Przyjaźń · 11 min czytania
Marzenia nie do spełnienia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdzieś w zwykłym mieście podobnym do tych wszystkich, które nas otaczają, żyła pewna dziewczyna, taka zwyczajna i niczym się nie wyróżniająca. Świat wokół niej był szary i przeciętny. Nigdy nie potrafiła się cieszyć z tego co dał jej los, ciągle miała za mało. Uważała, że aby jej życie nabrało sensu, powinna opuścić rodzinny dom i szukać szczęścia w dalekich krajach. W tym przypadku było to trudne, ponieważ miała zaledwie szesnaście lat. Nie poddała się i już w następne wakacje od pojawienia się pomysłu, uciekła z domu, nikogo o tym nie informując. Przez trzy dni błądziła po okolicznych miejscowościach, szukając schronienia i noclegu. Musiała radzić sobie sama, spała w lesie lub starej opuszczonej szopie. Miała wrażenie, że to jakiś koszmarny sen. Chciała nawet wrócić do domu, ale honor jej na to nie pozwalał. Dotarła nad rzekę wypływającą z niewysokich gór, tam dopadła ją straszliwa burza. Lęk o własne życie sparaliżował ją do tego stopnia, że przestała racjonalnie myśleć. Schowała się tylko w krzaki i czekała, zupełnie nie wiedząc na co. Nagle usłyszała szmer, co było dziwne w związku z szalejącą wokół burzą. W tym momencie ktoś złapał ją za ramię, nie wytrzymała, zemdlała. Obudziła się dopiero następnego popołudnia. - Gdzie ja jestem? Co to za miejsce? – wypytywała na głos. - Spokojnie, nic ci nie grozi, jesteś w bezpiecznym miejscu. – odezwał się spokojny, ale stanowczy męski głos. Chwilę potem przed drzwiami pojawiła się postać. Był to wysoki, przystojny brunet, o błękitnych oczach. Na dziewczynę patrzył z politowaniem i zastanowieniem. - Kim pan jest? A ja? Skąd ja się tu wzięłam? – zapytała dużo spokojniej. - Ja jestem panem tego miejsca. Wczoraj w nocy była straszna burza, zobaczyłem cię nad rzeką, chciałem zabrać cię ze sobą do domu, żebyś nie przemokła, ale ty się tak przestraszyłaś, że zemdlałaś i uderzyłaś głową w kamień. – opowiadał ze śmiechem w oczach. - Cóż… Dziękuję za pomoc, ale chyba już muszę iść. Do widzenia. - Dokąd to? Nie jesteś na tyle silna, żeby wstać. Masz wstrząśnienie mózgu. Musisz tu zostać przez co najmniej tydzień. A skoro mam się tobą opiekować, to może chociaż się dowiem, jak masz na imię? - Mną się nie trzeba opiekować, jakoś sobie poradzę, a skoro o to chodzi, to nazywam się Sara Donner. - Miło mi poznać. Ja nazywam się Eryk Liber i jestem właścicielem tego pensjonatu i pobliskiego szpitala onkologicznego. A teraz idź spać, musisz wypocząć. Tym razem nie pytała już o nic, poszła spać, bo była okropnie zmęczona. Dwa dni później mogła już wstać z łóżka, ale nadal we znaki dawało jej się osłabienie. Jej „wybawca” zaprosił ją na dół, aby razem z nim zjadła kolację. - Więc, może wreszcie mi powiesz, jak się znalazłaś w tych stronach? – zapytał Eryk. - To skomplikowane. Czułam potrzebę odmiany, ale sama nie wiem na czym miałaby ona polegać. – odpowiedziała Sara. - Czyli wyruszyłaś przed siebie, w poszukiwaniu szczęścia, zgadłem? - Tak, chyba tak. – z pełnym zastanowienia tonem odpowiedziała Sara. - Nie jesteś na to za młoda? Ile ty w ogóle masz lat? - Nie sądzę… Szesnaście. Czy to coś zmienia? - Nie, po prostu dziwię się, dlaczego nie jesteś w domu i nie odbierasz solidnego wykształcenia i szansy na lepszą przyszłość. - Ględzi pan jak moi rodzice, a raczej nie wydaję mi się, żeby był pan w choć trochę zbliżonym do nich wieku. Po prostu nie umiałam tam żyć, czułam, że ten szary i monotonny świat nie jest dla mnie. - Parę lat temu myślałem podobnie i nie wyszło mi to na dobre. Dobrze nie rozmawiajmy już o tym. – urwał temat Eryk. W ciszy dokończyli kolację. Sara wróciła do swojego pokoju, ale tej nocy nie mogła spać. Przypomniała sobie pierwszą rozmowę z Erykiem, gdy ten powiedział, że jest właścicielem pensjonatu i szpitala onkologicznego. Za wszelką cenę postanowiła się w jakiś sposób dostać do tego szpitala, sądziła, że tam znajdzie odpowiedzieć na pytanie „Co dalej?”. Kolejnego dnia rozmawiała z panem Liberem i powiedziała, że w ramach podziękowań, chciałaby jakoś pomóc w tym właśnie szpitalu. Z początku Eryk bardzo się wahał, ale ostatecznie zdecydował, że każda para rąk jest tam przydatna. Sara miała zająć się podbudowywaniem podopiecznych na tle psychicznym. Jej pierwszą „pacjentką” była kilkuletnia dziewczynka, chorująca na raka płuc. Nie miała nikogo, jako kilkumiesięczne dziecko trafiła do domu dziecka. Nastolatka nie mogła pojąć, dlaczego los aż tak doświadcza małe i bezbronne istoty, jakimi są dzieci. Ze wszystkich sił chciała pomóc tej dziewczynce, ale nie zdążyła. Emmy została przeniesiona do innego szpitala, lecz Sara cały czas starała się utrzymywać z nią kontakt. Pewnego wieczoru przyszła do gabinetu Eryka, aby porozmawiać z nim o kilku sprawach. - Nie przeszkadzam? – zapytała wchodząc. - Nie, nie. Tak sobie tutaj przeglądam papiery z samotności. – roześmiał się Eryk. - Czujesz się samotny? – zapytała ze zdziwieniem. - Wiesz… W szpitalu może nie, ale wieczorem, gdy siedzę tu sam… Żałuję wtedy kilku życiowych decyzji i wszystkiego, co zrobiłem nie tak. Przez swój egoizm zostałem sam, zupełnie sam. - Jaki egoizm? Człowiek, który poświęcił całe życie dla innych, nie może być egoistą. - A nie pomyślałaś, że to wszystko jest formą odkupienia win? - Nawet mi to przez głowę nie przeszło… - To może i lepiej. Ale nie przyszłaś tu słuchać o mojej samotności. O co chodzi?…