Romans · 1 godz. 45 min czytania
Maskarada
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
"Poszłam w masce zwinięta w pelerynę ciemną z oczami zwężonymi w migocące sierpy szczęście mnie nie poznało i tańczyło ze mną nie wiedząc, że to jestem ja, której nie cierpi i los też mnie nie poznał i pomyślał sobie czemu nie mam dogodzić tej obcej osobie?"
M. Pawlikowska-Jasnorzewska
Jak ja nie cierpię poniedziałkowych poranków. Zresztą, chyba nie tylko ja. Swoją drogą, ciekawe kto wpadł na tak głupkowaty pomysł, żeby wymyślić poniedziałek. Nie mógłby być od razu wtorek? Według mnie „wtorek” zdecydowanie lepiej brzmi... W takie poniedziałkowe poranki wszystko doprowadza mnie do szału. Zwłaszcza budzik. Zawsze o 6.00, w przypływie nieograniczonej frustracji, mam ochotę rzucać nim o ścianę. Dziw, że do tej pory jest jeszcze cały. Nie żebym miała coś przeciwko niemu. Właściwie jest nawet ładny. Troszkę wiekowy, ale i tak działa perfekcyjnie. Kupiłam go okazjonalnie, świętując swoje urodziny (wszyscy inni, dziwnym trafem, wpadli w zbiorową amnezję) na pchlim targu, od pewnego pijaczka, za równowartość popularnego ówcześnie mózgotrzepa. Jak widać, oboje z tej transakcji wyszliśmy zadowoleni. Dzisiaj też budzik złośliwie zaczął jazgotać. Jak widać life is brutal, a człowiek pracujący ma zawsze przekichane. Wiem przesadzam, jak nic wychodzi ze mnie ten wielki śpioch... A tu gdzie tam, przynajmniej na razie nici z wysypiania. Jak to mówią: do pracy rodacy!
Moja praca Jak na razie nie mam powodów do narzekania. Właściwie to miałam farta, że w ogóle ją znalazłam, w okresie wszechogarniającej fali emigracji zarobkowej. Boże co za nazwa... ja tymczasem siedzę sobie w małym, przytulnym pensjonaciku i udaję wykwalifikowaną recepcjonistkę. „Klonowy liść” prowadzi starsze małżeństwo. Oprócz mnie na utrzymaniu mają tu jeszcze Krysię, 40-letnią rozwódkę, nałogową palaczkę (ale trzeba jej przyznać, że świetnie gotuje. Nauczyła mnie kilku niezawodnych sztuczek). Dalej jest kelner, miejscami złota rączka, Mariusz, 30-letni podrywacz ( o ile się nie mylę na razie ma dwie dziewczyny i nie wie na którą się zdecydować. Na wszelki wypadek, gdyby dowiedziały się jedna o drugiej, szuka trzeciej naiwnej). No i moja nowa zmienniczka Baśka- dziewczyna całkiem sympatyczna.
Tymczasem otwieram jedno oko. Jasno. Zamykam je błyskawicznie, po czym po chwili zastanowienia otwieram oba jednocześnie. O cholera już 6.15, a ja nadal w betach. Niech to gęś kopnie. Jak się nie pośpieszę ucieknie mi autobus. A i tak w robocie ostatnio cały czas idą mi na rękę, więc muszę być w porządku. Przynajmniej przez najbliższy tydzień, aż zacznę się urlopować. Tymczasem w radiu ktoś radośnie podśpiewywał, jak dobrze wstać skoro świt. Co za wyczucie... Ledwie przytomna. Przynajmniej dopóki nie poratowałam się kubkiem kofeiny. Machinalnie zrobiłam śniadanie i poszłam obudzić Julkę. Mała cieszyła się, że już niedługo wakacje. Wcale jej się nie dziwię też bym chciała się wysypiać, a nie zwlekać się prawie w środku nocy. Mniejsza z tym, że już dawno powinnam się do tego przyzwyczaić. Jednak ten wewnętrzny śpioch mi na to nie pozwala... W błyskawicznym tempie odprowadziłam Julkę do przedszkola, po czym w iście sprinterskim tempie biegłam za autobusem, który nagle zdematerializował się tuż przede mną. Swoją drogą to straszna złośliwość. Człowiek idzie sobie spokojnie na przystanek, później czeka i wściekając się, że ten autobus musi wiecznie się spóźniać. Ja mam to szczęście, że kiedy już jestem spóźniona to on przyjeżdża dokładnie na czas, a w skrajnych przypadkach nawet chwilę wcześniej i muszę biec za tym wielkim, czerwonym wehikułem noszącym dumną nazwę „autobusu Miejskiej Komunikacji Społecznej”. Apropo mojego środka lokomocji. Wiecznie wypchany po brzegi. Żadnych widoków na siedzenie chyba, że zdecyduję się wcisnąć na kolana tego dużego, misiowatego pana w skórze i okularach na pół głowy. Chociaż po głębszym zastanowieniu lepiej się powstrzymam. Wygląda trochę zbyt groźnie jak dla mnie. Słabowitej kobietki z dzieckiem na utrzymaniu. A może obok tej blondi w różowym sweterku. Nie chyba jednak zrezygnuje i postoje. Nie chce przypadkiem zarobić po twarzy jakimś niezidentyfikowanym pędzelkiem, którym ostro wymachuje poprawiając makijaż. Swoją drogą, że też nie ma gdzie tego robić… No dobra może i jestem uprzedzona. Ja jestem z natury bardzo spokojnym człowiekiem, ale z ręką na sercu przyznaję, że na widok tlenionej blondynki ubranej na różowo coś mi się robi. Wiem, to dyskryminacja, ale jest mi to kompletnie obojętne. I zaznaczam od razu, że wcale nie kryją się za tym jakieś traumatyczne przeżycia związane z takową osobą. Taka fobia. Inni nie lubią pająków albo myszy, ja tlenionych różowych blondynek. Dobrze chociaż, że dzisiaj Julkę odbierze Zośka. Mamy taki sprytny plan odbierania na zmianę dzieciaków. Tak na marginesie respekt dla niej i dwójki jej małych potworów. Oczywiście to zwrot, że tak powiem pieszczotliwy.
Praktyka Zośki Ma dwoje dzieci starszego Łukasza i młodszą Karolinkę. Towarzystwo w sam raz dla Julki. Użera się z nimi niemiłosiernie. Łukasz, choć ma tylko 10 lat, uwielbia płatać figle. Do historii przeszły już jego wyczyny z corocznych wypraw na łono natury. Czyli ni mniej ni więcej tylko do dziadków, na niezbyt zapadłej wsi. Tajemnicą poliszynela był fakt, że kiedyś, w przypływie ułańskiej fantazji, dorwał się do zapałek. A każdy dobrze wie, co znaczy dzieciak plus zapałki. Rzutem na taśmę dom został nienaruszony, czego nie można było powiedzieć o starej drewnianej szopie. Poszła z dymem aż miło. Zośka wyciągnęła z tego daleko idące wnioski. Teraz w domu nie ma żadnych zapałek. A młodociany piroman? No cóż, można powiedzieć, że chytry zakaz oglądania ukochanej telewizji połączony z zamknięciem do więziennego pudełka uwielbianych figurek Dartha Vadera, Hana Solo i wszelkiej maści rycerzy Jedi odniosło pozytywny skutek wychowawczy. Co do Karolinki też czasem robi się z niej niezłe ziółko. A już szczególną przyjemność sprawia jej wyczekiwanie na chwile nieuwagi ze strony rodzicielki. Wówczas to mała spryciara dobiera się do wszelkiej maści kosmetyków, po czym wyświechtana do granic możliwości otwierała szafę i dopiero zaczynała się zabawa. Po tych wszystkich harcach dziewczynka ląduje w wannie, bo nic innego nie da się z nią zrobić.
- Witam śliczną panią. Założę się, że dzisiaj myślałaś o spędzeniu ze mną nocy…- Mariusz miał chwilę przerwy i postanowił mnie odwiedzić. - Cześć przystojniaku. Wybacz ale chwilowo mam ważniejsze rzeczy na głowie niż zwracanie uwagi na twoje wdzięki. - No wiesz! Chcesz zabić moją miłość własną??? - Byłoby miło, ale mam wrażenie, że jej nic już nie jest w stanie uśmiercić. Chyba te wszystkie dziewczyny za bardzo cię rozpuściły. - E tam… Zresztą nic na to nie poradzę, że mnie kochają… - Zobaczysz kiedyś się doigrasz… A wtedy naprawdę nie chciałabym być na twoim miejscu. - No co ty. Liczę na to, że mnie obronisz. W tym momencie nasze przekomarzania przerwali nowi goście których trzeba było obsłużyć. A właściwie nowi-starzy goście, bo państwo Karasiowie odwiedzają nas co rok. Zawsze, mniej więcej, o tej samej porze. Podobno w ten sposób świętują swoją rocznicę ślubu. A choć w tym roku przypadała podobno już 25, nadal zachowują się jak napaleni smarkacze. Wiem, bo kiedyś ich nakryłam w składziku. Ciekawe jak oni tam wleźli… - Witaj, moje dziecko. Uwielbiam tu przyjeżdżać od razu czuje, że żyje… - Dzień dobry. Jak minęła podróż?- pierwsza podstawowa zasada: uśmiech na twarzy i udawanie szczerego zainteresowania samopoczuciem gości. Chociaż w tym wypadku było ono raczej prawdziwe. Akurat ta para była przez nas bardzo lubiana. - Całkiem dobrze. Chociaż mogłoby być trochę chłodniej. W tym skwarze naprawdę trudno wytrzymać w samochodzie.- No jasne, zwłaszcza jak się ma taki brzuszek jak Karaś. Nie żebym była złośliwa, ale na smukłą rybkę to on nie wygląda jak już to bardziej na wieloryba. Ja tylko stwierdzam fakty, chociaż z tym wielorybem chyba trochę przesadziłam. - E tam, nie narzekaj- machnęła ręką pani Adela- jechaliśmy tylko 2 godzinki. Zresztą nie jesteś oryginalny, wszyscy narzekają tak samo. - W końcu mamy lato stulecia.- bronił się- Gorąco jak w piekle. A za to jeszcze parę miesięcy i będzie kolejna zima stulecia. Co rok to samo…- pokręcił zniechęcony głową. - Już dobrze. A teraz przestań zanudzać Majeczkę, bo mam wrażenie wcale nie interesuje ją gadanie takiego starego piernika jak ty. - O wypraszam sobie. Mów za siebie. Ja tam wciąż jestem młody. Bo moja droga…- mrugnął do mnie porozumiewawczo. Od razu wiedziałam co powie, zawsze powtarzał to samo.- Człowiek ma tyle lat, na ile się czuje.
Do domu wracałam z dwiema siatkami pełnymi zakupów. W takich chwilach marzę o własnym samochodzie. Niestety biorąc pod uwagę stan moich finansów to nadal pozostaje jedynie w sferze marzeń. Nie ma to jak supermarket w pobliżu, dalej nie zatargałabym tych reklamówek. Co prawda trochę gorzej rzecz się ma, kiedy muszę się wdrapywać po schodach na trzecie piętro, ale właściwie już się przyzwyczaiłam. Kiedy w końcu dowlekłam się pod dom, byłam skonana i miałam dość wszystkiego. Oczywiście tylko swojemu szczęściu zawdzięczam letnią burze, która rozszalała się zanim zdążyłam dotrzeć do domu. I tak dobrze, że trafiłam. Jakoś nikt jeszcze nie wpadł na pomysł żeby zamontować w okularach wycieraczki. Na pewno ten, kto to zrobi zbije majątek. Co do mnie, to niestety bez okularów jestem ślepa jak kret. A na dodatek, jakby ktoś chciał mnie dobić, drzwi były zamknięte na głucho. Oparta o drzwi, żonglując torbami, usiłowałam zaleźć klucze. Tych jak na złość nigdzie nie było. Nie ma to jak złośliwość przedmiotów martwych. A niech to gęś kopnie. Już prawie je miałam, kiedy ktoś gwałtownie otworzył drzwi. Kiedy leciałam w dół zdążyłam tylko pomyśleć, czy czasem dzisiaj nie jest trzynasty. Co prawda miałam pewność, że to nie piątek, ale zawsze jakiś pech. Mniej więcej tuż nad betonową podłogą, na którą leciałam z prawdziwym wdziękiem, złapały mnie czyjeś ręce. Widać nie było mi przeznaczone wybić zębów. Przynajmniej tym razem. Za to moje torby posypały się wszędzie. Ogólnie rzecz biorąc byłam wściekła. Tymczasem patrzyłam w roześmiane oczy nieznanego mi chłopaka. Ładnie. Zauważyłam mimochodem. - I co zrobiłeś kretynie jeden??? Jak chodzisz? Czemu szczerzysz zęby?- wyrzucałam z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego. Najgorsze było to, że drań miał zadowoloną z siebie minę, a moje jajka ewidentnie spływały po reklamówce. A niech to szlag trafi…- Założę się, że dzisiaj trzynasty…- mamrotałam do siebie. - Hej, przepraszam. Nic ci nie jest?- Wcale nie wyglądał na skruszonego. Popatrzyłam na niego lodowato (od jakiegoś czasu doprowadzałam to spojrzenie do perfekcji przed lustrem, w nadziei, że kiedyś się przyda). Hmm chyba jednak muszę je jeszcze potrenować, bo jakoś nie widać efektów. W tempie, którego nie powstydziłby się żaden sprinter zebrałam porozrzucane zakupy. Muszę przyznać, że gość wcale nie uciekł jak podświadomie oczekiwałam, wręcz przeciwnie starał się mi pomóc. Przy czym patrzył na mnie jakoś tak dziwnie. Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Swoją drogą zrobiło mi się trochę głupio. Chyba przydałoby się jakoś załagodzić sytuacje. - Słuchaj przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam. - Okej. Każdemu zdarza się zły dzień, a ja widać byłem w pobliżu.- uśmiechnął się wyrozumiale. No dobra, to jak nic był chwyt poniżej pasa. Czułam, że moja twarz przybiera kolor buraczka. Następnie zwiałam mu bez słowa wyjaśnienia, jakby mnie sam diabeł gonił. Chyba jeszcze nigdy nie dotarłam po tych schodach tak szybko do mieszkania. Jak nic, biję kolejne rekordy…hmm chyba swojej głupoty. Zaraz jednak zreflektowałam się i zbiegłam piętro niżej po Julkę. Już wiedziałam dlaczego ten chłopak tak dziwnie mi się przyglądał. Właściwie, życzliwie uświadomiła mi to Zośka. - O matko!- jęknęła na mój widok. Znaczy chyba nie było zbyt dobrze.- Co ci się stało? - Lepiej nie pytaj…Aż tak źle wyglądam? W odpowiedzi zaciągnęła mnie do lustra. Fakt miała racje. Gorzej już być nie mogło. Szopa włosów sterczała na wszystkie strony. Mają taką złośliwą tendencje, że zmoczone natychmiast zaczynają się skręcać w dziwne powoje, bo lokami nazwać tego nie można. Poza tym spływający tusz zrobił mi dwie „urocze” śliwki pod oczami. A na cholernym opakowaniu pisało, że jest wodoodporny. Krótko rzecz ujmując mogłam jej tylko przyznać racje. A niech to gęś kopnie. Za to Julka na mój widok skręcała się ze śmiechu. To się dopiero nazywa szacunek dla starszych. Chyba muszę ją trochę zresocjalizować.
Część 22 / 4
Julka i ja To śliczna mała dziewczynka. Ma wielkie niebieskie oczy i słodką buzię. Wyglądem przypomina trochę elfa. Widać żyją takie wśród nas. Od roku jestem jej prawnym opiekunem. Kurcze, w wieku 23 lat zostałam pełnoetatową mamusią pięcioletniej dziewczynki. Julka to córka Kaśki, mojej najlepszej przyjaciółki. Mieszkałyśmy razem jakieś półtora roku. Pracowałyśmy razem, więc kiedy ona szukała współlokatorki, a ja mieszkania dogadałyśmy się bez problemów. Wszystko było fajnie, dopóki Kaśka pewnego pięknego dnia nie spotkała jakiegoś cholernego świra. Podobno z kolegą chciał uczcić urodziny. Ja oczywiście nie mam nic przeciwko temu. Proszę bardzo mógł pójść do baru i zalać się w trupa. Tylko dlaczego musiał się rzucać z nożem na moją przyjaciółkę. No cóż znając nasz kochany system kary pewnie posiedzą z 10 lat i wyjdą za dobre sprawowanie. Ale to już Kaśce nie przywróci życia. A Julce matki. W dużym skrócie postanowiłam zaopiekować się małą, bo inaczej czekałby ja dom dziecka. Po tym co się słyszy o tych miejscach nie mogłam jej tam oddać. Rodzice, kiedy dowiedzieli się o moim planie, zwołali naradę wojenną. Tak jak się spodziewałam przypuścili zmasowany atak, żeby wybić mi to z głowy. - Majeczko uważam, że to bardzo zły pomysł… – zaczęła autorytatywnie mama. Na razie spokojnie. Byłam ciekawa kiedy jej głos przybierze barwę o kilka oktaw wyższą. Zazwyczaj robi się ciekawie dopiero wtedy, gdy w oknach zaczynają drżeć szyby. A ona potrafi to wywołać. Wcale nie żartuję. Ciągnęła dalej-… przecież to zupełnie obce dziecko. Poza tym, ty zupełnie nic nie wiesz o dzieciach. A co z twoimi studiami i pracą? Jak ty chcesz sobie poradzić ze wszystkim???- oczywiście nie czekała aż odpowiem na te wszystkie zarzuty. Za to dalej ciągnęła swoją tyradę. Tata odwołał się do aspektów finansowych: - Wiesz ile teraz potrzeba wydać na dziecko? To nie jest zabawka którą można później odłożyć na półkę. A ty chcesz zostać samotną matką z jedną marną pensją… Babcia tylko klasnęła w ręce i uradowana stwierdziła, że to zupełnie jak w „Tropikalnej namiętności”, a może „Dzikości serca”, już nie pamiętam. Z kolei Aśka postanowiła być oryginalna. - Dziewczyno żaden facet się do ciebie nie zbliży jak będziesz mieć dziecko. Co prawda i tak wszyscy od ciebie uciekają, ale przynajmniej masz jeszcze jakieś szanse… Hmm to zdecydowanie był chwyt poniżej pasa. Złośliwa, mała jędza. Pewnie nauczyła się od ciotki. Można o niej powiedzieć nie jedno, ale dla mnie zawsze pozostanie wiedźmą, która chce poniżyć mnie na każdym kroku. Nie wiem czemu uwzięła się na mnie. Widać taką ma dziwną fanaberie.
Moja ciotka Ściślej mówiąc to 10 lat młodsza siostra mojej mamy. Mimo, że to rodzina wkurza mnie niesamowicie. Dogryza mi odkąd tylko pamiętam, czepiając się wszystkiego. Największą satysfakcję znajduje jednak w tym, że nie posiadam faceta na stałe. Nie wspomnę, że ona w wieku 35 lat ma 3 nieudane małżeństwa za sobą... Jeżeli ona myśli, że powinnam iść w jej ślady tylko dlatego, że bez facetów nudny jest ten świat to dziękuję bardzo. Wyjątkowo w tym względzie zgadzam się z matką. Ona całe życie mi powtarzała, żeby czasem nie wpadło mi do głowy bycie z kimś na siłę, bo to jedna wielka głupota. Już lepiej być samemu. Ależ ja mam mądrą rodzicielkę, nie ma co... Tak więc w byle kim, byle jak i byle gdzie się nie zakochuję. Wracając do ciotuni wyjątkowo szczęśliwie wyprowadziła się jakieś cztery lata temu do naszej świetnej stolicy więc mam trochę spokoju. Chociaż i tak, jak dla mnie za często tu przyjeżdża. Wiem, nie powinnam się nią wcale przejmować. Ale ona naprawdę potrafi doprowadzić mnie do szału...
A wracając do tematu. Napór rodzinki przetrzymałam. W końcu wcześniej ćwiczyłam wszystkie kwestie. Znam ich nie od dziś, więc wiedziałam co powiedzą. No może nie wpadłam na to co powie Aśka. Ale to w zasadzie jest normalne. Ona i przewidywalność zdecydowanie wykluczają się. Swoją drogą muszę przyznać, że przekonanie mojej rodzinki do tego pomysłu to pikuś, w porównaniu do przekonania o tym opieki społecznej i sądu. Nie ma sprawy rozumiem, że wszyscy muszą być bardzo dokładnie sprawdzani. Ale czy to musi trwać aż tak długo? A co do tych pożal się Boże urzędniczek, to powinni ich dawno temu wywalić z roboty. Krótko mówić, są jak żywe, przedpotopowe skamieliny. No dobra. Zdarzają się wyjątki, ale one tylko potwierdzają regułę.
- Słyszałaś nowiny?- Zosia wpadła do mnie wielce zaaferowana. - Co Marsjanie nas odwiedzili, że tak wrzeszczysz? - Ty zostaw ufoludki w spokoju, mam coś lepszego. Będziemy mieć nowego sąsiada. Ludwiczek wynajął mieszkanie po Gołąbkach. Podobno to kawaler więc może się koło niego zakręcisz?- popatrzyła na mnie z nadzieją. A figę. - Odczep się co? Jak ci się spodoba to możesz go sobie wziąć, nie ma sprawy.- ostatnio byłam wyjątkowo wyczulona na tego typy kwestie. Czy wszyscy uwzięli się żeby mnie z kimś zeswatać? Jedna wielka paranoja... - No wiesz… Chociaż może wtedy coś by ruszyło Rafała… - Nadal tak źle? - Coraz gorzej. Siedzi całymi dniami w pracy i w ogóle nie zwraca na nas uwagi. A kiedy chce z nim pogadać udaje wielce obrażonego. Zawsze ta sama gadka, że on ciężko pracuje na nasze utrzymanie, a ja się tylko czepiam. Dobra dość, koniec z narzekaniem. Właściwie to przyszłam wyciągnąć cię wieczorem do kina. - Do kina? Powiedz lepiej, że potrzebujesz pomocy do upilnowania dzieciaków. Mam zdecydowanie za dobre serce…to na co idziemy? - Do wyboru do koloru.
- Wiesz co Majka następnym razem zostajesz w domu… - E tam to wcale nie moja wina, że pół widowni gapiło się w nas zamiast w ekran. Zresztą nie mów, że ci się nie podobał. Rechotałaś aż miło. - Przyznaje się do winy. Poza tym mam dziwne wrażenie, że bawiłyśmy się dużo lepiej niż dzieciaki. Teraz już wiem, dlaczego na takie filmy przychodzi więcej dorosłych niż dzieciaków.
Dzisiaj niedziela. Ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy. Dzisiaj się rozejdziemy, na wieczny czas… Nie wiem czemu chodzi za mną ta piosenka. Nie ma to jak stare przeboje. Same wpadają w ucho. Chociaż jak na razie mogłabym zanucić coś bardziej odpowiedniego. Chyba już wszystko mnie boli, a ja zamiast wylegiwać się przed telewizorem w niedzielne popołudnie, od rana latam po mieście. No dobra, może trochę przesadziłam. Ale tak właśnie się czuje. Starzeję się czy co? Za grosz kondycji. Pokręciłam głową. Moje szczęście, że Julka wyraziła chęć zabawy w tutejszym parku. Bo inaczej byłoby ze mną krucho. Tak przynajmniej mogłam zacząć okupować jedną z ławeczek. Wyczaiłam (ach to nowe młodzieżowe słownictwo... No cóż człowiek musi być na bieżąco bez przerwy) taką w sam raz z widoczkiem na plac zabaw. Po prostu idealnie. Ostatkiem sił wysiliłam się na lekki sprint i wyprzedziłam damulkę na wielgaśnych szpilkach. Matko jakbym sama takie założyła, to chyba zabiłabym się robiąc pierwszy krok. Mówię szczerze, nauczyć się chodzić w czymś takim to zadanie niemal ekstremalne. Uff cała ławka dla mnie. Ooo jak dobrze... Moje stare dobre, wysłużone sandałki bezczelnie mnie obtarły. Dobrze, że chociaż kiosk był otwarty, bo bez plasterków byłoby trudno. Tak przynajmniej jakoś dowlokę się do domu. Za to Julka szalała w najlepsze. Byłam na tyle inteligentna, że przynajmniej zabrałam książkę żeby mi się nie nudziło. Nie ma to jak kryminał popołudniową porą. Jednak dzisiaj nie szło mi rozwiązywanie zagadek z Herkulesem Poirot. Chociaż lepsze to niż rozglądanie się dookoła. Te zakochane parki mnożyły się tu jak króliki. Co to ma być, jakiś zlot o którym nic nie wiem? Zaczynało mnie to trochę denerwować. Ile można? I wcale nie przemawia przeze mnie zazdrość…no może troszeczkę. Ale tylko troszeczkę. Łażą tacy i migdalą się wszędzie, gdzie tylko spojrzysz. A niech to gęś kopnie. Mnie tam nikt nie chce. Cholera, jak zwykle odzywa się we mnie gorsza strona mojej psychiki. Jakby ktoś nie wiedział, to ta część zwichrowana przez moją ciotkę i kilka innych osób. Nabawiłam się przez nich tylko kompleksów i chronicznych okresów depresyjnych. Na szczęście, te ostatnie minęły jak tylko wyprowadziłam się z domu. Ale chłopaka nie mam do tej pory. A kilka podjętych prób chyba skutecznie mnie do tego zniechęciło. Phi jestem twarda, dam sobie rade. Nie potrzebny mi żaden facet do szczęścia. A już lepiej być samemu, niż pchać się w coś na siłę.
Moje doświadczenia z chłopakami No cóż, za bogate to one nie są. W sumie trzy większe próby. Pierwszy był Marcin, jeszcze w liceum. Na początku owszem całkiem przyjemnie. Łaziliśmy i obściskiwaliśmy się na całego. Takie papużki nierozłączki. Mam sentyment do niego, bo wyjątkowo dobrze znosił moje próby doskonalenia w całowaniu. Wszystko było dobrze do czasu aż zażądał „dowodu miłości”…Cóż miała odmienne zdanie, uważając, że jeszcze nie jestem na to gotowa. Jakoś zawsze wolałam być ostrożna w tych kwestiach, więc uparłam się jak osioł. Ewentualnie oślica, chyba bardziej adekwatne. Zresztą nieważne. Uparłam się i odmawiałam. Nawet jak groził, że to koniec. O muszę przyznać, że wtedy zaparłam się jeszcze bardziej. Zdrajca jeden a myślałam, że mnie kocha. W skrócie można powiedzieć, że tak skończyła się moja pierwsza wielka miłość. Ryczałam w poduszkę przez miesiąc, ale przed wszystkimi udawałam, że jest świetnie. Za to Marcin szybko się pocieszył. Jak widać szkolna piękność w postaci Martyny swoich wdzięków mu nie szczędzia. Zresztą z tego co słyszałam nie tylko jemu... Drugi w kolejności był Bartek. Cholerny hiphopowiec. Od razu powinnam wiedzieć, że będą z nim same kłopoty. No ale która dziewczyna nie zmięknie, kiedy facet pisze specjalnie dla niej piosenkę? Według mnie była całkiem niezła. Hmm nasz problem polegał na tym, że ja mam młodszą siostrę. W dodatku dużo ładniejszą ode mnie, a już z pewnością mającą wyjątkową gadkę… Mogę powiedzieć to już bez zawiści. Zdążyłam się przyzwyczaić. Może i jestem staroświecka ale uważam, że odbijanie chłopaka własnej siostrze jest trochę w złym guście. Pewnie całkiem nieźle bawili się ukrywając to przede mną, ale w porę się zorientowałam. Przynajmniej nie wyszłam na gigantyczną idiotkę. Raczej idiotkę średniego formatu. Skończyło się na tym, że nie rozmawiałam z Aśką chyba ze dwa miesiące. Trzeba przyznać, że ostro się zawzięłam. Wściekłam się wtedy okropnie, bo przecież znam moją siostrzyczkę. Zgodnie z moimi przypuszczeniami znudził jej się po miesiącu. Co prawda marna to pociecha, ale zawsze jakaś. Na koniec był Kacper. Ten był dosyć szybko. Na szczęście. Przynajmniej nie musiałam się nacierpieć. Kacper pojawił się mniej więcej na „przełomie” mojego skromnego życia. Ni mniej, ni więcej tylko kiedy postanowiłam zająć się Julką na poważnie. Uciekał aż się za nim kurzyło. Heh….Jego strata... I to by było o tyle jeśli chodzi o moje doświadczenia z chłopakami. Nigdy nie byłam specjalnie urodziwa. Według mnie można powiedzieć, że bardzo zwyczajna. Skromne metr sześćdziesiąt długie ciemne włosy i zielone oczy zakamuflowane okularami. Raczej nic nadzwyczajnego. Ale też nie wyglądam jak Quasimodo. I nie wiem dlaczego faceci kompletnie nie zwracają na mnie uwagi. Czyżbym miała aż tak paskudny charakterek? Chyba nie… Co prawda mam jedną paskudną wadę, z którą cały czas toczę ciągłe boje. Zdecydowanie jestem zbyt nieśmiała. Niestety objawia się to tym, że wiecznie kiedy jestem w towarzystwie nowych ludzi siedzę cicho jak mysz pod miotłą. A tragedia kiedy ktoś do mnie zagaduje. Wtedy wyglądam jak buraczek. Co za połączenie, czerwona mysz… chociaż teraz i tak już jest dużo lepiej. Nawet nie chcę wspominać co było kiedyś. To dopiero był jeden wielki koszmar...Reasumując należę obecnie do wymierającego gatunku...dziewic po 20...a to już w XXI wieku zaczyna być dziwnym zjawiskiem dla wielu. No i co z tym światem robi ten niby cały postęp cywilizacyjny... Właściwie przyjaciół też nie mam dużo. Może to i lepiej. Przynajmniej to są PRAWDZIWI przyjaciele. A to teraz towar deficytowy. I wcale się nie obrażam kiedy dają mi pełno wspaniałych rad. Nawet kiedy na urodziny dostałam od Zośki i Rafała książkę pt. „Jak pokochać samego siebie. 101 porad na pokonanie własnych kompleksów”, już ja im się dobiorę do tyłków przy najbliższej okazji!!!
Część 33 / 4
- Ciociu, ciociu!- Julka ściągnęła mnie na ziemię- patrz jaka wielka wiewiórka. Pokazywała palcem na drzewo za naszą ławką, po którym pewnie śmigał mały futrzak. Fakt, trochę wyrośnięta. Chyba ktoś tu musi ją nieźle dokarmiać. - Może karmią ją sterydami… - Co to są sterady? - Sterydy. To są takie środki które sprawiają że ma się większą klatkę piersiową i większe mięśnie- pokazałam na jej barki i ramiona.- A poza tym to strasznie niezdrowe chemikalia. Julka kiwnęła głową na znak, że rozumie. Chociaż tyle, bo za cholerę nie wiedziałam jak to dalej wyjaśniać małemu dziecku. Zdecydowanie jeszcze nie nabrałam praktyki. Zresztą czemu się dziwić. Nigdy wcześniej nie miałam własnego dziecka. Teraz to muszę nadrabiać i uczyć się na własnych błędach…Tymczasem Julka bardzo sprytnie usiłowała zwabić do siebie gryzonia. Siedząc bez ruchu prawie jej się udało, ale wtedy na pełnym gazie z pobliskich zarośli z wrzaskiem wyskoczył jakich chłopaczek. Z rozwichrzonym włosem i buzią usmarowaną jakąś niezidentyfikowaną mazią., przebiegł obok nas z prędkością prawie nadświetlną. Zaraz za nim sapiąc niczym lokomotywa biegła góra różu. Nie żebym była złośliwa. Ale ta kobieta była dosyć sporych rozmiarów. A najlepsze było to, że całe jej ubranie było różowe. Gdyby to był jeszcze normalny róż, to nie ma sprawy. Niestety ten odblaskowy odcień zdecydowanie nie należy do moich ulubionych. Ciekawe skąd ona to wszystko wytrzasnęła. Wcale się nie dziwię, że ten dzieciak tak od niej uciekał. Też bym tak zrobiła na jego miejscu. A właśnie trzeba by się wybrać do domciu. Julka pada z nóg po szaleństwach na placu zabaw. Też bym tak chciała poszaleć. No co? Każdy z nas ma w środku takiego dzieciaka. Mój właśnie zaczynał wykazywać chęci ukazania się na zewnątrz… Ale jeszcze nie tym razem. Za bardzo doskwierały mi świeżutkie odciski. Więcej nie zakładam tych butów. Nigdy więcej. Moje deklaracje dosłownie zostały zbite z nóg, kiedy jakieś psisko wpadło na mnie swoim wielkim cielskiem. To, że wylądowałam na tyłku na samym środku alejki (zabolało tylko troszeczkę) jeszcze przeżyję, gorsze było to, że okulary które właśnie przecierałam, żeby coś widzieć, leżały teraz obok tuż pod łapą tego wielkiego, futrzastego stwora. Rasowy to on nie był na pewno. Za to sadystycznie miażdżył moje okulary, ostro merdając przy tym ogonem. Za chwile, w moim lekko ograniczonym polu widzenia pojawił się właściciel. Podniósł mnie, otrzepał lekko, po czym wydał okrzyk zaskoczenia - To ty…??? - Ja? Chyba ja. Czy my się znamy? - No może nie dosłownie. Ostatnio kiedy cię podnosiłem trochę na mnie nawrzeszczałaś... - Yyy…przepraszam nie poznałam Cię…- no tak... Tylko ja mogę mieć takie szczęście... A myślałam, że więcej go już nie spotkam. A zważywszy na mój poprzedni wygląd i ten maleńki niekontrolowany wybuch, nawet miałam taką nadzieję. - Nie ma sprawy. Taki już widać mój los. I przepraszam za Barego. Zazwyczaj się tak nie zachowuje. Teraz powinnam powiedzieć coś dowcipnego. Tylko cholera jasna co? Zawsze ten sam problem. Myśl kobieto…O matko Julka! Zupełnie o niej zapomniałam. Co ze mnie za przyszywana matka… - Julka, nic ci nie jest? - Nie. Ciociu możemy też mieć takiego psa? Proszę…- wydawała z siebie błagalne tony. Zawsze wiedziała, że prędzej czy później będę się musiała nauczyć mówić zdecydowanie NIE. Jak na razie miałam z tym niewielkie problemy. Widać przyszła i na to pora. - Słoneczko, obawiam się, że nie. Nie mamy w domu miejsca na psa. Poza tym musiałby całe dnie spędzać sam w domu, a to chyba nie najlepsze dla psa.- starałam się mówić bardzo przekonywująco. W końcu miałam widownie. Wydawała się bardzo rozczarowania, ach te nieszczęsne świeczki w oczach. Kucnęłam żeby patrzeć jej dokładnie w twarz. -Ale kiedyś pomyślimy o jakimś zwierzaku. Obiecuję. Dobrze? - Dobrze- kiwnęła głową. Uff kryzys został zażegnany. Tym razem jeden zero dla mnie. Nagłe chrząknięcie wyrwało mnie z kontemplowania mojego niewielkiego sukcesu wychowawczego. Pierwszy raz w życiu wydarłam się na jakiegoś kompletnie obcego faceta. I tylko ja mogłam później wpaść na niego na ulicy. Chociaż ściślej mówiąc, to jego pies wpadł na mnie na ulicy. Właściwie w parku. Zresztą nieważne. - Przepraszam za te okulary. Odkupię Ci je.- dopiero teraz zorientowałam się, że to niezidentyfikowane coś w jego rękach, to moje nieszczęsne patrzałki. - Nic się nie stało.- bo niby co innego miałam powiedzieć? Cholerne 300 zł w plecy jak nic… Dobrze chociaż, że mam w domu jeszcze stare, zapasowe. Co jak co, ale bez okularów mam pewne problemy z zobaczeniem różnych rzeczy. Smętnie mogę tylko pomarzyć o szkłach kontaktowych. Z nimi przynajmniej nie byłoby takich problemów. Niestety, jak na złość jestem na to uczulona. - Daj spokój, to moja wina. Nie powinienem go puszczać…- chyba faktycznie poczuwał się do winy, skoro nie chciał ustąpić. A mi coraz bardziej było głupio zważywszy na nasze poprzednie spotkanie. Jak zwykle, przez własną głupotę, pogrzebałam sobie szanse u całkiem fajnego chłopaka. Teraz pozostało mi jedyne wyjście, żeby nie zostać do końca żałosną idiotką. Najwyższa pora ulotnić się z godnością. - Sorry, ale musimy już wracać. - Odprowadzimy was.- uśmiechnął się zachęcająco. O matko powinien nosić taką tabliczkę z ostrzeżeniem, że ten uśmiech jest baaardzo niebezpieczny. Albo jeszcze lepiej powinni mu tego zakazać przynajmniej dla spokoju mojego biednego serca. Co prawda lekko niedowidzę w tym momencie, ale skoro tak to na mnie działa, aż strach pomyśleć co by było gdybym miała okulary... Aaa uspokój się. Oddychaj głęboko, bardzo głęboko…A guzik to i tak nic nie daje… - Nnie, nie musisz. Mam wrażenie, że ten pies ma ochotę staranować jeszcze kilka innych osób.- No może nie było to szczytem moich możliwości konwersacyjnych. Nigdy nie wiem co powiedzieć. Więc zazwyczaj siedzę najciszej jak tylko się da. Jednak chyba trafiłam, bo roześmiał się wesoło. Czy ja o czymś nie wiem? Dyskretnie rozejrzałam się dookoła. Nic. Widać bezwiednie zrobiłam się dowcipna. - On może i ma, ale to ja tu jestem od podejmowania decyzji… Poza tym wiszę Ci okulary. - Naprawdę nie musisz. Zresztą mama nigdy ci nie mówiła, że nie rozmawia się na ulicach z obcymi?- A niby po co mu odmawiam. Powinnam właśnie skakać z radości, że taki gość ze mną rozmawia. A ja co? Bronię się przed tym rękami i nogami. Cholera… chyba mam jeszcze bardziej zwichniętą psychikę niż myślałam. - Mówiła, ale nie zawsze słuchałem. A co chcesz mnie napaść?- udawał nagłe zainteresowanie. - To twój szczęśliwy dzień, więc dam ci dzisiaj spokój. Wystarczy mi na dzisiaj wrażeń… Chodź Julka. Potem odwróciłam się i ruszyłam, jak to mówią z kopyta. Chłopak coś tam jeszcze krzyknął chyba, że się jeszcze spotkamy. Nie wiem dokładnie. Pies pognał w drugą stronę, więc dał mi spokój.
Po spotkaniu z chłopakiem jak marzenie zostały mi tylko wspomnienia po połamanych okularach (zapomniałam mu je zabrać zanim zwiałam) i głowa pomysłów w stylu, co by było gdyby… A muszę przyznać, że ja jestem całkiem niezła w te klocki. Może właśnie marnuje talent mogący mi przynieść wielkie bogactwo. Wystarczyłoby tylko zacząć pisać scenariusze filmowe i miliony są moje… ach co za wizje… No dobra mogę nawet wziąć się za te idiotyczne seriale. Przynajmniej akcja by się rozkręciła na całego, bo już za grosz nie mają pomysłów. Chociaż muszę przyznać, że jako jedyny serial naprawdę dobrze trzyma się amerykańska „Moda na sukces” ciekawe, ile jeszcze tego zostało. Szczerze mówiąc ilekroć widzę ten film, czuje się bardzo stara. Moja babcia oglądała go już kiedy leżałam w kołysce. Teraz też specjalnie repertuaru nie zmieniła. Może raczej trochę go powiększyła o niezawodną „Doktor Quinn”. Podobno warto to oglądać tylko dla Sallego. Poza tym gdzieś tam na kablówce przebrzmiewają echa największego hitu telewizyjnego XX wieku czyli nieśmiertelna „Niewolnica Izaura”. Skądinąd nawet w wakacje kiedy lecą tylko i wyłącznie powtórki, rzecz nie do przeżycia dla normalnych ludzi, babcia nie odpuszcza. To żadne dziwactwo. Staruszka ma lekką sklerozę i musi sobie w lato nadrabiać, bo zanim zaczęłyby się nowe odcinki biedaczka zapomniałaby jak skończyły się stare. Jak dla niej szczytem marzeń jest obecnie oglądanie wszelkiej maści telenowel. Nie ważne argentyńskich, brazylijskich, meksykańskich czy też rodzimych. Matko jaką ja jestem idiotka, aż sama się sobie dziwię... Zośka która czasami bawi się w jakiegoś domorosłego psychologa i przepiłowuje moją biedną duszyczkę na pół doszła do wniosku, że to wszystko dzieje się dlatego, że otaczam się ciągle jakąś aurą niedostępności. Właściwie mogę się z tym zgodzić tylko, że z drugiej strony jakoś niewiele osób zadało sobie trud żeby się przebić przez tę skorupę... Maskę z którą prawie się nie rozstaję. O ironio losu... kiedy w kamienicy dowiedzieli się, że zamierzam zaopiekować się Julką wszystkie sąsiadki powtarzały mi, że są pełnie podziwu, jaka to ja jestem odważna. A guzik. Tak naprawdę to tylko głupia maska. Każdy z nas ma taką, która chroni go przed innymi, nie zawsze życzliwymi, ludźmi. Ja właściwie jestem strasznym tchórzem. Każdego dnia boję się wstać z łóżka. Najchętniej schowałabym głowę pod kołdrę i pozwoliła żeby ten świat radził sobie beze mnie. Wiem, że głupotą jest bać się życia. Ale tak już jest. Więc nie mając wyjścia, zakładam swoją maskę i daję się wciągnąć w kolejne niespodzianki jakie szykuje mi los. W końcu czy nie tak wygląda dorosłość?
Hmm muszę przyznać, że ostatnią rzeczą którą spodziewałam się zobaczyć po otworzeniu drzwi był wielgachny bukiet kwiatów. O matko jeszcze nigdy nie dostałam bukietu, bo te od taty się nie liczą, ani te z klasowe jeszcze ze szkoły. Nie ten klimat. Owszem pojedyncze róże na specjalne okazje od moich byłych chłopaków też się zdarzały, ale nigdy cały bukiet. Spod tego całego kwiecia wyłoniła się nagle głowa chłopaka z parku. Ciekawe jak mnie tu znalazł? Zresztą nieważnie. Która dziewczyna przejmowałaby się tym po takim prezencie. - Cześć. Jeszcze raz przepraszam za tamto. - Ja…yyy dzięki, ale naprawdę nie musiałeś.- skup się dziewczyno. To tylko kwiatki. Nie zachowuj się jak kretynka, bo ucieknie. - Musiałem, żebym ci się źle nie kojarzył. To co wpuścisz mnie do środka, czy tak będziemy stać w progu? No tak, ja chyba naprawdę powinnam zacząć się leczyć, bo źle ze mną. Wymyślając sobie od idiotek, zaprowadziłam go do kuchni. Ledwie się udało nie dać plamy, bo w ostatnim przebłysku świadomości doszło do mnie, że mam w pokoju totalny kataklizm, spowodowany walką z bałaganem. Szczerze mówiąc gruntowne porządki są moją zdecydowaną słabą stroną. Że też nie miał kiedy przyleźć tylko właśnie dzisiaj. Nawet się nie umalowałam. A moja ulubiona lekko rozwleczona bluza zdecydowanie nie prezentowała się zbyt okazale. - A gdzie ten potwór?- rozejrzałam się podejrzliwie. A nóż widelec, gdzieś się tu przemyka i znowu się na mnie wpakuje. A zostały mi tylko jedne okulary. - To pies kumpla. Nie martw się więcej nie będzie po tobie skakał. Chyba, że…- tu przerwał i popatrzył na mnie wymownie- …sama będziesz tego chciała. Hmm zabrzmiało to jakoś tak dwuznacznie. Chociaż to być może tylko moja chora wyobraźnia. - Kusząca propozycja, ale na razie spasuje. Kiedy uporałam się już z wstawieniem kwiatów do wazonu i wyłuskaniem z lodówki ostatniego kartonu z cudownie zimnym sokiem (dalej mieliśmy lato stulecia i ponad 30 stopniowe upały), z wyrazistością uświadomiłam sobie, że wpuściłam do domu kompletnie obcego faceta, nieważne, że przyniósł mi kwiatki i wyglądał sympatycznie. A może to jakiś psychol. Bo niby skąd wiedział gdzie mieszkam? Śledził mnie czy jak? Cholera zaraz mnie tu ukatrupi, a ja nawet nie wiem jak się nazywa… Powściągnęłam na razie swoją szaloną wyobraźnie, która już zdążyła wyczarować mi piękny pogrzeb. Zresztą jak niby pogrzeb może być piękny? Spokojnie to tylko niegroźny chłopak, który przyszedł mnie przeprosić. A ja panikuje jak głupia. - Mam dwa pytania.- postanowiłam wyjaśnić to od razu- jak mnie tu znalazłeś? I jak ty się w ogóle nazywasz…? Popatrzył na mnie jakoś tak wyrozumiale swoimi zielonymi oczami. Ładne nie powiem i śmiały się jakoś tak przyjemnie. - A co nie przedstawiłem się jeszcze? Mój błąd. Tomek Skowroński. A ty? - Co ja? - Też się nie przedstawiłaś.- No proszę i znowu zrobił ze mnie kretynkę. - Majka Kowalczyk. - Miło mi. Właściwie to wpadłem cię ostrzec, że jestem twoim nowym sąsiadem. - To ty???- Mogłam się tego spodziewać. Cholera jasna, robię z siebie idiotkę przed własnym sąsiadem. A niech to gęś kopnie. Ja to zawsze mam szczęście. Dziw, że sama na to nie wpadłam w końcu tyle już zdążyłam się nasłuchać. Że przystojny. Że uczynny. Że inteligentny. Normalnie chodzący ideał. A teraz w dodatku siedzi w mojej kuchni. - Wszystkim sąsiadkom przynosisz kwiaty? - Tylko tym, które się na mnie rzucają- rzucił chytrze. - Co ty sobie niby wyobrażasz. Wcale się na ciebie nie rzucam. To były wypadki. - Ciociu, ciociu mieliśmy iść na huśtawki!!!- to do pomieszczenia wpadła jak bomba Julka. Faktycznie. Na śmierć przez niego zapomniałam. Mała tymczasem jakby straciła rozpęd zobaczywszy Tomka. - Dzień dobry. - Cześć mała. - Przepraszam, ale musimy iść. Obietnica to obietnica. - Ja tu jeszcze wrócę. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz…- mogłabym przysiąc, że mrugnął przy tym porozumiewawczo. Mam wrażenie, że coraz mniej z tego rozumiem…
Od rana miałam zdecydowanie podły humor. To wszystko przez ten idiotyczny poniedziałek. Najpierw zaspałam do pracy… chyba cudem Rafał akurat jechał w moją stronę więc mnie podrzucił. Ale o śniadaniu mogłam sobie już tylko pomarzyć. Co prawda ostatnio miałam chęć zrzucić kilka kilogramów. Jednak są na to inne sposoby niż pozbawianie się najważniejszego posiłku dnia. Później okazało się, że na dzisiaj przewidywany jest najazd psychologów na jakieś tam szkolenie. Tną koszty, więc zakwaterowanie mają u nas, a nie w jakimś hotelu. A oni wszyscy na każdym kroku dopatrują się jakichś ukrytych motywów. Nie wiem o co im chodzi. Zboczenie zawodowe czy jak? Totalny kataklizm. Ale jestem twarda więc przeżyję i to... W końcu odbyłam tu już jako taką praktykę. Czasami naprawdę zjawiają się w tym pensjonacie postacie bądź co bądź nietuzinkowe. Na szczycie mojej i Mariusza listy najbardziej oryginalnych postaci znajduje się Boguś Kolanko.
Boguś Kolanko Facet mniej więcej koło trzydziestki, całkiem niebrzydki. Był u nas w zeszłym roku. Zaszczycił nas swoją obecnością w celu dogadania się z wydawnictwem, odnośnie jego najnowszej książki, o wiele mówiącym tytule „Pasiasta miłość w ziemniakach”. Jak się później okazało, jak dotąd jedyną i największą jego miłością była entomologia... nie będę tego komentować. Przynajmniej od razu widać jaki ten świat jest różnorodny. A cała ta powieść o wiele mówiącym tytule, jest ni mniej ni więcej opowiadaniem o życiu seksualnym Leptinotarsa decemlineata, czyli po polsku stonki ziemniaczanej. Podparta nadzwyczaj wnikliwymi obserwacjami. Przyznaję się bez bicia, że kiedy o tym usłyszałam mało nie spadłam z krzesła i ledwie się powstrzymałam żeby nie popłakać się ze śmiechu. Opowiadając nam to wszystko akurat zalewał robaka. Chociaż w jego przypadku akurat bardziej adekwatne byłoby, że zalewał biedronkę... Przyznał się z pewnym zażenowaniem, po wypiciu kilku drinków, że znajomi nazywają go Biedroną. W przypływie desperacji doszedł nawet do genialnego, swoim zdaniem, wniosku jakoby właśnie przez niezbyt męską ksywę nie mógł znaleźć odpowiedniej dziewczyny. Według mnie to wyłącznie rodzice skrzywdzili biedaka. Niech mi ktoś powie jak można nazwać dziecko „Boguś” w dzisiejszych czasach??? A wracając do książki tytuł poddał jego przyjaciel Robal (i to niby ma być bardziej męskie przezwisko???) twierdząc, że bez chwytliwego tytułu będzie się tak samo beznadziejnie sprzedawać jak poprzednia. Zresztą facet miał głowę na karku i wiedział co mówi, w końcu o tamtej poza autorem nikt już nie pamiętał. Zaginęła gdzieś w mrokach przeszłości... mam nieodparte wrażenie, że tak jest znacznie lepiej dla ludzkości.
- Cześć. Oddam wszystko za kubek kawy. Uratujesz mnie?- Tomek stał w drzwiach z miną zbitego psa. Wyglądał okropnie. Chyba ta kawa rzeczywiście była mu naprawdę potrzebna. - Wchodź. Widzę że nie mam innego wyjścia. Bo jeszcze mi tu będziesz wszystkich straszył…Co ci się stało? Wyglądasz paskudnie. - Co za komplementy. Mów mi jeszcze.- Matko czasami wydaje mi się, że on rzadko bywa poważny. Powoli stawaliśmy się przyjaciółmi. Co prawda nie to konkretnie mi się marzyło. Ale co zrobić. Faceci zawsze widzieli we mnie bardziej kumpla niż dziewczynę. Ot taka złośliwość losu. A ja co jak co, ale to tego konkretnego osobnika przeciwnej płci miałam prawdziwą słabość. Chociaż tak naprawdę wiele o nim nie wiedziałam. - Mam nieodparte wrażenie, że na to pomóc ci może już tylko łóżko...Ups chyba trochę to dziwnie zabrzmiało. - Czyżby to była propozycja?
To miał być kolejny nudny wieczór przed telewizorem. I właściwie był. Do czasy aż wpadła do mnie zapłakana Zośka. Jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Naprawdę się przestraszyłam. - O matko, co się stało???? - Mogę u ciebie dzisiaj zostać? - Jasne pod warunkiem, że powiesz co się stało. Chociaż nie- zreflektowałam się- nie będziemy stać w drzwiach. Zaprowadziłam ją do kuchni - Pokłóciłam się z Rafałem. To już chyba koniec. - Jak to koniec, nie może być koniec.- rzuciłam z głupia franta- A dzieci? Właśnie co z dzieciakami? - Są u moich rodziców. Majka, ja nie wiem co mam robić.- powiedziała żałośnie.- Tak dłużej się nie da żyć. On w ogóle nie chce ze mną rozmawiać. Siedzi tylko wiecznie w tym swoim biurze albo jeździ tą swoją zabaweczką. Jeszcze trochę i dzieci zapomną jak on wygląda. Ja już w ogóle się nie liczę. Mogłoby mnie nie być i założę się, że on nawet by tego nie zauważył. - Nie mów tak. Przecież on cię kocha. To widać. - Widać właśnie mu się odwidziało...- Zośka nie dawała się niczym przekonać, a ja zbyt zaskoczona rozwojem wydarzeń nie bardzo wysilałam się w argumentacji. Skończyło się na wypiciu butelki martini, zachomikowanej w kuchni na specjalne okazje. Mówi się trudno może to nie była specjalna, ale na pewno trudna sytuacja. Zośka została u mnie. Jakoś pomieściłyśmy się w moim wyrku. Rozmiar małżeński. Nie żebym myślała przyszłościowo. Tak jakoś wyszło. A to wszystko przez babcie. Chciała mi zrobić prezent na „nowej drodze życia” i zasponsorowała mi je. Mam wrażenie, że w podtekście miał to być przytyk, że jeszcze nie mam narzeczonego, a co już mówić o mężu. Ciągle słyszę, że ona w moim wieku była już mężatką i miała moją mamę. Cholera jasna to zaczyna być już trochę wkurzające. Ale nie w tym rzecz. Miałam teraz dużo ważniejsze sprawy na głowie, niż roztrząsanie mojego staropanieństwa. Pytanie tylko jak pogodzić Zosie i Rafała, gryzłam się z tym cały ranek (hmm w międzyczasie lecząc kaca). W końcu postanowiłam wziąć byka za rogi i pogadać z Rafałem. Z zachowaniem pełnej konspiracji udało mi się z nim umówić na 16 w „Słoneczku” to taka nasza miejscowa kawiarenka z naprawdę pyszną kawą i ciastami którym nie można się oprzeć. Zdecydowanie, jeśli człowiek akurat katuje się jakąś dietą cud, powinien omijać to miejsce z daleka. Na razie jednak miało mi ono posłużyć celom najwyższej wagi.
Część 44 / 4
Rafał, nie ma co ukrywać, na okaz zdrowia nie wyglądał. Chyba Zosia dała mu do myślenia dużo bardziej niż jej się wydawało. Początkowo szło nam z deka opornie, ale składam to na karb mojej, bądź co bądź, słabej znajomości psychiki facetów. Zresztą na początku zgrywał się, że nic go nie obeszły te „babskie fanaberie”. O przepraszam, ale kiedy żona ucieka w środku nocy to znaczy, że coś jest naprawdę na rzeczy. Wyjaśniłam mu to dość dobitnie, przynajmniej jak na moje możliwości. Mogłam się o to pokusić bo w końcu przyjaźniłam się nie tylko z Zosią, ale również z nim. A to do czegoś zobowiązywało. No dobra, tylko troszeczkę zwymyślałam go od kretynów i głąbów kapuścianych (nie żebym coś miała do kapusty), ale tylko troszeczkę... muszę przyznać, że chyba nawet pod pewnymi względami był skłonny przyznać mi rację. Ach ten mój dar przekonywania... sama nie wiem jak mi się to udało. W każdym razie obiecał mi, że przemyśli wszystko co powiedziałam i co najważniejsze przeprosi Zosię. Koniecznie z wielkim bukietem róż. Tutaj popatrzył z lekka żałośnie. O nie, tutaj bratku się nie wywiniesz. Jak chcesz żeby wybaczyła to naprawdę się musisz postarać. Zresztą która kobieta nie mięknie na widok bukietu kwiatów od ukochanego faceta? Na koniec poprosiłam, żeby utrzymał nasze spotkanie w tajemnicy. Uznałam, że tak chyba będzie lepiej. Nie wiedziałam wtedy, że to nie do końca był dobry pomysł. Tymczasem uściskałam go na pożegnanie życząc powodzenia i już mnie nie było.
Nie ma to jak przyjemny czwartkowy wieczór przed telewizorem. I wcale nie mam wszystkiego dość, a o żadnej depresji nie może być mowy. To widać jakieś paskudne przeziębienie usiłuje się do mnie dobrać, ale jestem twarda i nie dam się a co... W międzyczasie przypałętał się Tomek więc przed telewizorem siedzieliśmy we dwójkę, kompromisowo wybierając co oglądamy. No dobra padło na moją ukochaną „Amelię” i nie miał w tym względzie nic do gadania. W końcu to moje mieszkanie i mój telewizor. U Zosi i Rafała na razie cisza. Nie wiem czy to cisza przed kolejna burzą, czy też dochodzą do jakiegoś porozumienia. Trzymam kciuki. No to wywołałam wilka z lasu. Właśnie był Rafał i z błagalną postawą zapytał, czy nie zaopiekuje się dzieciakami w weekend. O proszę...delikatnie wybadałam sytuacje. Sąsiad planował niespodziankę w postaci romantycznego wypadu tylko we dwoje. A ja jako prowokatorka miałam odwalić brudną robotę i temperować te małe potwory. Niech to gęś kopnie, ale mi się trafiło. Jak ślepej kurze ziarno. Ale nie miałam wyjścia, w końcu sama do tego doprowadziłam.
Weekend z małymi potworami Wiem, przesadzam mówiąc o nich potwory. One tylko czasami się tak zachowują. Nie było wcale tak strasznie, jak się obawiałam. Co prawda kilka razy mało nie doszło do rękoczynów. Zaznaczam, żeby nie oskarżono mnie o znęcanie się nad dziećmi, że biły się tylko między sobą. Poza tym dziwnym trafem zniknął mój tusz i zupełnie nieużywany róż, zakupiony gdzieś w okresie chmurnej młodości. Znając zamiłowanie Karolinki do tego typu rzeczy czuje, że już ich nie odzyskam. W przebłysku inteligencji zabrałam całą trójkę do zoo. Przynajmniej na parę godzin zajęły się czymś pożytecznym. Poza tym rano wynosząc śmieci przydybałam Tomka. Służbę miał dopiero wieczorkiem, więc fortelem zmusiłam go żeby poszedł z nami. Muszę przyznać, że sprawował się całkiem nieźle pilnując tej rozwrzeszczanej gromadki. A już jak zaczął im opowiadać te wszystkie historyjki, moja szczęka z głośnym hukiem opadła w dół. Tatuś byłby z niego świetny. Stop. Tego ostatniego nie było. Muszę zdecydowanie powściągnąć swoją wyobraźnię. On raczej nie jest dla mnie. Niestety...Co nie zmienia faktu, że czasami potrafił doprowadzić do szału. Zwłaszcza swoją domorosłą (całkowicie chybioną) psychologią. A przykładem mogło być jego ostatnie pytanie, czy aby czasem nie żałuję, że Rafał dalej jest z Zośką. No ja przepraszam bardzo, ale po tym ile ja się biedna namęczyłam żeby do tego doprowadzić mam teraz żałować? Okazało się, że szanowny kolega wymyślił sobie jakieś niestworzone rzeczy...O przepraszam ale ja z żonatymi facetami się nie zadaję, a już w ogóle jak są mężami moich przyjaciółek. Idiota. Chyba powinnam się na niego za to śmiertelnie obrazić...
Dzisiaj wyjątkowo miałam wolne. Odprowadziłam Julkę do przedszkola i odwaliłam lekkie porządki. Teraz z wielkim kubkiem kawy zagłębiłam się w porządkowanie wszelkich kwitów, skrzętnie chomikowanych w pudełku po butach w dolnej części komody. Wywaliła już prawie połowę, kiedy w drzwiach niespodziewanie pojawił się Tomek. - Mam propozycję nie do odrzucenia... - Znając ciebie z góry się na nic nie zgadzam. - Eee tam wcale nie jestem taki straszny. A ty skończ z obrastaniem w kurz z tymi papierzyskami. Idziemy pobiegać.- wyłożył mi swój genialny plan. Może i się w nim podkochiwałam, ale nie będę biegać (dosłownie i w przenośni) na każde jego zawołanie. Co to ja niby jestem pies Pawłowa? - Żeby wyszło, że nie mam za grosz kondycji. Nie masz już kogo dręczyć? - Nie. Zresztą ty tu jesteś najlepszy obiektem moich niecnych pomysłów.- podkręcił wyimaginowanego wąsa.- No już wskakuj w jakiś dres i zrobimy sobie rundkę po parku. - Ale ty masz sadystyczne skłonności... Sama nie wiem dlaczego się na to godzę... - Bo nie możesz się oprzeć mojemu urokowi osobistemu. - Phi to ty masz jakiś urok? A może uderzyłeś się ostatnio w główkę? - A może chcesz żeby cię przerzucić przez kolano i spuścić lanie... - Ha jeszcze zobaczymy kto tu komu spuści lanie.- nie mogłam pozwolić, żeby w tym momencie miał ostatnie słowo. Nie byłam w nastroju. Kiedy wracaliśmy mało nie dostałam zawału, słysząc za sobą niemal mrożący krew w żyłach okrzyk. - Misiaczek???- w odruchu samoobrony postanowiłam to zignorować, dobrze wiedząc kogo mogą zobaczyć jeśli tylko się odwrócę. - Koteczku to ty? Poczekaj.- mój sprytny plan spalił na panewce przez Tomka. Idiota zatrzymał się i patrzył z zainteresowaniem. Chyba jednak się zorientował, że to nie było do niego. Trudno pora stawić czoło rzeczywistości. - Cześć Emil.- odezwałam się tonem od którego powinien natychmiast zmienić się w sopel lodu. Zapomniałam tylko, że na niego to nie działa. Do jego zakutej pały w ogóle chyba mało dociera. - To musi być przeznaczenie, misiaczku...- przeznaczenie??? O przepraszam to jakiś koszmar, a nie żadne przeznaczenie.
Mój koszmar- „Emil” Poznałam go w czasie mojej ostatniej bytności w górach. Mój urlop postanowiłam spędzić pokazując Julce uroki Bieszczad. Aśka nie miała żadnych innych planów więc też postanowiła się z nami wybrać. Pensjonat w którym mieszkałyśmy był niczego sobie. Na towarzystwo też nie zamierzałam narzekać przynajmniej dopóki on się nie pojawił. Jak na złość przyjechał z kumplem któremu Aśka wpadła w oko więc on czuł się w obowiązku zająć mną... Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie, więc zajęli sąsiedni pokój. Uciekałyśmy przed nimi na wszelkie sposoby, ale to nie dawało zbyt wiele. Subtelne aluzje, że nie jesteśmy zainteresowane niczym co ma z nimi związek nic nie dawały. Boże, to dopiero byli natręci... przezornie nie ruszałam się bez Julki na krok. Zwłaszcza kiedy przez przypadek usłyszałam jak ten idiota obiecywał jej dychę za zostawienie nas samych. Byłam naprawdę dumna, kiedy my odpowiedziała, że nie wolno brać niczego od obcych i uciekła... Tak więc osobnik ten zepsuł mi niemal w połowie długo wyczekiwany urlop. Poza tym uczulił mnie na zwierzęce zdrobnienia. Jak tylko słyszę okrzyk: misiaczku, koteczku, rybeńko to aż mi skóra cierpnie... Zdecydowanie porównywanie mnie do ryby jakoś mi nie pasuje.
- Rybeńko wyjechałaś tak nagle.- rzucił z wyrzutem- Nawet nie zdążyłem się pożegnać. - Nawet nie zauważyłam.- a pewnie specjalnie wyniosłyśmy się, że tak powiem po angielsku żeby nam życia nie zatruwali...- Wybacz ale śpieszymy się. Złapałam Tomka za ramię i błyskawicznie ruszyłam do domu. - Jak to... Daj mi chociaż swój numer.- nie dawał za wygraną. Udawałam, że ogłuchłam i nic nie słyszę. W pewnym momencie faktycznie nie słyszałam nic oprócz złośliwego chichotu mojego towarzysza. - Rybeńko? - Nie odzywaj się do mnie to wszystko przez ciebie...
Dzisiejszy dzień był jakiś dziwny. Sama nie wiem czemu. To chyba moja kobieca intuicja postanowiła zadziałać. A wewnętrzny radar mówił, że coś jest nie tak. I to nawet bardzo nie tak. Zważywszy na fakt, że dotyczyło dziwnego zachowania Aśki. Coś knuła, jak nic. Niestety nie chciała puścić pary z ust. Przynajmniej do dzisiaj. Właściwie nie miała wyjścia, bo sama się o wszystkim dowiedziałam. Chociaż lepiej dla niej