Thriller · 6 min czytania
Matczyna miłość (Część pierwsza, oby ostatnia)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wróciłem do domu. Wróciłem do siebie po długiej podróży. Podróży do nikąd, a jednak była mi ona potrzebna. Nie zastanawiałem się, jak moja podróż zostanie odebrana. Właściwie to nie zastanawiałem się i chyba tylko dlatego wyjechałem. Jeśli miałbym się zastanawiać, co sobie pomyśli ktoś z mojego najbliższego otoczenia, to pewnie nigdy bym się na to nie zgodził. To znaczy nie, nie zgodził, ale po prostu nie postanowiłbym tego zrobić. A co z mamą? A co powie reszta? A co ja im mam powiedzieć? Że gdzie jadę? Że po co? Że jestem zły i chcę wyjechać, bo nic mnie tu nie trzyma? Zupełnie bez sensu.
No, w każdym razie wróciłem i moja podróż wcale mnie nie uleczyła. Znaczy się nie liczyłem na to, że mnie uleczy, ale jednak miałem w duchu cichą nadzieję, że to, co mnie czeka, w jakikolwiek, nawet najmniejszy sposób, ale zmieni moje życie. Nie, nie zmieniło. Także jak Ci strzeli do głowy, żeby gdzieś jechać i coś zmienić, to nie jedź. Nie ma sensu. Wrócisz i będzie tylko gorzej. Tak, jak ze mną. Jest tylko gorzej. Sądziłem, że kiedy ucieknę z tego ciepłego, rodzinnego gniazdka i parę spraw sobie przemyślę to moje demony odejdą. O tych demonach opowiem zaraz, za moment, są dosyć zaskakujące, także chyba warto nieco poczekać. Mnie nie zaskakują, bo jestem, jak to mówią, trochę niespełna rozumu. Ja to nazywam chorobą. Inni tego nie nazywają w ogóle, bo czegoś takiego dla nich nie ma. Nie istnieje. Nie funkcjonuje. Wszystko Ci się sympatycznie układa, masz pieniądze, jesteś młody, w miarę ładny. To znaczy ładny, przystojny, no to w czym możesz mieć problem? W niczym. Teoretycznie w niczym. Wyjechałem, bo chciałem zamordować moją matkę. Mamusie, mamcie, kobietę, która mnie poczęła. Oprócz tego, że poczęła to jeszcze wychowała, to tak, jakby było mało. No ale zdarza się. Czasem pojawiają się rzeczy, których byśmy sobie nie życzyli, no ale jednak nie zważając na nasze pobożne życzenia się pojawiają. Tak właśnie było ze mną. Ojca też miałem. To znaczy mam do dzisiaj. Był, potem zniknął, potem znowu się pojawił i tak ta ciuciubabka trwała w najlepsze przez kilkanaście lat mojego życia. Nie narzekałem nigdy na swoje życie. Wiadomo, że nie było kolorowo, bo jak może być kolorowo, kiedy utrzymywany jesteś jedynie z matczynej pensji, która pełni służbę społeczną w charakterze pielęgniarki. Niemniej, zawsze dawała radę. Ja z natury jestem leniwy. Nie wymagam od siebie zbyt wiele. Za to od innych sporo. Czasem chyba zbyt sporo, nazbyt dużo. No ale kto by się tym przejmował. Można było zawsze iść do pracy. Tylko po co? Praca dla młodych jest bez sensu. To znaczy pewnie jakiś sens ma, tylko że mnie to…