Inne · 6 min czytania
Matka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PROLOG
Przylegając ufnie do boku swojej matki, Meesa oglądała piekło. Wokół płonęły gigantyczne pożary, a mrok ciszy rozdzierały krzyki konających ludzi. Gwieździste niebo kryło się w chmurach gryzącego dymu. Ironicznie, tylko wycie śmierci dowodziło życia wokół. Dziewczynka obserwowała wszystko z kamienną twarzą, choć serce rozdzierał jej smutek. Bynajmniej nie żałowała ludzi. To Ona była powodem jej cierpienia. Ona i Jej marsz ku zagładzie. Nas wszystkich. Ludzkości.
*****
Wszystko zaczęło się zaledwie trzy miesiące wcześniej... Ludzie zapatrzeni w swoje zepsute dusze kroczyli ścieżką śmierci, nie bacząc na ofiary. Rozrost metropolii doprowadził praktycznie do wymarcia Natury. Dzieci oglądały drzewa i kwiaty jedynie na hologramach. Zwierzęta żyły w egzotycznych oranżeriach wśród plastikowych roślin, faszerowane sztucznymi odżywkami i oddychające powietrzem przesyconym środkami uspokajającymi. Wszystko ku radości bezmyślnej masy, uważającej się za szczyt cywilizacji na tej niedoskonałej planecie. Zresztą powoli kolonizowali pobliskie planety, bo przeludnienie osiągnęło swoje ekstremum już jakiś czas temu. Szczyt cywilizacji. Ale gdzie zgubili szacunek? W każdym razie w końcu nastąpił dzień, gdy Matka się zbuntowała. Miała dość patrzenia na mordowanie i więzienie Jej dzieci.
*****
To był wczesny ranek. Słońce wychylało się zza horyzontu. Gdyby nie wieżowce zasłaniające widok, byłaby to zapowiedź naprawdę pięknego dnia. Meesa spała sobie smacznie w swojej różowej, puchatej pościeli na miękkim, cieplutkim materacu. Być może śniła o księżniczkach w pięknych sukienkach albo jednorożcach wesoło brykających po tęczowej łące. Reszta domu również pogrążona była w błogiej ciszy. Sen był dopiero w połowie swojej wizyty. Ciche pochrapywanie rodziców idealnie komponowało się z elektronicznym tykaniem zegara w korytarzu. Gdybyśmy zajrzeli do innych domów w okolicy, gościłaby w nich identyczna atmosfera. Gdybyśmy natomiast zajrzeli do oranżerii, zobaczylibyśmy setki uważnie wpatrujących się w nas par oczu. Naszych uszu dobiegłyby ciche pomruki, sapnięcia i piski. Wszystkie zwierzęta wykazywałyby niejasne podniecenie i pełne napięcia oczekiwanie. Gdy słońce wychyliło dokładnie połowę swej twarzy zza krawędzi świata, uszu Meesy doszło głośne, jednostajne buczenie. Gdy w końcu wyrwała się z objęć sennych marzeń i otworzyła oczy, ujrzała nad sobą węża. A przynajmniej tak jej się wydawało. Podłużny, obły, zielonkawy kształt wisiał nad jej łóżkiem, kołysząc się delikatnie.