - O Boże... Jej twarz była biała jak kreda i cała zapuchnięta. Z oczu ciągle ciekły jej łzy, ze słyszalnym stukotem rozbijające się o kanapę. Jej wargi były niemal tak białe jak reszta twarzy. Subtelny makijaż, jakiego zwykle używała, rozpłynął się teraz makabrycznymi smugami po jej policzkach. Tad poczuł, że aż drży z przejęcia. - Jezu, proszę cię, mów do mnie Mary, co się stało. Zaczął przyglądać się jej, szukając jakiś zewnętrznych obrażeń. - Nic mi się nie stało, Tad, nikt mi nic nie zrobił. To ja sama! Patrz tutaj! Chwycił ją za przedramię. Na gładkiej, białej skórze wyraźnie odcinały się kropki pozostałe po wkłuciu się igłą. Patrzył na nią oniemiały. - Widzisz to? Bonar mnie rzucił, ale to nie to – wybuchła płaczem. – To ja zrobiłam, Tad, ty sukinsynu, słyszysz mnie?! Bo ja cię nadal kocham, a może jeśli się przećpam, może wtedy będziesz mnie chciał... - Malutka... - Zamknij się, cholera jasna! Nienawidzę tej zdziry, tej całej Jane! Niech zdechnie, słyszysz?!? Niech zdechnie ta twoja ukochana. I ciebie też nienawidzę! - Kotku... – próbował ją objąć. - Dlaczego nie dasz mi spokoju?! Dlaczego ranię przez ciebie inne osoby. Po prostu się wynieś! Zaczęła tłuc chaotycznie rękami wokół siebie. Tad łagodnie powstrzymał jej grad ciosów. Mary była jednak silną dziewczyną. Mocowali się chwilę, aż nagle gdzieś uleciała z niej cała energia i oklapła w jego ramionach. Tad chwycił jej twarz w ręce. - Mary! - Co! – krzyknęła przez płacz. - Dziś zerwałem z Jane. To jednak też nie ma znaczenia. I ja też cię kocham, ty wredna bestio. Słyszysz mnie? Zamrugała mokrymi oczami. - Powiedz mi to jeszcze raz! – szepnęła. - Byłem ślepy, nie wiem co ze mną było! – Tad również wyczuł coś mokrego pod powieką. – Kocham cię i zawsze cię kochałem. Popełniłem jednak błąd, straszliwy błąd. - Co zrobiłeś? - Pomyliłem się jak ostatni idiota! Nie wiem wszystkiego i nie chcę wiedzieć! Wiem tylko, że jeśli zaraz cię nie przytulę, runie wszystko, co przedstawia dla mnie jakąkolwiek wartość. Objęli się jak dwoje ostatnich ludzi na Ziemi. Zaraz też ich usta odnalazły się w mroku i przekazały sobie całą tłamszoną przez miesiące namiętność. I pasję. - Byliśmy ze sobą od zawsze i na zawsze – szeptał Tad, całując Mary w każdy odsłonięty fragment ciała. – Ten czas rozłąki nigdy nie istniał… - Od zawsze i na zawsze… Bluzy ich krępowały, odbierały te cenne centymetry między nimi. Tad przylgnął w samym podkoszulku do cienkiej, bawełnianej koszuli Mary. Błądzili rękami, które nie były sterowane przez nich. Tad poczuł ogień pożądania. - Czuję się trochę jak dziwka – powiedziała cichutko Mary. Prześliznął się wzrokiem po jej ciele. - Wolę teraz, żebyś się tak zachowywała. * * * * * * * * * * * *

Ostry błysk światła obudził gwałtownie Strudzika. Ktoś świecił mu latarką prosto w twarz. Odsunął ją zniecierpliwionym ruchem. - Co jest, noc trwa… - Idą na nas! – powiedział nerwowo właściciel latarki. - Kto taki? - A co za różnica? Policja, przeciwnicy, wojsko. Ktokolwiek. Strudzik zaczął zdawać sobie sprawę, że sen musi poczekać. Wstał. Ratuszowy zegar wskazywał godzinę drugą w nocy. Dookoła wszystkie sylwetki zrywały się w popłochu, wyrywane ze snu przez wartowników. Podziemie podniosło się i gotowało do walki. Latarnie uliczne zostały wyłączone. Przyświecały im jedynie gwiazdy. Zewsząd słyszał tylko przyspieszone szepty, zduszone przekleństwa. Zawiązał po omacku buty i przejechał dłońmi w okolicach swego posłania, szukając jakiejkolwiek broni. Niczego nie znalazł. Za nim zbierał się anonimowy, ciemny tłum, z którego nikogo nie rozpoznawał. Nie widział też nigdzie Serafina, jednak gdziekolwiek był, stamtąd kierował ludźmi. Ruszyli w kierunku Karmelickiej a Strudzik poczuł, że w tłumie można być jednak bardzo samotnym. * * * * * * * * * * * *

Tad odchylił na boki poły koszuli Mary, odsłaniając opięte stanikiem piersi. Zaczął pieścić ją najpierw w pępek, by potem ruszyć ku górze, masując subtelnie miejsce między piersiami. Delikatnie, jak ktoś kto nie chce spłoszyć pięknego ptaka, sięgnął do jej pleców i rozpiął biustonosz. Mary oddychała głęboko, piersi unosiły się w górę i w dół. Wziął najpierw do ust jeden sutek, wessał go i zaczął miętosić, obejmując obiema dłońmi jej pierś. Zaraz też zabrał się za drugą. Po chwili Mary przekręciła się i to ona znalazła się na górze. Cały czas miała na sobie rozpiętą koszulę. Zaczęła całować go po torsie, schodząc ustami coraz niżej. Zaczęła w końcu wciskać się językiem pod pasek spodni. Potem, z lekkim uśmiechem na twarzy, sięgnęła do rozporka. Zaczęła uprawiać z nim seks oralny. Gdy Tad poczuł, że znajduje się niebezpiecznie blisko końca, odepchnął delikatnie dziewczynę, i ułożył ją na plecach, pozbywając się w tym czasie spodni. Zajął się w końcu jej szturmówkami. Zsunął je aż do kostek. Wszystko nadal odbywało się w ciszy. Włożył rękę między jej złączone nogi i obrócił ją, rozchylając je troszeczkę. Potem sięgnął do jej majtek i również ściągnął je w dół. Błądził chwilę językiem to tu, to tam, a gdy mu się to znudziło, zaczął wwiercać się wgłąb niej. Poczuł, jak dziewczyna chwyta go za włosy. Trzeba było ją chyba zająć czymś innym. Powędrował trochę wzwyż i zajął się jej łechtaczką. Mary po raz pierwszy w trakcie ich zbliżenia przerwała jękami ciszę. * * * * * * * * * * * *

Strudzik szedł czarną ulicą, rozglądając się niepewnie na boki. Nikt dokładnie nie wiedział, gdzie czai się zagrożenie. Na skrzyżowaniu? Pod kościołem? A może już wchodzą w wąską pułapkę, zasadzoną przez wroga. Szli tak w niemal całkowitym milczeniu, aż nagle zamajaczyła się przed nimi jakaś plama. Strudzik w lot pojął, co to jest i zrobiło mu się zimno. To nie była bynajmniej mała policyjna blokada, jak przy Dworcu. Tu stała mała armia. Słyszał, jak Serafin skądś zaczął krzyczeć podobne słowa, co poprzednio, ale teraz czuł, że się chyba nie przydadzą. Zacisnął mocno pięści. Tłum nie zwolnił, nawet przyspieszył, jakby chcąc rozgnieść tyralierę policyjną. Rozległ się gwizdek. Gliniarze rzucili się naprzód. * * * * * * * * * * * *

Tad wszedł w nią powoli, jakby z namaszczeniem, cały czas patrząc w półprzymknięte oczy Mary. Zaczął poruszać się wolno, nie chcąc tracić z tego aktu ani sekundy. Szybko jednak zaczął tracić nad sobą kontrolę. Mary pojękiwała spazmatycznie, a Tad wchodził w nią coraz szybciej, płynnie suwając się między jej biodrami. Ich gwałtowne oddechy wypełniły przestrzeń. Mary objęła go nagle nogami i przewaliła się na bok. Zaczęła ujeżdżać go szybkimi, ale ciągłymi ruchami, ciągle będąc nad nim pochylona. Jej kołyszące się sutki łaskotały go w tors. Tad ścisnął jej pośladki, a Mary uśmiechnęła się lubieżnie. * * * * * * * * * * * *

Pierwsza fala atakujących rozbiła się o policyjne tarcze. Strudzik czuł się bezbronny, mając tylko pięści. Słychać było krzyki, bieganie. Nie widać było, kto się z kim bije. Rzucił się jednak do przodu. Tak było trzeba. * * * * * * * * * * * *

Tad obrócił dziewczynę tyłem i wbił się w nią do samej głębi, aż jej pośladki dotknęły jego bioder. Dziewczyna zaciskała dłonie na krawędzi tapczanu. Wyczuł, jak jej ciało robi się śliskie od potu. Poślinił palce i wdarł się dłonią między jej nogi, drażniąc to najwspanialsze miejsce dla kobiety. Twarz Mary wykrzywiona była paroksyzmem. Myśli uciekły * * * * * * * * * * * *

Strudzik rzucił się od tyłu na gliniarza. To było dla tamtego zaskoczeniem, gdyż walczył akurat z innym przeciwnikiem. We dwójkę powalili jednak policjanta. Strudzik zdążył chwycić pałkę i wyrżnął ją w tarczę innego gliniarza. Ktoś go od tyłu pchnął; na wszelki wypadek tam uderzył. Wrzask. Nagle spadł na niego zimny deszcz. To gliniarze uruchomili armatkę wodną. Wrzasnął przekleństwo, jednak strumień wody wtłoczył mu je z powrotem do ust i cisnął go o ścianę budynku jak szmacianą lalkę. * * * * * * * * * * * *

Tad podniósł trochę Mary, cały czas kochając się z nią od tyłu i ścisnął mocno jej pierś. Niemal mu się wyśliznęła. Przejechał dłonią po całym jej wilgotnym ciele, po czym chwycił ją za kark i przyciągał ją do siebie silniej. * * * * * * * * * * * *

Armatka wywołała w nim dziką wściekłość. Zerwał się i zderzył się z kimś. Już miał wymierzyć potężny cios gdy spostrzegł, że to był sprzymierzeniec. - Chodź no! – pociągnął go za kołnierz. Z rykiem wydobywającym się z tysięcy gardeł ruszyła druga fala ataku. * * * * * * * * * * * *

Tad wciskał się w nią coraz szybciej, mnąc jej pośladki i ściskając ku sobie. - Nie... chcę normalnie... – wymamrotała dziewczyna. Prawie rzucił ją na brzeg tapczan i ponownie wszedł w nią, tym razem gwałtownie. Dziewczyna wizgnęła krótko. * * * * * * * * * * * *

Druga fala wbiła się jak ostrze wgłąb policyjnych szeregów. Strudzik rozdawał razy na wszystkie strony. Szalał. * * * * * * * * * * * *

Mary zacisnęła dłonie na karku Tada. Koniec się zbliżał. * * * * * * * * * * * *

Krzyki. Tumult. Zewsząd czuć napór ciał. Strudzik wrzeszczy dziko, przedzierając się do armatki. Przed oczy wyskoczyły mu czerwone plamy. * * * * * * * * * * * *

Mary pisnęła krótko, potem drgnęła parę razy i zmarła. Tad wciskał się coraz głębiej w nią. Jej widok doprowadzał go do szaleństwa. Jeszcze kilka ruchów i, zaciskając ręce na jej biodrach, jęknął i doszedł. Padli obok siebie. * * * * * * * * * * * *

Eksplozja bólu w prawym policzku omal nie powaliła go na ziemię. Tłukł wokół siebie pałką jak wariat. Był w amoku. Przed oczami zobaczył lecącą czyjąś strugę krwi. Świadomość zaczęła odpływać. Krzyczał i bił wokół siebie nawet, gdy tamci wycofali się w popłochu. Po jakimś czasie wstał, gdy przez Podziemie przeszły pierwsze radosne gwizdy zwycięstwa. Rozejrzał się jak we śnie. Jego współtowarzysze byli nadal ciemnymi plamami na trochę jaśniejszym tle. Z tłumu wyszedł ktoś ku niemu. Strudzik wytężył wzrok, ale poczuł, że coś zlepia mu oczy. Starł lepką ciecz i pokiwał wolno głową. Kari z niezwykłym dla siebie uśmiechem skłonił się Strudzikowi. Potem zmarszczył czoło. - Aj, aj, widzę, że trochę cię dostali. Ręce Strudzika odruchowo powędrowały do piekącego go policzka. - Nawet żem kurważesz się zoczył, dyć kiedy mnie wysztyrali. Źle jest? - Przeciwnie, wyjebiście. Z twoją mordą też nienajgorzej. Poznałem taką jedną, Aisza się nazywa, co to chce pielęgniarką zostać i cię migiem opatrzy. - Toż chyba jest tenże moment, gdym winny jestem krzyknąć: „Przecie to tolka draśnięcie”. - Zamknij się. Strudziu, albowiem sztuka medyczna jest ci obca. Antyseptyka to nie jest nazwa dżemu morelowego. Strudzik ponownie starł krew z oczu. Nagle ktoś chwycił go w silne objęcia. Inne ręce złapały również Kariego i odciągnęły go do tyłu. Dwóch przytrzymujących go chłopaków przyparło go do muru. Zmrużył oczy, gdy po raz drugi tej nocy ktoś poraził go latarką. Szarpnął się w objęciach. Bezskutecznie. - Juma, będzie to on? – usłyszał czyjś podniecony głos. - Lepiej będzie dla niego, jeśli to ten. Chodź no, Szmejda, ty żeś go z bliska widział. Latarka znikła sprzed jego oczu, pojawiła się natomiast czyjaś twarz. Oślepiony Strudzik potrzebował trzech sekund by się zorientować, że jest to sympatyczny i ciekawski spekulant, który nawiedził go wieczorem. - Na mój gust toć to on. - Rewela. Arek, Nyka, w troki go i wysuwamy stąd! Strudzik poczuł jeszcze czyjąś rękę zatykającą mu usta. Potem tajemniczy porywacze zaczęli ciągnąć go jak worek kartofli. Kari przyglądał się tej scenie z niezrozumieniem. Gdy jednak Strudzik wraz z oprawcami zaczął znikać w ciemnościach, a trzymający go Marcyś powoli rozluźniał chwyty (oczywiście Kari nie wiedział, że Marcyś to imię tego ćpuna), z całej siły ugryzł kneblującą go dłoń. Marcyś krzyknął i chciał podjąć bój z Karim, jednak była to różnica klas, bowiem największą pracą, jaką Marcyś ostatnio wykonywał było wbijanie sobie igły w żyłę, a Kari był cały czas w bitewnym szale. Kari wykręcił mu rękę i rzucił go na ziemię. Z pomocą przyszło mu kilka osób widząc, jak ich ziomal siłuje się z przeciwnikiem. Może to był policjant? - Tam dalej, jest ich więcej. Porwali kumpla! – krzyknął wskazując w miejsce, gdzie zniknęli przed chwilą kidnaperzy. Juma ucieszony już wydostawał się z pierścienia Podziemia, gdy nagle usłyszał straszliwy ryk, a na nich rzuciła się cała horda. * * * * * * * * * * * *

Tad leżał z Mary pośród morza wzburzonej pościeli, wolno gładząc jej włosy. Położył dłoń na jej boku. Dziewczyna cała drżała jak w febrze. Tad uśmiechnął się i wtulił dziewczynę w ramię, gdyż było to jedyne lekarstwo dla niej, jakie znał. Leżeli tak długo, uspokajając się po miłosnym szale. Leżeli bez słów, gdyż nie było tu nic do powiedzenia. W końcu Mary zaczęła przysypiać, a Tad zamyślił się. Na korytarzu rozległ się nagle jakiś rumor i krzyki. Rozpoznał stanowczy głos Kryśki, nocnej portierki i jakiś drugi, suchy i gardłowy. Tad uwolnił się ostrożnie z objęć dziewczyny i sięgnął po spodnie. Tymczasem zamek szczęknął i drzwi się rozwarły, wpuszczając dwie siłujące się i kłócące osoby. - Ale proszę pana, tak nie można!... – mówiła Kryśka. Postać wyszła Tadowi naprzeciw, wyrywając się z jej rąk. - Przepraszam bardzo, ten pan ma do pana jakąś bardzo pilną sprawę, i... - W porządku, niech będzie. Portierka westchnęła i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Światło z korytarza urwało się, przez co postać pogrążyła się w ciemności. Tad nie chciał zapalać światła, gdyż Mary jeszcze o dziwo spała. - Kim jesteś? Postać przeszła chwiejnie kilka kroków. Zataczała się jak pijana. Minęła Tada i podeszła do okna, chwytając się kurczowo parapetu. Światło z zewnątrz padło na jej twarz. Juma pełnym rezygnacji gestem odjął rękę od zakrwawionych ust i próbował niezdarnie zasłonić podbite oko. - Znaleźliśmy Strudzika – powiedział ze złością, po czym zachwiał się, zgiął się w pół i upadł na dywan.

Fakt 3. Kluczowy Rewolucja

„Bogiem będzie ten, kto uczyni rewolucję zdolną do tworzenia”.

Tad

ROZDZIAŁ TRZYNASTY DZIESIĘĆ DNI JASZCZURA

Pierwsza kontrola przydybała go jeszcze przed Nowym Kleparzem. W spokoju dał się przeszukać i odpowiedział na parę bzdurnych pytań zastanawiając się jednocześnie, jaki cel przyświecał ludziom, gdy zaczęli ustawiać tutaj blokady. Bali się kontrrewolucji? Śmieszne, któż miałby jej dokonać. Była to chyba zwykła manifestacja. Drugi dzień anarchii, więc Podziemie nie czuło się jeszcze pewnie w Śródmieściu. - Cel wejścia na Rynek? – srogim głosem zapytał go typ. - Kultura. Znasz to pojęcie? Typ zmierzył go nieprzychylnym spojrzeniem i wdał się w rozmowę z jakimś innym chłopakiem, krótko ostrzyżonym. Tad przestąpił niecierpliwie z nogi na nogę, ale wychodząc tego ranka na poszukiwanie Strudzika obiecał sobie, że idzie z misją spokoju i pojednania. Spokój i pojednanie, trzeba to sobie tylko powtarzać jak mantrę. - Bogacz, hę? Tak, jasne, głupi skurwysynu, milioner w szturmówkach i wytartej koszuli! Głośno zaprzeczył tylko znużonym głosem, przyglądając się wielokolorowej chustce, jaką chłopak miał uwiązaną u pasa. Wokół kręciło się jeszcze kilku ludzi z podobnymi chustami. Był to chyba jakiś znak przynależności do rewolucyjnej braci, albo po prostu anomalia statystyczna. Tad stał jednak z cierpliwością i dobrocią wypisaną na twarzy, chociaż daleko mu było do tego stanu. W końcu na pytanie o zawód rodziców nie wytrzymał i machnął ręką. Chłopak krzyknął coś ostrzegawczo, ludzie z chustami spojrzeli na niego nerwowo. Awantura wisiała w powietrzu, rozładował ją niespodziewanie głos: - W porządku, ja go znam. Puścić! - Krzysiu, ty tutaj?! – Tad nie posiadał się ze zdumienia. - Ano tutaj. Znasz to powiedzonko: nie możesz być lwem, bądź lisem. A jak tu być lwem, gdy wszyscy naokoło wariują? Przyczaiłem się więc i staram się utrzymać ten stan. Co cię tu sprowadza? - Muszę kogoś znaleźć – odparł oględnie, gdyż Krzysiu nie znał Strudzia. - Będzie trudno w tym kotle, ale zobaczymy. Chodź, człowieku, gdybyś stawał tak na każdym czekpoincie, nigdy byś nie dotarł do celu. Po ulicach szalały tam i z powrotem małe grupki. Niektórzy malowali różne hasła, w stylu: „Miasto jest nasze!” czy „Kocham Wandę” inni po prostu szabrowali. Tad zauważył, że oni nie mieli przy sobie chust. Powiedział to głośno. - Rewolta to rzecz chwalebna. Ci idioci na pewno nie rozumieją nawet, co się dzieje. Dla nich ważna jest tylko kieszeń – odpowiedział Krzysiek. - A ty wiesz, co się dzieje? - Niezbyt. Może komunizm wraca? Albo to coś nowego? - A co z ideami? Wierzysz w jakieś, są może jakieś... - Trudno rzec – wzruszył ramionami Krzysio. – Część wie, co tu się dzieje, rzucają anarchistyczne hasełka, całkiem dobre, a przede wszystkim chwytne, jednak panowanie nad takim motłochem nie jest łatwe. Większość ma równo gdzieś, co się dzieje. Takie odniosłem wrażenie. - Nie wróży to dobrze rewolucji. - Może. A w październiku, czy też listopadzie tysiąc dziewięćset siedemnastego ktoś miał głębsze pojęcie, co się matuszcze Rossji dzieje? Tutaj nie ma żadnej spójnej siły, nawet opozycyjnej. Jeden wielki kocioł... Doszli do Rynku Głównego. Tutaj Tad pożegnał się z Krzyśkiem, który miał pilnować blokad. Sam więc wkroczył w serce krakowskiej anarchii. Po płycie Rynku przewijał się cudacznie ubrany tłum ludzi. Każdy z nich wyglądał, jakby w tym całym przedstawieniu miał do odegrania jakąś bardzo ważną rolę. Chociaż Tad nie zauważył żadnego systemu w ich działaniach, praca jednak wrzała. Zobaczył wiele fantazyjnych chust i radosne podniecenie ich właścicieli. Zrobił naprzód kilka kroków. To nie mogło być to samo miesjce, które odwiedzał dość regularnie, miejsce spotkań artystów i ludzi pragnących się zabawić. Szedł naprzód, a jego nogi wolno występowały jedna przez drugą. To musiał być sen, jakaś gigantyczna farsa. Przecież tutaj nie mogło rozwijać się dziesięć tysięcy wyuzdanych dusz. Do ucha Tada przypadkowo wpadła czyjaś rozmowa: - ... Warszawski? Może jednak Europejski. Europa jest pono większa ode samej Warszawki. - Jake ci mówię, że hotel Warszawski, to Warszawski. Zbieraj chłopców, idziemy tam w nocy. - Huta nie zezwoli... - To i po niej się przejedziemy. Przeszedł dalej, przecinając Sukiennice. Tam, zamiast tandetnych pamiątek, jak w barokowej grotesce, sprzedawano kije, noże, długie worki wypełnione śrutem, kastety oraz żywność za horrendalną cenę. Kilku wyposażonych w chusty i lagi pilnowało porządku na targu. Tad przeszedł na drugą stronę Rynku. Pomnik Adama Mickiewicza zmienił się trochę od ostatniego razu, gdy go widział. Wtedy nie był pokryty wielokolorowymi plamami, które teraz wytrwale nakładali krzykliwi ludzie o wyglądzie studentów. - Dalej, żwawiej chłopcy! – krzyczała rudowłosa dziewczyna z okularami na drobnym nosku. – Teraz mamy nową sztukę. Co znaczy tradycja? To ciemnota i przywiązanie, mówię wam. Malujcie śmiało! Co z tego, że ten pomnik wzniesiono sto pięćdziesiąt lat temu? Jakie to ma znaczenie? Były jeszcze i inne objawy rewolucji. W rogu Rynku, przy kościółku św. Wojciecha, grupa młodych fanatyków odprawiała mszę polową, obrzydliwą parodię tego pięknego obrządku. Na bruku Rynku i w niezliczonych uliczkach doń przylegających leżały pogrążone w śnie postacie, pijane albo naćpane, na których nikt nawet okiem nie rzucał. Były też miejscami tańce i ogniska, ale Tad powoli przestał to zauważać. Zobojętniał. * * * * * * * * * * * *

„Jak to było w tej piosence? „Na Małym Rynku knajpa jest, a w knajpie wyborowa”. Tak chyba to szło. Czy właśnie dzięki przypomnieniu sobie tej piosenki znalazł Strudzika? Przytulny zazwyczaj pub pełen był teraz zamętu i rwetesu. Trudno powiedzieć, czemu Tad zdecydował się o odwiedzić. Faktem jest, że przy jednym ze stołów siedział Strudzik, rozmawiając z jakimś chudym typem. - Obwieszczenie: spox – mówił monotonnym głosem. – Wiadomości. Bieżanów dycha jake ostatni. Dworzec Główny, ochotnicy gekommen. Niszt reakcji innawej, fido jak bułka z masłem. Wyjeba. Kapisz? Chudzielec kończył sporządzać notatki. - „Wszystko dobrze, wkrótce wygramy. Esclave de la revolte?”. Skończyłem! - Salut! – odmachnął ręką Strudzik i posłał chudzielca do wszystkich diabłów. Jego miejsce niespodziewanie zajął Tad. Strudzik drgnął, a na jego twarz wypełzł grymas, który ostatecznie możnaby wziąć za uśmiech. - Jake leci, Tad? Znajdujesz cool nowe porządki? - Adaś lepiej wyglądał poprzednim razem – odparł Tad, sadowiąc się na krześle. - Nuwe czasy, nowa sztiuka. Samotrzeć powinnyś rozumieć. To są betka symbole! - Czego? - Modernu – odparł wymijająco. - Ach, wszystko nowe. No popatrz, bo ja już myślałem, że wy jesteście najpospolitszymi chuliganami, którzy sobie chcą narozrabiać. - Caluśki nasz chuligański trud idzie kiele naszej kochanej Ojczyźnie. - I dla niej to właśnie organizujecie zamachy stanu? No powiedz? Słyszałem już o waszej nocnej bitwie. I widziałem, że święto tutaj już pełną gębą. Ale myślisz, kretynie, że to jest już wszystko? Że reszta kraju odpuści? Rzucą się na was, Strudzik, rzucą wszystkimi siłami. - Gotówmy jesteśmy. Psy i trepy naszaje przystają, będową równe szanse. Jeśliż oni chcą rozprawy, toć my nie możmy dłużni pozostać, ja? Tad parsknął i bezczelnie przyciągnął do siebie notatki, które leżały przed Strudzikiem. Ten ani nie drgnął, patrząc na Tada łagodnym półuśmiechem. - No, no, Strudź, tego się nie spodziewałem, jak przystałem do redakcji. Że niespełna rok później stanie się on ostoją anarchistycznej propagandy. - A coć cię gazeta obchodzi? Zerwałeś przeca z nią na rzecz swych książek. Organizowałeś, krzykłeś, aleś nica nie pisał. Gazeta juże twoja nie jest. Knigi są. Aże ze resztą – machnął ręką. – Czytnij sobie na początku tego bruliony. Przyganiał będzie i przemądrala... Tad otworzył zeszyt. I zaraz jego ręce zakleszczyły się na krawędzi zeszytu, wyginając go i mnąc. - Założenie: Rozwój ludzkości stanowią jednostki wybitne, potrafiące pociągać za sobą szary motłoch. Jednak w dzisiejszej epoce, w której prostota zamieniła człowieka w siedzącą i przeprowadzającą metabolizm puszkę, to żeby świat ruszył do przodu... Teza:... tym większe będzie musiało być wychylenie jednostki transgresyjnej, bardziej rewolucyjna jej idea czy filozofia. Rzucił ze wściekłością zeszyt na stół. Strudzik zgarnął go obojętnie i rzekł. - Twojeże własnowe, prorocze słowa. To chybajet któreśżesz ze twoich Twierdzeń, tak? Nie pamiętamjet tolka numeru, które to zacz jest... - Ty draniu!- wycedził przez zęby Tad. – To ty się moimi słowami zasłaniasz? Włączasz mnie w ten przewrót. Nie prosiłem o to! Jestem mu przeciwny. - Pierdolisz, Tad. Twe słowa, twe wizje! Sameśżeś o tem pisał, o ideach i progresie, a tera mi się wymawiasz? Niedobrze. Tad nadal wbijał w niego roziskrzone spojrzenie. Strudzik zaatakował: - Spójrzmy że prawdowie oczy: pisłeś, mówiłeś o jedności, o przewrockich ideach, o ponadżenarodowej świadomości... - To nie tak... - Nie tak?!? Typicznie jak dzieciak na kradzieży cukierków złapan się tłumaczysz. Słuchajże sam siebie! Jak winc sobie to myślałeś? - To miał być wspólny krok. Za zgodą i aprobatą wszystkich. Właśnie tego pragnąłem, żadnych przymusów, tylko przekonanie, że tak jest najlepiej. Wprowadzanie tego siłą niczego dobrego nie przyniesie. - Tad, ludzie nigdy jednakiego zdania mieć nie będą! Nietże na progres się nie zgodzą. Bo się boją! Toć to najzwyklejszy strach przede zmianami. Strioka jak u ciebie. Tad zaklął paskudnie i odwrócił głowę w bok. Strudzik natomiast mówił dalej czując, że wygrywa. - Powinieneś rozmównąć się z Serafinem. - Za nic – od razu przerwał mu Tad. - Mądry typ. - Przestępca. - Idź do niego... - Nakazał przyjaciel – zakpił Tad - Głos rozsądu. - Nie, Strudzik! Idziecie szybko na dno! Umiecie tylko rabować, krytykować i zmieniać. Pluć na sztukę, kraść idee, zmuszać oraz przeinaczać. Nie będzie postępu dopóki nie zaczniecie tworzyć! I on o tym wie, a ty chyba też. Wycofajcie się, póki się jeszcze da. Zanim dojdzie do generalnej rozprawy. To będzie rozsądek! - Ty nica nie pojmujesz, Tad – łagodnym głosem mówił Strudzik. – Niczewo się najne uczyłeś. Rozum ty, że musi do niej dojść, ba takto to wszystkunio straci swego sensa. - Śmieszny pajacu! – rozeźlił się Tad. – To samo będziesz mówił, wysyłając tłum na bijatykę. Też będziesz krzyczał swoje durne hasełka, gdy ludzie z pięściami rzucą się na wojsko! - Nic nie wisz... - Nic…! Tyle tylko, że gdyby ludzie sami zrozumieli, że zmiany w demokracji i świadomości muszą nadejść, to nie byłoby z kim się bić. Strudzik zachowywał twarz pokerzysty. Tad potrząsnął głową, opanował się. Z chłodną miną wstał od stolika, odprowadzany wzrokiem Strudzika. - Widzę, że nic tu po mnie. Zapamiętaj jednak mnie. Zaczęliście niszczyć świat wokół. Wkrótce wszystko, co kochasz, zginie. Obojętnie od wyniku walki. Strudzik poczekał, aż Tad znalazł się w drzwiach. - On chce cię poznać – krzyknął. – I zrobi to! Tada jednak już w pubie nie było. Strudzik przejechał dłonią po twarzy, a potem tknięty dziwnym niepokojem wziął koszulę i wyszedł energicznym krokiem * * * * * * * * * * * *

Jedyne, co w tej chwili Tad pragnął najbardziej było to, żeby jego prywatne sanktuarium nie zostało tknięte. Na ulicy Grodzkiej panował jednak spokój. Oczywiście, kręciło się tutaj mnóstwo wielobarwnych chust, zachowywali się jednak spokojniej i powściągliwiej niż na Rynku. Widocznie nawet oni uznawali jakieś świętości. Teksty pozostały nietknięte, doszło nawet parę nowych. - „Pozwól zbliżyć się mordercy, niech poczuje twoją bliskość, niech dotknie twojej niewinności”. - Akurat na czasie – powiedział do siebie Tad. – Pozwoliliśmy się im zbliżyć aż za bardzo, prawda? – krzyknął we wszystkie strony. – Gdzie się chowasz, wszystkowiedzący bożku? Pokaż mi się! Widzisz, stoję tutaj i przyzywam cię! Przechodnie zerkali na niego ze zdziwieniem. Tad splunął z pogardą. - Tak, tchórzysz jednak. Czym ty w ogóle jesteś? Za kogo się uważasz? Nie staniesz ze mną twarzą w twarz? Nie dasz zakosztować mi godności? Menda! Wszystko wiesz, a tylu rzeczy nie przewidziałeś. Co z ciebie za bóstwo! No pokaż się, udowodnij, że się mylę. Powiał lekki wiaterek, a Tad poczuł, że opuszczają go siły. Osunął się na chodnik. Wiatr wzburzył mu włosy, odebrał cząstkę ciepła, nie dał się pogrążyć w letargu. Mimo to Tad przymknął oczy i wyłączył się ze świata. Do czasu, aż usłyszał pewien chrobot. Spojrzał niechętnie wokół siebie. Obok niego wiatr pchał jakąś zwiniętą kartkę papieru, podrygującą w dziwnym tańcu. Wiedziony impulsem Tad wziął kartkę i rozwinął ją. Były tam tylko obce słowa. I znajomy podpis. „GG. Użytkownik: LIFTONIC. Dla spragnionego.” - O, to jest już dobre! Całkiem śmieszne. Przecież mamy nowy wiek, nawet jakiś bożek może zechcieć pogadać przez kabelek! * * * * * * * * * * * *

Strudzik z niepokojem przeskoczył ogrodzenie schroniska młodzieżowego na Łobzowie. Przebierając nerwowo nogami po żwirze odnalazł odpowiedni barak i zapukał. Otworzyła mu Jane. Wymieniając między sobą zdawkowe informacje, wpuściła go do środka. - Chcesz wiedzieć, co się dzieje? – zapytała. – Olszy nie ma, a ja skończyłam z Tadem. Rutyna, jak to może równać się zamachowi stanu? Nerwy Strudzika znajdowały się w stanie niebezpiecznego napięcia; poza tym nie miał bladego pojęcia jak na to odpowiedzieć, nie wywołując kłótni. Milczał więc. - A tak, wszyscy się przejmując. A co tam. Czytaj – podała mu jakąś kartkę. Była to wiadomość od Olszy. Nie, nie wiadomość. Raczej pożegnanie. Strudzik czytał w skupieniu, próbując zrozumieć nastrój dziewczyny, doczytując się ukrytych znaczeń. Po chwili złożył starannie kartkę i schował ją do kieszeni. Jane patrzyła na niego ciężko; aluzja była oczywista. Strudzik skierował się do drzwi i wyszedł szybko. Zastanowił się jeszcze, co teraz zrobiłby ten dawny Strudzik, którego ona poznała. Bo ten nowy faktycznie przestał się wszystkimi zajmować i przejmować. * * * * * * * * * * * *

Pierwszą osobą, na jaką niespodziewanie wpadł Tad w swoim mieszkaniu była Łucja. Ostatnie czasy obfitowały w wiele wydarzeń, zbyt wiele, żeby Tad mógł poświęcać jej choć trochę czasu. Teraz jednak chyba nie mógł tego uniknąć. Łucja wyszła mu na spotkanie w korytarzu. - Słyszałam już, że poprawiło wam się z Mary. To świetnie. Tad zatrzymał się w miejscu. - Niedobrze jest umawiać się z dziwką – powiedziała i wybuchła płaczem, a Tad poczuł bardziej niż kiedykolwiek, że brakuje mu słów. - Słuchaj, nawet nie wiem, co powiedzieć... - Nic nie mów. Przytul mnie. - Łucjo... - Na chwilę. - Dobrze. Objął delikatnie dziewczynę i przez jakieś trzydzieści sekund pozwalał, by jej łzy moczyły mu koszulę. Potem należało wyjaśnić parę spraw. - Wiesz, mogę ci tylko powiedzieć, że po ziemi chadza jeszcze kilku przyzwoitych facetów, wiesz? Mogę ci zaręczyć. Znajdziesz jakiegoś przyzwoitego typa, który uczyni z ciebie boginię. - Zamknij się, przecież wiem. Wyprostowała się i wytarła rękawem oczy. Tad wzrokiem zadał pytanie. - Oj Tad, kiedy ty się nauczysz, że nie tylko słowa mogą być pocieszeniem. Wejdźmy do środka, bo robimy głupią scenę. W środku znajdowała się jeszcze Olsza, Mary, Mekunio i Faso. Łucja szybkim krokiem poszła do swojego pokoju. Tad ściągnął koszulę i rzucił ją na tapczan. - Jak wam tutaj idzie? – zapytał Tad bez konkretnego adresata. – Żyjecie jeszcze? Tam na zewnątrz jest prawdziwy dom wariatów. - Trzymamy się jeszcze – zapewniła go Mary. Faso przytaknął. Tad rzucił zdziwione spojrzenie na Olszę. Nie zaskoczyła go jej obecność tylko fakt, że siedziała na staromodnym plecaku ze stelażem zewnętrznym, wypchanym po brzegi. - Chyba się nigdzie nie wybierasz, Olszu? - Raczej tak. Warunki do zarabiania są raczej marne, lato już w połowie. Gdzieś indziej może będę miała więcej szczęścia. Usiadł przed nią i spojrzał badawczo. - Masz teraz mieszkanie i żarcie. Nie to jest problemem, prawda? - Wybacz, nie chcę być brutalna, ale nie rozumiem, dlaczego miałoby cię to obchodzić. - Fakt, że pokłóciłem się ze Strudzikiem, nie czyni ze mnie jeszcze wcielenia szatana. Chętnie posłucham. - Cholera Tad z twoja subtelnością – wtrąciła się Mary. – Zajmij się czymkolwiek, dobrze? Zanim wszystko popsujesz. - Halo, ja chciałem się tylko dowiedzieć, co tu się dzieje! - Ja też pożarłam się ze Strudzikiem. Szczęśliwy? – paskudnym tonem zapytała Olsza. – Zapewne o to samo, o co ty się kłóciłeś. Mary posłała mu spojrzenie pełne dezaprobaty. Tad wstał i kiwnął znacząco głową na Faso. Obaj odeszli w róg pomieszczenia. - Ona nie może sama się stąd wydostać – szepnął mu do ucha Tad. - Też bym nie chciał, żeby sobie poszła. - Nie o to chodzi! Tu się robi niebezpiecznie, ale jak ona się sama zacznie szwędać, to na pewno coś jej się stanie. - Co ty mówisz? Tad zbliżył się do Faso jeszcze bardziej i wyrzucił z siebie słowa jednym tchnieniem. - W mieście dojdzie do decydującej bitwy. Faso zrobił wielkie oczy. - Tylko ktoś dobrze zamknięty będzie bezpieczny. Teraz wszyscy biegają nabuzowani i skorzy do walki. - To co robić? - Znajdź Jumę – polecił mu Tad. – Niech weźmie chłopaków i przyjdzie tutaj, tak na wszelki wypadek. Zabarykadujecie się tutaj, oki? W kupie siła, pamiętaj. A z nią, coś wymyślimy. Faso kiwnął głową i, pożegnawszy się ze wszystkimi, wyszedł z budynku. Tad natomiast przysunął sobie krzesło do komputera. Dzięki Mekuniowi wiedział, co oznacza skrót GG. Tajemniczy autor, czy jak go tam nazywać, chciał chyba bardziej interakcyjnej rozmowy niż ta przez kartki papieru. Jego przyjaciele z raczej niewesołymi minami rozeszli się do pokojów. Tad uruchomił natomiast program do rozmów przez Internet GG i kliknął opcję: „Szukaj znajomych”. W oknie „Pseudo” wpisał dziwny wyraz, LIFTONIC. „Nie znaleziono osób spełniających zadane kryteria”. Tad zaklął cicho i rozejrzał się po mieszkaniu. Mary siedziała przed telewizorem skacząc po kanałach, Łucja w łazience energicznie szczotkowała włosy. Reszty widać nie było. Trudno chyba przypuszczać, żeby ktoś miał takie nazwisko. Tad postanowił jednak nie pomijać żadnej możliwości. Komunikat powtórzył się. Czyżby jego tajemniczy przewodnik zrobił mu tym razem kawał? Może on sam zwyczajnie oszalał? Trzeba się było tylko wczuć w mentalność. Ów przewodnik był człowiekiem myślącym innymi kategoriami, realizującym konkretny cel, lakonicznym i ledwo zrozumiałym... Żyjącym na innej płaszczyźnie... Tknięty przeczuciem Tad wyczyścił pole z napisem „Miejscowość”, gdzie wcześniej wpisał „Kraków” i wklepał teraz LIFTONIC. Program szukał dość długo, jednak w końcu coś znalazł: „Imię: Sztif. Miejscowość: Liftonic”. Tad kliknął opcję „Rozmowa” i wpisał z głupia frant:

TAD: Cześć Sztif

Poczekał chwilę. Użytkownik miał status „Dostępny”, ale to wcale nie oznaczało, że czeka tylko na wiadomość od niego.

TAD: Co to jest liftonic? SZTIF: To mój świat

Zamrugał oczami na tak niespodziewaną odpowiedź i przysunął wolno do siebie klawiaturę.

TAD: Dlaczego go tak nazwałeś? SZTIF: A czemu nie?

Można i tak, pomyślał Tad.

TAD: Kim jesteś? SZTIF: Kim jesteś? TAD: To ja się pytam SZTIF: To ja się pytam

- Co jest? – wykrzyknął Tad. Mary spojrzała na niego zdziwiona. Co miał teraz odpisać? Czy w ogóle podtrzymywać tą absurdalną rozmowę? Przemógł się jednak.

TAD: Sobą SZTIF: Sumieniem TAD: Czyim? SZTIF: Może twoim?

- Dobre sobie. I zostawiasz mi kartki. Może to ja je piszę, bo tak naprawdę mam schizofrenię, co?

SZTIF: Racja nie mogę być sumieniem bo jestem materialny. To mnie wyklucza.

Prorok jaki? Tad rozejrzał się dla spokoju sumienia. W scenerii wokół nic się nie zmieniło i chyba nikt go nie obserwował.

TAD: Po co wysyłasz mnie w te różne miejsca? SZTIF: Miejsca ?? TAD: Kanciapa Antiby, intelektualny dyskurs SZTIF: Dowiesz się TAD: Od kogo? SZTIF: Sam się dowiesz

Tad westchnął i potrząsnął głową. Ekran nie znikł jednak sprzed jego oczu, nie był to więc chyba sen. Spróbował więc dalej, na przyziemnym gruncie.

TAD: Ta rozmowa nie ma chyba większego sensu SZTIF: Dlaczego? TAD: Niczego się nie dowiedziałem. Na nic nie odpowiadasz. SZTIF: Co chcesz wiedzieć? TAD: Konkretnie dlaczego wysyłałeś mnie po Krakowie

Tad zapatrzył się w jarzące się spokojnie litery czekając na odpowiedź. Długo nie nadchodziła. Dopiero po minucie ukazał się dalszy ciąg tekstu.

SZTIF: Żałujesz tych wizyt? TAD: Nie SZTIF: Więc to nie wystarczy za powód? TAD: Dlaczego dostawałem wiadomość w najodpowiedniejszym momencie? SZTIF: Zapytaj raczej dlaczego ty czytałeś je w odpowiednim momencie. Umieszczałem wiadomość o wydarzeniach gdy się miały zdarzyć. Ta dokładność wyszła od ciebie. Może chciałeś podświadomie gdzieś iść coś nowego zobaczyć? TAD: A ostatnia wiadomość? SZTIF: Mieszkam blisko TAD: Trafiłeś idealnie SZTIF: Mieszkam blisko TAD: Obserwujesz teren przez lunetę? SZTIF: Mieszkam blisko

Tad przestał naciskać, bo jego rozmówca schował się najwyraźniej w swej skorupie.

TAD: Dlaczego chciałeś ze mną pogadać? SZTIF: To lepsze niż kartki TAD: Spotkajmy się więc SZTIF: Spotkamy się więc TAD: Kiedy i gdzie? SZTIF: Nie wiem. Ale spotkamy. SZTIF: Teraz moja ostatnia wiadomość TAD: Czekam więc SZTIF: Dojdzie do generalnej rozprawy TAD: Wiem SZTIF: Do konfrontacji dwóch systemów. To co ci przekazałem powinno ci wystarczyć TAD: O czym mówisz? SZTIF: Wybacz tajemniczość ale zorientujesz się. Czy wiesz po której stronie jesteś? Zapytaj siebie TAD: Pytałem SZTIF: Dobrze. SZTIF: Nie odpowiadaj mi SZTIF: Pamiętaj tylko o MaryJane TAD: Jak to? Skąd o tym wiesz? SZTIF: Z powieści? Z gazety? Wybierz. Umiem czytać między wierszami. Na przykład to że powieść Familok jest projekcją twoich pragnień wolności i znalezienia swojego świata. Bo ty obserwujesz innych a własnego nie masz. Po to ją masz. MaryJane. Żeby patrzeć i być wyżej. Odstaw ją. Zniż się. Może wtedy zrozumiesz innych? TAD: To jest twoja rada na przyszłość? SZTIF: Przekonanie. Rób jak uważasz. Mogę się mylić. Najważniejsze żebyś czuł że robisz dobrze. Kończę już TAD: Mam jeszcze sporo pytań SZTIF: Są nieważne. Do zobaczenia

Tad wysłał jeszcze kilka zapytań, ale pozostały one bez odpowiedzi. Spojrzał wyżej i zaklął. Status zmienił się na „Niedostępny”. Odsunął klawiaturę od siebie czując, jakby wynurzał się z głębokiego jeziora i czerpał właśnie pierwszy, ożywczy oddech, oczyszczający płuca. Wtedy zaczął myśleć racjonalnie. Ale nadal nic nie rozumiał. * * * * * * * * * * * *

W pomieszczeniu panował głęboki półmrok. Doskonale odpowiadał on upodobaniom (i charakterowi) siedzącego za starym biurkiem mężczyzny. W powietrzu wisiał kurz i zaduch. Ciemność nie zdołała do końca zasłonić brzydoty miejsca, w którym się znajdowali. Pomieszczenie przypominało trochę strych. Leżało tu mnóstwo starych sprzętów, jak meble, odbiorniki radiowe, pudła z ubraniami, tandetne ozdoby z „Desy”. Wszystko to leżało jedne nad drugim, zajmując pół pokoju. Drugie pół zajmowało jednie chwiejne biurko z płyty oraz dwa stare fotele. W oknach wisiały ciężkie kotary. Strudzik zajmował jeden z foteli, obojętnie przyglądając się wydmuchiwanym przez siebie kłębom dymu. Siedzący za biurkiem facet wertował jakieś leżące przed nim papiery. Chwilę potem zaznaczył coś na nich pisakiem i oddał cały plik trzeciemu, który jak tylko je dostał ulotnił się bezszelestnie. Strudzika zafascynował wolno rozchodzący się w powietrzu kłąb dymu. Wydmuchnął go ponownie, patrzył jak oba kłęby wzajemnie się przenikają. W końcu znikły gdzieś przy brudnej powale. Stare krzesło zaskrzypiało, gdy mężczyzna rozparł się na nim, jak człowiek po bardzo ciężkim dniu. - Kolejna doba kończy się – powiedział. – Właśnie przydzieliłem chłopakom miejsca, w których mają prowadzić ewentualną obronę. Co ty na to? - Dziewka mnie rzuciła. Strudzik bardziej poczuł niż zobaczył spojrzenie swojego rozmówcy. - Kochałeś ją? - Tak. Mężczyzna kichnął, wzbijając z biurka chmurę kurzu. - A dlaczego od ciebie odeszła? - Nie dyć wiem – stwierdził obojętnie. – Pisała mnie, jakowo się zmieniłem. - Wszyscy się zmieniamy. - Tak... - Może to coś oznaczać... – podsunął nieśmiało mężczyzna. - Cosz takiego? - Że nigdy cię nie kochała. - Owszem, kochała. To pewnik. - Gdyby tak było, nie zostawiła by cię. - Powiedziała mi jaśnie, że Strudzio ten starszy, którego poznawsza w barze miłowała, wzgardziłby niemożebnie tym aktualnym. - Nie przejmuj się tym. Świat leży u naszych stóp. - Fiduk, człecze. Mego świata takowo tam nie znajdziesz. Toż mnie martwi. Budujemy noweszy świat, lepsiejszy pono, ale toć czemu niszczyć mamy starowy? - Myślisz rozumem, niestety, a trzeba sercem. A z serca trzeba wykorzenić stare…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%