Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 21 min czytania

Matczyn

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Matczyn.

- ale kurwa fart... patrz pan. - co proszę...? - fart kurwa! siedzę tu i co rusz kogoś nowego przywożą... - przecież to kościół... - jeszcze ta trumna... pożal się Boże... - mnie się podoba... stonowana. - jak kazania tego księdza... wczoraj słuchałem jego pitolenia, aż na bełta mnie zebrało... - Pan, zdaje się ateista. - jaki kurwa ateista...? heretyk jak już. - a mnie... podobało się dzisiaj to kazanie, bardzo życiowe. o sztuce miłości. - idź pan na ulice, a będziesz umiłowany przez tych warchołów... siądź na chodnik, to Cię przepędzi jeden z drugim... i pięści miłościwie wznoszone do nieba... do Boga? - fakt... siedziałem kiedyś na chodniku to mnie jakiś kurdupel z kopa... - wybrudzony żeś pan, może podadzą wodę... - mnie nie trzeba, trochę zmęczony tylko jestem. - tak wcześnie...? - niskie ciśnienie. - początki zawsze są trudne, ale dasz pan radę. wierzysz pan...

Pod majestatyczny i monumentalny kościół zdobiony ornamentycznie podeszła niechciana dwójka. Starzec w podartej fioletowej kufajce i młodziak nie starszy jak sześć czerwców, tak ciepłych jak dzisiejszy. Byli różni jak kolory zgromadzonych pod kościołem. Nie łączyło ich powierzchownie nic. Ani wzrost, podobieństwo odgrywanych ról, nawet cel. Starzec patrzył spod byka, doświadczony łowca nie uchybi żadnej nadarzającej się okazji. Żeby zjeść. Ograbić. Uciec. Tylko lata nie te, zostały tylko szybkie oczy, którymi przewracał pokątnie. Młodziak uśmiechał się patrząc na adekwatne sukienki elegantek, kolory wiązanek trzymane przez odświętnych mężczyzn w niedopasowanych marynarkach. Rzadko wchodził w tak plamistą orgiew kolorów swoimi młodymi jeszcze oczami. - wytrzymasz...? - starzec mierząc z pogardą odbierany pompatycznie nastrój towarzyszący modłom wzrok zawiesił na chudej i brudnej twarzy malca. - tak, proszę pana. poczekam tutaj. - Młodziak bez zastanowienia poderwał swoje zapatrzenie wprost na drapieżne i dynamiczne ślepia. Starzec mruknął, po czym ruszył przed siebie. Oddalił się w stronę gmachu Wspólnoty Bożej. Zniknął w zaciemnieniu. Wszedł pewnie nie stosując się do etykiety i szacunku wobec tradycji Katolickiej. Pofolgował swej wierze...

- widział pan!? - ścierwo... co w tym niespotykanego? - ale proszę spojrzeć na tych ludzi... jak na niego patrzą! ta w czerwonych koralach przesunęła dzieci z dala... jak tak można?! a tamten w zielonej weselnej marynarce zaczął się śmiać do kumpla... co za ludzie! - panie... ja ścierwem nazwałem właśnie takich jak oni. - biedny chłopiec! - biedny... zaraz zacznie się lament... biedni to są oni, spójrz pan tylko na nich- piasek pustyni przesypywany nad mułem, co komu ta wiara potrzebna...? - może ktoś pomoże...? proszę zobaczyć, coraz więcej ludzi zauważa. - atrakcję mają... chuje. - pieprzysz pan! co pan taki antypatyczny! - nie antypatyczny tylko nihilista z praktyką tam... - tam to dawno widać pana nie było... - a coś pan taki święty! - patrząc na pana to pić mi się zachciało okropnie... - a pij pan! chlej! dopieroś przyszedł... ten... usiądź se pod mym liściem! - zajadły jak orlik, ale widać, że oczytany...

Promienie słoneczne skutecznie obłapiały mężczyzn okutych w garniturowe zbroje. Na tyle silnie zaciskając brzemię, że aż pot czołami cisnął... Młodziak stał w podartych portkach i odróżniającej się jaskrawej koszulce z napisem nimm2. Patrzył z zaciekawieniem na swojego rówieśnika, który minę przybrał srogą. Podglądany odwrócił się od widza i z jeszcze większą mnogością złości patrzył dumnie przed siebie zatopiony w dumie. Młodzieniec z otwartą buźką wyrażającą zachwyt spojrzał w lewo i dostrzegł stojącą kobietę w czerwonych koralach, która wybitnie unikała spotkania spojrzeń z malcem. - ale ładne kwiaty Pani Bogu przyniosła! - Młodziak zaśmiał się radośnie i uśmiechniętymi oczami powędrował po trzymanej wiązance, po czym wrócił na patrzenie wprost w oczy. - słucham...? Dama udała, że nie słyszy, obejrzała się po ludziach celem upewnienia kto oprócz niej słyszał ten szczeniacki jazgot. - to kwiaty na pogrzeb chłopcze, nie ma w tym niczego do radości! - zebrała się na odwagę i odburknęła pewnie w stronę Radosnej Młodości Młodziaka. Stojący obok spojrzeli po sobie znacząco. Jedni posyłając ku sobie lekki uśmiech, inni w gorzkim zapatrzeniu oczekiwali rozwoju wypadków. - jak to nie?! pogrzeby są fajne, bo tam ludzie przynoszą takie kolorowe kwiaty i my z wujkiem je potem ściągamy i sprzedajemy! - odrzekł rezolutnie niepewnie się zająkając nieświadomy śmiechu jaki wywołał wokół. Ksiądz stojący przy ołtarzu przerwał swój wywód przypatrując się sytuacji przed kościołem, potem stanowczo skrytykował nawyki ludzkie przypieczętowujące zagładę społeczeństwa. Napomniał o sytuacji przed kościołem. Skruszeni, zarażeni sytuacją śmieszną w momencie poważnieli jakby ktoś rozrzucił po parafii antidotum. Młodziak swoją szczerością zyskał sympatię dziadka z lewej i młodzieńców ówcześnie wyśmiewających onego. - gdzie jest Twoja mamusia, dziecko? - zafrasowana interlokutorka tym razem sama rozpoczęła dysputę. Malec zobaczył tuż przed oczyma ogromne czerwone korale. Po czym napotkał ogromne brązowe oczy poważnie przypatrujące się... - yyy... nie wiem... to znaczy, pewnie leży na wujku Stasiu, nie wiem po co, bo kiedy to widziałem, wujek zwykle zakładał spodnie i wychodził, a ona wykrzykiwała, że on musiał się zagrzać, bo jest chory i żebym tego broń Boże nie mówił tatusiowi... Sądziłem, że skoro wujek jest chory to musi iść do lekarza i kiedyś powiedziałem tatusiowi. On zabrał gdzieś wujka, ale kiepski był ten lekarz, bo nadal musiał się dogrzewać u mamy i tatuś chyba za szybko jechał, bo wujek nabił sobie gdzieś siniaka... Ja dostałem od matki lanie za to, że chciałem pomóc wujkowi, no i teraz mama chodzi do wujka go leczyć... – Malec przetarł ręką buzię – Skoro nie chcieli mojej pomocy, to nie... – kończąc rozłożył bezradnie ręce. Ludzie osłupieli. Ogromne oczy znikły, po chwili i korale sprzed oczu malca się uniosły ku górze. - Pani weź tego małego, bo przeszkadza! - starsza kobieta z przodu wysłała bezosobowy komunikat do tyłu. Adresatkę znali jedynie ci, stojący przed Kościołem. Wymieniona, w nakazie pani z przodu wyprostowała się i odbijała spojrzenia swoim gromowładnym. Młodziak stał i patrzył ku górze na anturium czerwone...

- buehehe... - he? - no patrz pan! miałeś pan rację... nie są źli, mają u mnie punkt! - ale jaki biedny ten mały. - w sumie. ale co pan zrobisz? - nie wiem właśnie... chcieć a móc to dwie różne rzeczy. - nie świruj pan, bo wiesz... - wiem... - te! dzie żeś wypruł?! wracaj pan! - zaraz wracam... zobaczysz. - wszyscy tak mówią...

Msza dobiegała końca. Wychodzili ludzie z wiązankami, idąc w patetycznym i nostalgicznym nastroju. Wychodząc z kościoła napotykali spojrzenia stojących na świeżym powietrzu. Spośród tłumu charakterystycznie wyróżniał się Młodziak jako jedyny radośnie śmiejący się do korowodu żałobników wśród ogólnego zgorszenia wobec radosnych oraz nieadekwatnych poczynań. Ludzie wymieniali przez siebie domysły czyje to dziecko, brudne i głupie... - ...może jaki przybłęda? trzeba będzie proboszczowi zgłosić... - smarkacz, ze środka go słyszałam. Ogrodzeniem przykościelnym zmierzał pewnie młody ministrant. - skąd ty jesteś kolego...? - zapytał Młodziaka i spoglądając na twarze ludzi uspokajał ich swoją obecnością. - yyyyy... przyszedłem tu z wujkiem. Nic mi nie możesz zrobić, bo nie jestem sam. - odrzekł z triumfem Młodzik, który wiódł wzrokiem za korowodem... - jesteś w miejscu świętym, to nie miejsce na żarty- Ministrant zdawał się chcieć chwycić za ramię chłopca, ale zmiarkował się i wycofał kroku. - no nie! - widząc szarą maź na ramieniu panicznie zaczął poszukiwać chusteczek higienicznych. Młodzik widząc całą sytuację zaśmiał się głośno zachodząc aż, po czym rozejrzał się i wyciągnął brudną szmatkę. - masz... - zdecydowanym ruchem przedłożył przed nieszczęśnika kawałek materiału. - dobra, poradzę sobie... - chłopak krzywił się znacznie na widok ramienia ozdobionego szarością. - zaraz będzie msza, mam Cię nie widzieć! - dodał stanowczo. Młodziak jedynie przysłuchiwał się z widoczna litością w spojrzeniu. Ministrant odszedł w stronę zakrystii.

- buahahaha... aleś się załatwił, śmierdzisz! – stwierdził siedzący chłopak. - ty się nie śmiej, coś trzeba będzie zrobić z tym gnojkiem... - nie poszedł? – chłopak wstał i wyjrzał przez okno. - nie! stawia się jeszcze... przecież nie powiem mu 'spieprzaj', a jak go stary zobaczy i się dowie, że brakuje... - ty już nic nie dziamdziaj! wziąłeś sam na imprezkę, więc sam wymyśl jak zbyć starego... mnie sie tu podoba, nie zamierzam wpadać na takiej durnocie! - piłeś razem ze mną! - skąd mogłem wiedzieć, że to była kasa parafialna dla biedaków! - teraz to sobie możesz uciekać... i tak wpadniemy obaj! - nie pękaj, trzeba małolata jakoś zniechęcić...

Młodziak usiadł po turecku pod Kościołem na trawie tuż przy alejce. Dookoła niego pustka, w oddali słychać było pieśni pogrzebowe. Niecierpliwie rozglądał się po ciemnościach okrywających lśniący słońcem ołtarz. Wypatrywał chyboczącego się na boki starca, ale nie dostrzegał go. Minęło sporo czasu od ich ostatniego widzenia. Wzrok skierował na płytki chodnikowe, które choć stare, pięknie komponowały się z zielonością traw. Przez kontrast, antagonizm... Może właśnie wypełniały pustkę w tej ułudzie szczęśliwości... Były pauzą, swoistą przerwą pozwalającą zachować wstrzemięźliwy dystans wobec nadmiernej afektacji. Płytkę betonową pochłaniać zaczęła kropla ciemna. Tuż obok miejsce dla siebie znalazła druga i trzecia po dłuższej chwili dołączyła... Z Kościoła wyszedł młody Ksiądz w czarnej sutannie, koloratka wybitnie go uciskała. Był wysoki jak badyl. W ręku trzymał Biblię. Twarz jego zdradzała zamyślenie, spojrzenie uważne śledziło grunt poprzedzający kroki. Spod bujnej brązowej czupryny spływał pot. Wprost na czoło i policzek. Wychodzący przystanął by sięgnąć do kieszeni po chusteczkę... Wtem dostrzegł płaczącego malca siedzącego na trawniku z głową opuszczoną w dół... - oho! hej kolego! oszczędzaj wodę! - Ksiądz z miejsca ruszył w stronę Młodziaka - wiesz, że w Afryce jest problem z wo... - nie zdążając dokończyć, potknął się o krawężnik i przycupnął tuż obok chłopaka, który chlipiąc spoglądał w dół... - masz, Tobie się bardziej przyda... - wyciągnął

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Matczyn — czytnik · opowiadania