Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 44 min czytania

Marzyciele

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dawno, dawno temu, za górami i lasami, w zapadłym zakątku Ziem Środkowych żyły sobie dwie rozumne istoty, o których chcemy wam w tej chwili opowiedzieć. Istoty te, to orzeł oraz krasnolud, obaj z gatunków jak najbardziej zwyczajnych. Ani jeden, ani drugi nie posiadał nadprzyrodzonych zdolności ani nie był zaginionym następcą tronu utopijnego królestwa, również bogowie nie przypisali im przeznaczenia mającego zmienić losy świata. Nic po prostu nie dawało im predyspozycji do bycia bohaterami niniejszego opowiadania. Traktuje ono o najzwyklejszym pod słońcem orle i najnormalniejszym krasnoludzie. Obaj mieszkali w pobliżu gór, które okoliczne elfy nazywały Górami Szarymi zapewne dlatego, że nigdy nie działo się w nich nic interesującego. Orzeł mieszkał wysoko, ponad powierzchnią jednostajnego morza chmur, wśród najwyższych szczytów, gdzie on i jego nieliczni współplemieńcy wili sobie gniazda. Krasnolud - nisko, przy samej ziemi, gdzie u podnóża gór jego plemię pobudowało sobie górnicze osady. Orzeł zwał się przypuszczalnie Krith,a krasnoluda wołali, dajmy na to, Rungo. Orzeł, tak jak i inne ptaki z jego plemienia, całymi dniami i nocami latał nad swoją krainą i ponad sąsiednimi krainami, i dalej jeszcze - ambicją tych starych i mądrych ptaków było bowiem zwiedzić cały świat i poznać wszystko. Szybował w pełnym słońcu i pędził przez rozgwieżdżone ciemności, ścigał z wichrem, mijał najwyższe góry, błękitne morza, miasta, pałace i wszelkie cuda tego świata, aby po skończonej wędrówce zebrać się jak zawsze z innymi orłami na najwyższym szczycie i zdać relację z tego, co zobaczył. Krasnolud, jak każdy mieszkaniec jego osady, każdy kolejny dzień spędzał na harówce w kopalni lub lesie, czy to drążąc węgiel lub rudę żelaza, czy rąbiąc drzewo lub zbierając pożywienie. Po każdej ukończonej wędrówce orły rozprawiały o tym, co zobaczyły i prowadziły szalenie mądre dyskusje na temat świata i wszystkich jego aspektów oraz życia wszelkich rozumnych (lub nie) istot na dole. Dyskutowały o tym, co zobaczyły, oraz czego dowiedziały się od uczonych sów i kruków, które w tajemnych bibliotekach studiowały wszystkie księgi świata. Wspominały dawne dzieje, porównując je ze współczesnością, dyskutowały nad historią i budową świata oraz różnorodnymi sensami jego egzystencji, porównywały swe obserwacje i rozpatrywały wnioski, dla odpoczynku zaś opowiadały prastare baśnie lub wymyślały nowe - opowieści nieporównywalnej urody. Krasnoludy po każdym dniu pracy wchłaniały szybko swoje miski strawy i kładły się spać; a na końcu każdego tygodnia każdy szanujący się krasnal ruszał do jednej z karczm, by wyszumieć się przy muzyce, poobłapiać śliczne krasnoludzkie dziewczęta i wypić tyle piwa i miodu,by starczyło na cały tydzień. A cóż dopiero, gdy w czasie świąt lub po udanych zbiorach urządzano huczne potańcówki! Hej, bawił się tam siarczyście krasnoludzki ludek, i nasz Rungo razem z nim. Orzeł i krasnal wiedli, jak widać, totalnie różne tryby życia, ale jedno mieli ze sobą wspólnego. Obaj byli marzycielami. Życie przynosiło im, owszem, nieco radości, ale nie czuli pełni zadowolenia. Po pewnym czasie zaczęło ich nudzić i straszliwie jęło im czegoś brakować. Znudzony był Rungo harówką w kopalni - nie, żeby był leniem - i odpoczynkiem przy piwie i dziewkach, takim samym co dnia i identycznym rok w rok, latami powtarzającymi się w zamkniętym kole; i znużony był Krith bezustannym przemierzaniem podniebnych przestrzeni i dyskursami wysokich lotów. Tęsknił straszliwie do tego, co obserwował tam w dole - do małych, nic nie znaczących, ale szczęśliwych istot ze swoimi codziennymi smutkami i radościami; pragnął razem z nimi pracować, śmiać i bawić się, zamiast ciągłego obserwowania z wyżyn i bezczelnej, zdawało mu się, dyskusji nad nimi. Zabawy, śmiech i towarzystwo były obce żyjącym ascetycznie orłom, i cisza zalegała ich zimne, wietrzne włości. Z kolei Runga przestały cieszyć zwykłe przyjemności i wiele godzin spędzał siedząc na skale, na zboczu ponad swoją wioską, u stóp lasu porastającego górę - tęsknie wpatrzony w niebo. Wiele by dał, by móc wzbić się na skrzydłach ponad codzienne kłopoty I z jakąż tęsknotą patrzył jeden na drugiego,gdy niekiedy mijali się bez słów - bo i który krasnolud krzyknie tak, aby być zrozumianym o pięćdziesiąt metrów wyżej. Któregoś dnia Krith, ptak nieśmiały z natury, zdobył się w końcu na odwagę - a może tylko złapał go kurcz w skrzydle - i zniżył nagle lot,by wylądować nieopodal krasnoluda siedzącego sobie na kamieniu. Traf chciał, że był to właśnie nasz po trzykroć nieszczęśliwy Rungo. - Hej, dziwny krasnoludzie - zagadnął - Czy wolno mi spytać, dlaczego siedzisz tu i gapisz się w niebo bez sensu, podczas gdy we wsi na dole gra muzyka? To schyłek lata, zbliża się jesienne Ekwinokcjum i wszędzie wre zabawa, a ty tu sam, jak ten głupek. - Ja-dziwny? - odezwał się krasnal, gdy minął mu pierwszy szok - To raczej ty, dumny orle, zachowujesz się dziwacznie zaczynając rozmowę z tak marnym stworzeniem jak ja. - Żartujesz sobie ze mnie? Tak czy owak, to wyjątkowo dziwne z twojej strony siedzieć tu i tracić czas w samotności, gdy tymczasem, jak doskonale widać i słychać z góry, w wiosce grają już i tańczą. Wiatr niesie zapach pieczonej wołowiny i grzanego wina... - orzeł wydawał się mlasnąć z tęsknotą, gdyż jak na orła przystało przez całe życie żywił się jedynie mięsem surowym i to nie zawsze najlepszej jakości, co przez kilkadziesiąt lat zdążyło mu się znudzić. - Znudziły mi się wino i wołowe - odparł Rungo krasnolud - Pitraszą je na to święto odkąd pamiętam, zawsze w taki sam sposób. Bokiem mi to już wychodzi. - Czy to ważne? Nie każę ci jeść, po prostu dobrze się zabaw, poszalej, zatańcz ostrego tańca-łamańca z jakąś przepiękną dziewczyną. - To wychodzi mi bokiem jeszcze bardziej ! - poskarżył się krasnolud - Ta mała Madzia, którą miałem w zeszłym miesiącu,była skrzywiona i bez czterech zębów. Paskudztwo. To życie nie wystarczy mi do szczęścia,jest takie jakieś...banalne ! Chciałbym tak jak ty wzbić się w górę,poszybować gdzieś w chmury... przeżyć coś niesamowitego... Orzeł patrzył nań jak zaczarowany, i to nie dlatego, że wizja korpulentnego krasnala fruwającego w chmurach wydawała mu się czymś nienormalnym. Widywał już przecież w locie całe stada olbrzymich błękitnych słoniorysów z Alghabu, gdy popołudniowy zefir wyganiał je z kwiecistych kryjówek. - Na Sraneesha,żarty stroisz sobie ze mnie,i to dość głupawe ! - zaskrzeczał wreszcie - Dużo latam po świecie i wiele już widziałem,ale jeszcze nigdy takiego krasnoluda.Nie podoba ci się codzienne życie? Czy wiesz,co tracisz? - Wiem doskonale,i to od dobrych trzydziestu lat. To życie jest podłe, nudne i męczące. Oddałbym beczkę przedniego miodu i dwa tuczne prosiaki,o które zabijają się nasi chłopcy w corocznym turnieju na pałki - oddałbym wszystko bez wahania, gdybym mógł choć na chwilę być takim ptakiem jak ty.Rozwinąć skrzydła i wzbić się ponad to wszystko. - A ja - rzekł ze wzburzeniem orzeł - dałbym wszystko,by choć na chwilę przestać nim być. Przez chwilę obaj milczeli,być może dlatego,że krasnolud nie mógł po prostu pojąć słów orła; jak się jednak okazało, obydwu zaświtał im w głowach pewien pomysł. - Poważnie mówisz? - spytał po chwili Rungo. - Jestem śmiertelnie poważny,to ty nie wiesz,co mówisz. - Wiem, wiem i mam pomysł... - krasnal podrapał się w głowę i spojrzał za siebie - Mówią, że gdzieś w tym lesie ma swoją samotnię pewien czarodziej... - Zgadza się. Stary Amfibus, bardzo uczony człowiek. Słyszałem o nim wiele razy. - Patrząc z góry na pewno znasz drogę,więc gdybyśmy tak teraz... - Na pewno myślisz o tym samym co ja? - Bez dwóch zdań. Nie było istotnie powodu dłużej dyskutować; Krith usiadł na ramieniu Runga i raz w ten sposób,to znów latając ponad lasem i wskazując drogę, ruszył wraz z nim do ukrytej w głębi lasu siedziby czarodzieja Amfibusa.

* * *

Czarodziej zaśmiał się, gdy przedstawili mu swój pomysł, śmiał się tak, że aż zakrztusił się fajkowym dymem. - Chcecie zamienić się miejscami? - zapytał - Czy jesteście tego absolutnie pewni? - Pewnie, że tak.Chyba nie ma pan żadnych obiekcji? - spytał ostrożnie krasnolud. - A może nie potrafi pan tego zrobić? - zaskrzeczał orzeł, którego bliskość spełnienia marzenia uczyniła bezczelnym. - Nic podobnego, piękny ptaku. Za mojego długiego życia spełniałem już najdziwniejsze zachcianki. Chciałbym tylko, abyście się nad tym dobrze zastanowili. Czar zwany Przeniesieniem Dusz to nie sztuczka z wyciąganiem królika z kapelusza, jest poza tym niemożliwy do odwrócenia. - Po co komu odwracanie? Nie zmienię swojej decyzji - oświadczył Krith. - Ani ja ! Taka okazja mogła im się już bowiem nie trafić. Wzmiankowany czar, o czym wiedział Krith, mógł zadziałać poprawnie tylko wtedy, gdy oba doświadczalne obiekty wspomagały zaklęcie swoją dobrą wolą, to jest, gdy oba tego chciały. Przenoszenie dusz wbrew ich woli mogło nieodwracalnie uszkodzić same dusze albo nawet ciała, i generalnie doprowadzić do wielkiego bagna. Takie były ograniczenia Białej Magii. - I jesteście pewni,że poradzicie sobie w nowych wcieleniach? - Tak ! Szybciej już ! - denerwował się orzeł. Czarodziej nie wyglądał na przekonanego, ale poszedł do swej pracowni i po chwili wrócił z opasłą, starą księgą, woreczkiem i kredą. Narysował na podłodze zwykłą linię, na której obu końcach ustawił krasnala i orła. Dobył z woreczka i posypał im głowy świetlistym proszkiem pachnącym jak zjełczały ser kozi, kazał się skoncentrować, po czym cicho odczytał z księgi kilka mrocznych formułek. - Zamknijcie teraz oczy ! - polecił i zamachał różdżką. Krith i Rungo poczuli jakieś dziwne mrowienie biegnące od stóp po sam czubek głowy,potem jasna błyskawica przeskoczyła przez jedno mgnienie pomiędzy ich głowami, a kiedy znów popatrzyli na siebie - nie mogli przez chwilę wyjść ze zdziwienia. Oto krasnal ujrzał,że ma lśniące pióra,dziób i skrzydła, a orzeł (który zresztą w swej arogancji oczu nie zamknął i czuł się teraz zupełnie otumaniony) znalazł siebie w przysadzistej, niskiej postaci krasnoluda. Krith był Rungiem, Rungo był Krithem. Nie w głowie było im nawet dziękować; wyszeptali tylko jakieś zdawkowe wyrazy wdzięczności i czym prędzej opuścili samotnię - Krith biegnąc na własnych nogach,o czym marzył od tak dawna, Rungo uderzając skrzydłami, czego po latach marzeń nie potrzebował się nawet uczyć. - Uważajcie na siebie ! - krzyknął za nimi Amfibus. Ale ich nie było już widać; nie pożegnawszy się nawet między sobą, zniknęli - jeden w chmurach, drugi zbiegając na dół do wioski. - Powodzenia, mały - szepnął Krith odprowadzając wzrokiem swe niedawne ciało, unoszące duszę Runga, a po jakimś czasie witał się już z nowymi, krasnoludzkimi kamratami. Pradawny czar działał tak zmyślnie, że Krith razem z ciałem dziedziczył wspomnienia i wiedzę Runga zapisane w jego mózgu, dlatego nie musiał niczego się uczyć, aby przejąć jego miejsce w społeczności. Rozmawiał z każdym krasnoludem tak, jakby znali się od lat; bez problemów rozpoznał swego,to jest Runga, najlepszego przyjaciela Baina, oraz jego kuzynów Raina i Slaina przygrywających nieopodal na fletach tańczącemu tłumowi. Podobnie, oczywiście, Rungo w ciele orła przejął całe jego doświadczenie i erudycję. Ktoś mógłby powiedzieć, że krasnal wyszedł na tym interesie dużo lepiej; Krith jednakże dawno już porzucił taki punkt widzenia. Dosiadł się teraz ochoczo do nowej kompaniji i wdał się z nimi w rozmowę o tegorocznych zbiorach i wykopkach, tak, jakby od urodzenia niczym innym się nie zajmował. - Dużo żelaza wyfedrowaliśmy w tym roku, co? - zagadywał Bain - Pamiętam, jak któregoś dnia wyniosłem sam z dziewięć funtów ! - Prawda - przytakiwał Krith, wypychając usta potężnymi kęsami wołowiny i zalewając piwem. O, jak wspaniałe, soczyste było mięso, jakże smakowało prawdziwym życiem ! - Pijesz dziś za dwóch, to mi się podoba ! Bogowie wiedzieli,po co urządzali święta. Przynajmniej dziś możemy się napić, zamiast harować w kopalni. - A ja, prawdę mówiąc, nie miałbym nic przeciw harowaniu - wyznał Krith, gdyż duże ilości nigdy wcześniej nie próbowanego trunku wywołały w nim ochotę do zwierzeń. Jeszcze trochę i zacząłby rozpowiadać, czym był pół godziny temu, wówczas zaś po niedługim czasie skończyłby na dnie przepaści, do której z rozkazu rady starszych wrzucano szaleńców i opętanych przez złe duchy. - Co ty bredzisz? Zawsze byłeś dziwny, a teraz znowu głupiejesz w odwrotną stronę - złorzeczył przyjaciel. Po chwili cała dyskusja utonęła jednak w piwie, a parę godzin później Krith zmęczony piciem i tańcem zasypiał w chacie Runga, na jego posłaniu ze skór, po raz pierwszy od wielu lat - szczęśliwy.

* * *

Krith wstawał do pracy z bólem głowy, ale i podnieceniem. Wreszcie, po tylu latach oczekiwań, miał zakosztować prawdziwej odmiany w życiu. Trzeba zaznaczyć, że znając mnóstwo czarodziei na całym świecie, mógł zdecydować się na ten krok już dawno temu - nawet nie znajdując chętnego do wymiany duszy, po prostu kazać zamienić się w jakieś stworzenie. Nigdy jednak nie mógł się zdecydować, wiedząc o słabych stronach życia każdego z nich... a poza tym, nigdy jego desperacja nie osiągnęła takiego poziomu. Teraz skorzystał z okazji bez przemyślania tego kroku, i nie żałował tego. Takiej spontaniczności właśnie mu brakowało i do takiego życia właśnie tęsknił. Był pewien, że spokój i spełnienie odnajdzie w normalnym, codziennym życiu; w tradycyjnych wartościach, przyjaźni i uczciwej pracy. Na dzień dobry, sztygar obrzucił go wyzwiskami, o istnieniu których światły orzeł nie miał dotąd pojęcia, za zapicie przed robotą. Lądując na schodach prowadzących w dół kopalni po solidnym kopie, doświadczył nieznanych dotąd uczuć związanych z rozbiciem nosa i dojmującym bólem w zadku. Śmiech kompanów na krótką chwilkę przypomniał mu pogardliwe spojrzenia innych orłów, gdy w czasie lotu zagapił się na jakiś piękny szczegół ziemi. Mimo tych drobnych niedogodności, Krith zadziwiająco szybko przystosował się do nowego życia i pędził je z radością, dzielnie znosząc nowe dla niego trudy. Krasnoludzkie ciało było na szczęście mocarne i wytrzymałe, futrzane ubiory chroniły je przed zimnem lepiej niż pióra, no i dużo lepiej się odżywiało - nawet, jeśli nie było codzień pieczystego, a umilające życie trunki tylko na końcu tygodnia. Krith pracował, oddychał pełną piersią i rozkoszował się bólem mięśni i niedocenianymi dotąd chwilami odpoczynku; czuł się bliższy natury, niż kiedykolwiek jako orzeł, oraz sprawny i rozwinięty fizycznie, jak nigdy dotąd. O życiu duchowym także nie zapominał: co kilka tygodni uczęszczał wraz z innymi krasnoludami do jednej z dwóch świątyń, gdzie plemiona krasnoludzkie czciły boga niebios, Frigila, i podziemi - Carhamma. Składali im ofiary i prosili : jednego o dobre zbiory, drugiego - o pomyślność górników. Krith bił pokłony i śpiewał hymny wraz z innymi, ani przez chwilę nie myśląc o tym, że bogowie ci są równie prawdziwi, jak wszyscy inni wyznawani przez plemiona widziane przez niego na całym świecie. Żył teraz „po bożemu” razem z innymi. Był częścią społeczności i był szczęśliwy. Najważniejsza chyba z nieznanych mu dotąd stron egzystencji umiliła mu, ale i skomplikowała życie, kiedy to zaczął spotykać się z krasnoludzkimi dziewczętami. Wedle zwyczaju, każdy z krasnali musiał po okresie młodzieńczych figli znaleźć sobie wybrankę, i po ślubie przed świętym obliczem Frigila dzielić z nią resztę życia wedle wszelkich zasad moralności, której surowo strzegli kapłani. Krith zasmakował w młodzieńczych figlach i cieszył się też na te małżeńskie - nie mógł jednak zdecydować się na żadną z kandydatek. Ruda Beth była na przykład niesłychanie seksowna jak na krasnoludkę, ale bardziej od niego wolała srogiego mocarza Harphena, z którym nie czuł na siłach się mierzyć; z kolei mała Umpana przepadała za nim, lecz brakowało jej dwóch przednich zębów na górze i trzech na dole - stwarzało to wprawdzie pewne interesujące możliwości, ale kapłani karali takie pomysły rozpalonym żelazem. Pulchna Yeann wydawała się najsympatyczniejsza i najczęściej z nią przebywał, ale jej rodzice przychylniejszym okiem patrzyli na zezowatego Cioltana, który był dziedzicem trzech morg ziemi i tuzina świń wraz z korytkiem. Doprawdy, życie seksualne czy jak kto woli - osobiste, jakie było udziałem szczęśliwych istot na dole, okazywało się dużo bardziej skomplikowane niż to, co Krith dotąd obserwował z góry. Cierpiał więc uczuciowe katusze, nawet pomimo tego, że wogóle nie porównywał zgrzebnej urody krasnoludek do widywanych na całym świecie elfek, nimf, syren, driad i srebrnowłosych rusałek. O tych, jak na razie, zupełnie zapomniał.

* * *

Dni mijały, płynęła jesień... Krith nie miał chwili wytchnienia. Kiedy nie pracował w kopalni, udawał się do innych zajęć w pobliskich wsiach - początkowo z ciekawości, później z przymusu, gdyż sklepikarze i karczmarze zdzierali coraz straszliwiej w miarę zbliżania się zimy. W osadzie hutników pocił się przy piecach i dusił dymem, pomagając kowalom prawie ogłuchł i iskry osmaliły mu gębę. Wcale nie narzekał, czuł się tylko jakiś... zmęczony. Pracował ze wszystkich sił, jadł za dwóch, nawet bez apetytu, i twardo sypiał. W irytujących momentach, kiedy nie mógł usnąć, nachodziły go wspomnienia dawnego życia i myśli o nim. Przypomniał sobie, że nadeszła już pora, kiedy słoniorysy z Alghabu zmieniają upierzenie przed zimą i cała kraina jest pięknie przyprószona różowymi i błękitnymi piórkami; chętnie poleciałby też, jak co roku, obejrzeć jesienne wiry nad jeziorami ognia w górach Kha’seebuth, lub festiwale elfów w puszczy Bambrevalle, czy chociażby pofruwać między pękającymi fajerwerkami nad doliną Urthred, kiedy jej mieszkańcy świętowali dobre zbiory. Chętnie, do diabła, zobaczyłby cokolwiek innego niż kilka biednych wsi u podnóża cuchnącej góry. Nie byłby jednak w stanie tego zrobić nawet, gdyby nadal miał skrzydła zamiast tak upragnionych mocnych, krasnoludzkich nóg. Rudy, surówki i węgiel nie dawały mu ani chwili wolnego czasu, a bez nich nie byłoby co jeść. Tego właśnie musiał się teraz trzymać, i precz z głupimi myślami ! Uczciwa praca i tradycyjne wartości. W ostatnie tygodnie jesieni, aż do przesilenia zimowego nie wolno było świętować. Kapłani utrzymywali, że bóg nieba Frigil żąda w zimie spokoju, a hałasy tak go denerwują, że wysyła wtedy swoich synów - wiatry, aby siali spustoszenie, zaś ich żony płaczą lodowymi łzami w takich ilościach, że na nieposłusznych spadają chmury gradowe. Kilku młodszych krasnoludów - gorącokrwistych chwatów, nie usłuchało ich i mimo chłodnej pory urządziło tańce-pijańce. Wszystkich zakuto w dyby i pozostawiono tak na mrozie trzy dni, a włosy i brody zgolono im na znak wielkiej hańby. Krith chciał zaprotestować wobec tych faktów. Do krasnoludzkiej religii na ogół się nie mieszał, ale o wszystkim, co dotyczyło chmur i nieba był przecież doskonale poinformowany i mógł wyjaśnić wieśniakom, że grad i wichury biorą się z całkiem czego innego. Wiedział jednak, że za sprzeciwienie się kapłanom czeka go conajmniej dwadzieścia kijów. Tuż przed spadnięciem śniegów, do wsi zjechała ostatnia karawana kupiecka. Oprócz narzędzi, utensyliów i żarcia na zimę kupcy mieli też różne osobliwości - fatałaszki, świecidełka, mazidła i pachnidła, rzekomo magiczne talizmany oraz księgi. Krith śmiał się z tego, ale kilka ksiąg go zainteresowało. Naturalnie - jak pamiętał z poprzedniego życia, wszystko już chyba wymyślono i w książkach nie znajdzie się już nic nowego, ale przecież miło czasem przeczytać jakieś ciekawe głupstewko nawet, jeśli nic nowego się zeń nie dowiesz. Przerzucał więc manuskrypty i oglądał niby-magiczne artykuły, jednak wszystkie krasnoludy zaczęły dziwnie na niego patrzeć. Kapłani też patrzyli na to wszystko niezbyt przychylnym okiem, do czasu, aż kupcy zaczęli ganiać dziewki i robić ogólny harmider. Wtedy rada starszych wspólnie z kapłanami przepędziła kupców na cztery wiatry, a potem skonfiskowała magiczne artykuły krasnalom, którzy je kupili. Zamiast zwrotu pieniędzy otrzymali baty. I stało się tak, że Krith krasnolud, po raz pierwszy od niepamiętnych już czasów, w środku najlepszej zabawy na nocnej uczcie z okazji zimowego przesilenia, wśród prosiąt z rożna, grzańca z ziołami i pieczonych jabłek - cichutko, ledwo zauważalnie - westchnął. Z żalu za księgami i pozostałymi rzeczami, których nie zdążył obejrzeć. Za znienawidzonymi księgami. Z chęcią wróciłby do nich choć na chwileczkę, dla odmiany, zamiast kolejnego dnia pracy, kubka wina i tańców. Tylko dla odmiany... Mroźny dreszcz przeszedł go, gdy uświadomił sobie, co czuje. Gdy zrozumiał, że wraca po niego i wyciąga swe zatrute pazury upiór władający zimnymi przestrzeniami w obłokach, z których uciekł tu, pomiędzy przyjazny, wesoło hulający i hołdujący tradycji ludek. Najkoszmarniejsze uczucie pod słońcem. Nuda. Wracała po niego, wynurzając się spomiędzy radosnych śpiewów i hołubców, wina, gier i ciepłych łóżek, i wszelkich innych rozrywek krasnoludzkiej społeczności, które Krith zdążył poznać. Aż za dobrze poznać.

* * *

Ostatnią z rozrywek brodatego ludku były, jak w każdej osadzie wszelkich rozumnych istot widzianych przez Kritha, publiczne egzekucje. Co kilkanaście dni, w którejś z podgórskich wsi widowisko to gromadziło tłumy ciekawskich wokół szafotu, na którym kolejny grzesznik miał cierpieć wedle odczytanego przez okręgowego szeryfa wyroku. Nieobyczajni oraz drobni złodzieje byli tylko obijani; za ciężkie kradzieże groziło już obrzucanie kamieniami przez wszystkich, którzy byli poszkodowani lub zwyczajnie mieli trochę czasu i dobrych chęci. Zabójców wieszano lub włóczono końmi, a najbardziej zatwardziałych łotrów czekały publiczne tortury zakończone miłosiernym rozbiciem czerepu maczugą - ten spektakl był najrzadszy i dlatego najbardziej atrakcyjny. Krith też uczestniczył w publicznym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Marzyciele — czytnik · opowiadania