Inne · 8 min czytania
Matka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Burczenie nie ustawało. Nie pomogło zakrywanie uszu rękoma i chowanie głowy pod poduszkę. Narastało i coraz wyraźniej dochodziło do świadomości śpiącego mężczyzny. Za chwilkę wstanie, podrapie się po głowie, jeszcze oszołomiony długim snem, jeszcze niezdający sobie sprawy z tego, ze jest głodny, jeszcze nie obwiniający jej za tą drobną i zwyczajną niedogodność.
Wysunęła drobne stopy z pod rąbka kołdry i stanęła na zimnej podłodze. Skulona podreptała do kuchni i wstawiła mleko. Wyobrażała sobie, że jest dzień po ślubie i wierzy w to, ze może go pokochać. Ba! Nie tylko wierzy, ale chce tak samo pokochać jak jego matkę. To przyszło bez trudu. Zakochała się w jego matce i przez jego serce (a raczej rozporek) przedarła się do jej świata. Bezpiecznego i ciepłego. Nigdy nie miała prawdziwej matki, takiej z krwi i kości. Chowana jak zwierzątko, w drewnianym łóżeczku ze szczebelkami jak kraty, przytulała się do szmaty litościwie rzuconej przez opiekuna. W kątach kolejnych domów szukała utulenia gdy było jej smutno. Była dziwnym dzieckiem- tak o niej mówiono. Dorastała w odosobnieniu, bawiąc się cieniami i plamami światła słonecznego na podłodze. Karmiła nimi swoją wyobraźnie i nie pozwalała sobie na stąpanie po ziemi. Unosiła się wysoko, ponad łóżka stojące w równym rzędzie, ponad oddechy innych dzieci, śpiących niespokojnie w skotłowanej pościeli. Ona prawie nie spała, ale też nie żyła na jawie. Była jedną wielką tęsknotą za odrobiną zainteresowania. Nigdy się jej nie udało dostać tego, czego pragnęła najbardziej na świecie, aż do czasu gdy poznała tego mężczyznę. Spodobała mu się jej niewinność. Tak powiedział, wsuwając rękę pod spódniczkę. Pewnie zaprotestowałaby, gdyby nie to, że wcześniej jedli razem z jego matką kolacje. Nie mogła się na niczym skupić spoglądając na tą zniszczoną kobietę. Zachłannie notowała każdy gest, będący dowodem na istnienie intymnej więzi miedzy matką a synem. Obserwowała zza zasłony grzywki, jak gdyby nigdy nic, rozkoszując się smakiem czerwonego barszczu. Śledziła każdy najmniejszy nawet przejaw serdeczności i czekała z niecierpliwością na to, by jakiś odprysk matczynej miłości spadł i na nią. I jeszcze gdy już była u siebie, w swojej zagraconej wynajmowanej kawalerce, analizowała, szukała i wspominała. Tak, na pewno, ten uśmiech był skierowany do niej i to spojrzenie. Spodobała się jej, na pewno. Dlatego jutro też pójdzie do niego, też położy się na plecach i cierpliwie będzie znosiła wędrówki szorstkich palców po jej plecach i brzuchu i może nawet zapomni się i pozwoli mu zanurzyć się w jej piersiach. Zapłaci każdą cenę by znaleźć się w zasięgu ciepła bijącego od tej kobiety.
Codziennie się jej przyglądała i badała na ile może sobie pozwolić. Początkowo musiała się wycofać. Kobieta nie pozwalała sobie pomóc w kuchni, mówiła: daj, ja to zrobię po swojemu, po co masz niszczyć sobie dłonie. Ale z czasem, zaczęły rozmawiać. Od słowa do słowa, matka zgodziła się na ślub. Było skromnie i cicho, tylko noc poślubna była bolesna i krwawa. Na szczęście szybko się skończyła, a rano mogła udawać że jest w porządku, przy wspólnym śniadaniu z Matką którą mogła już tak nazywać.
Dni mijały wypełnione brzękiem mytych szklanek, kapaniem wody z kranu, szumem w rurach… nie rozmawiały za dużo. To nie było potrzebne, ale powoli zawiązywała się między nimi nitka sympatii. Życie toczyło się pod nieobecność syna i męża. Przy jego powrocie wszystko pękało jak mydlana bańka. Wtedy on stawał się najważniejszy. Spojrzenia ku niemu skierowane, dłonie ku niemu obrócone. Podanie obiadu, przygotowanie kąpieli… Mężczyzna wrócił. Potem już tylko noc… Czarna i głośna… ale im bliżej świtu tym milsza, bo już tylko godziny, minuty dzieliły od momentu kiedy zatrzasną się za nim drzwi i kiedy będzie mogła dotknąć dłoni tej kobiety którą pokochała całym sercem. Będzie mogła spełniać…