Fantasy · 20 min czytania
"Matka - czyli rodzinne strony"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Opuszczali chatę uzdrowicielki późnym popołudniem. Litos szedł wyprostowany i milczący. Jego ucho było purpurowe jak piwonia. Obok niego kroczył Tybo niosąc duży plecak i jeszcze większą niepewność. Znów czuł się jak sługa, ale nic nie potrafił na to poradzić. Cisza, do której by przyzwyczajony z jednej strony go uspokajała z drugiej wyjątkowo drażniła. Od momentu przebudzenia Litosa szukał okazji by powiedzieć mu, że operacja się nie odbyła i że kleszcz ma sjestę gdziekolwiek teraz jest. Ciągle nie mógł zdobyć się na odwagę, ale wreszcie zaczął. - Operacji nie było – powiedział bardzo cicho, prawe do siebie. Czekał na reakcję, której nie było. Litos nic nie powiedział. W przebłysku świadomości poczuł, że Litos doskonale o tym wie. Nie powiedział już nic więcej i to było wszystko, co powiedzieli sobie na temat całej operacji. Obydwaj czuli, że nie będzie już kolejnej próby. Obydwaj czuli również, że celem jest teraz czteroletni chłopczyk z medalionem.
Szli długo, bo prawie dwa tygodnie, zbierając informacje o wędrującej grupie górali, którzy kierowali się do Averlandu. Obszar Averlandu można było nazwać rodzinnymi stronami Litosa i Tybo. Z każdym dniem byli bliżej grupy górali i wspaniałych gór. Z każdym dniem informacje zbierane po drodze były bardziej dokładne. Chłopiec na pewno był pośród dwóch wozów i dziewięciu dorosłych. Serce Tybo rozpierała radość na wspomnienia dobrze znanych zakątków. Powietrze było czyste jak kryształ i zimne nawet w najcieplejszy dzień. Smakowało wspaniale i nawet Litos, który spędził w tych górach znacznie krótszy okres wydawał się poruszony. Górskie, czerwone szczyty cudownie kontrastowały z głębokim błękitem nieba. Osady ludzkie były coraz bardziej ubogie, coraz bardziej czerwone i surowe. Ludzie coraz więksi, silniejsi, bardziej kościści. Coraz więcej krasnoludzkich rzemieślników, coraz mniej zwierząt hodowlanych, coraz ciemniejsze lasy. Po prawej obok traktu płynęła rzeka. W całym Imperium nosiła niezliczoną ilość nazw. Od Rzeki Krwi, Rzeki Ciała, Dużej Rzeki, Wiecznej, Imperialnej, poprzez bardzo lokalne nazwy jak Żyznówka, Smutaj, Lewnawa czy Królak. Ludzie, którzy podróżowali po Imperium nazywali ją więc po prostu rzeką i nikt nigdy się nie mylił o jaką rzekę chodzi. Nie było drugiej takiej w całym Imperium a niektórzy mówili, że i na całym świecie. Nawet tu przy źródłach była wartko płynącą szeroką rzeką, szerszą niż wiele rzek przy ujściu. Co ciekawe i co zauważył już dawno temu Tybo, zdecydowana większość osad ludzkich znajdowała się na jej lewym brzegu. Tam również znajdował się szeroki Imperialny trakt. Tu w górach trakt w zasadzie przypominał już górską dróżkę, która uporczywie trzymała się rzeki, rozsądnie biegnąc wysoko nad nią. Dzięki temu wiosenne powodzie oszczędziły zarówno założone domostwa jak i podróżnych. Rzeka skrzyła się w coraz głębszej rozpadlinie. Grupę górali zobaczyli o zmierzchu. W miejscu, które doskonale znali. To tu do rzeki dochodziła Lipnica, mała górska rzeczka. Był tu kamienny płytki bród, jednak stromy stok prowadzący do brodu wymagał od kupców szczególnej ostrożności. Było tu też doskonałe miejsce do obrony, szeroka kotlina z urwiskiem z jednej strony i czerwoną górską ścianą z drugiej. Jedyne przejście do Cytadeli, stolicy tego regionu. W górze, na przeciwległej półce skalnej, obok której biegł trakt był pierwszy fort obronny Averlandu. Tylko miejscowi wiedzieli, że tam się znajdował oraz, że krył śmiercionośne katapulty, które z tamtej pozycji były wstanie trafić w dowolne miejsce w całej kotlinie. Podczas regularnych treningów latających głazów było tyle co pszczół latających nad przewróconym ulem. Górale nie wierzyli, że kiedykolwiek katapulty przydadzą się, bo i po co najeżdżać biedny Averland. Jednak młody, trochę przewrażliwiony Baron Averlandu był innego zdania. Litos i Tybo stali na trakcie po drugiej stronie kotliny i patrzyli na przeprawiające się, wozy. Wzrokiem szukali chłopca jednak nigdzie go nie widzieli. Ruszyli w dół. Bród na Lipnicy był zaledwie o dzień drogi od wioski Bystrze, w której przygarnięto Litosa. Około dwóch dni drogi było również do Rudawki, wsi a w zasadzie przedmieść Cytadeli Averlandu, z której pochodził Tybo. Serce Tybo waliło z podniecenia. Powtarzał w głowie scenariusz rozmowy, który opracował przez te dni wędrówki. Wszystko mu się jednak teraz plątało i wydawało kompletnie nieprzydatne. Szybko doganiali wozy wolno wspinające się pod górę. Ich koła dudniły o kamienie a dźwięk roznosił się głośnym echem po całej kotlinie. Byli jakieś trzydzieści kroków za ostatnim wozem, na którym stały powiązane beczki. Przed beczkami, bliżej woźnicy siedzieli zawinięci w koce trzej mężczyźni. Właśnie suszyli stopy po przeprawie. Jeden z nich wstał i opierając się o beczkę spojrzał w ich stronę. Mruknął coś i wszyscy powstali żeby zerknąć na wędrowców. Tybo i Litos pozdrawiali ich dłonią. Tybo uśmiechał się. Nagle z pierwszego wozu wychyliła się czarna główka młodego chłopca. Patrzył na nich. Jego wzrok od razu skupił się na Litosie. Wpatrywał się w niego tak długo, że nawet Tybo postanowił na niego zerknąć. Litos mierzył wzrokiem chłopca. Wyglądał bardzo poważnie. Jego ręka sięgnęła do rzemienia i wyciągnął medalion. Srebrny, dość gruby owal misternie poprzecinany czarnymi bruzdami, tworzącymi jakby mapę. Nic więcej, żadnych szlachetnych kamieni, żadnego złota, metal nie wyglądał nawet na srebro. Medalion kołysał się teraz w rytm kroków Litosa. Tybo zerknął na chłopca, przy okazji zauważając skupione spojrzenia ludzi na wozie. Ludzie zerkali na Litosa który pokazywał naszyjnik oraz na chłopca, który patrzył. Nagle chłopiec odwrócił się i usiadł znikając im z widoku, ale Tybo był przekonany, że mały dokładnie przyjrzał się temu co pokazał mu Litos. Zwolnili i szli za wozami w ich tempie. W pewnym momencie nad burtę powozu wysunęła się mała rączka trzymająca medalion. Była tylko chwilę, ale to wystarczyło, by wiedzieli. Tybo postanowił poczekać na dogodną sytuację, żeby nawiązać kontakt z podróżnikami. Po jakiejś półgodzinnej wędrówce, trzech mężczyzn zeskoczyło z wozu kierując się dokładnie w ich stronę. Przewodził im silny, może czterdziestoletni mężczyzna w skórzanych spodniach i kurcie. Był barczysty, zarośnięty i śniady. Jego rysy doskonale łapały cienie. W dłoni jakby od niechcenia trzymał toporek na długim trzonku. Chyba cały metalowy. Dwóch, którzy stali za nim było jeszcze chłopakami. Rosłymi co prawda, ale chyba jeszcze nie używali brzytwy, mieli króciutkie ciemne włosy, lekko odstające duże uszy i duże dłonie. Przy pasie dyndały średniej wielkości toporki. - Dobra... Co jest? – zaczął lider, ruszając głową zawadiacko w górę. Tybo poczuł, że wszystkie plany poszły w łeb. - Wracamy w rodzinne strony. Ja jestem Tybo a to Litos. Z Rudawki jestem a wy, bo dawno nie byłem i twarzy nie poznaję? – uśmiechnął się. Również się uśmiechnęli. Uff!! - My zara koło. Je jestem Ihaas a to Łapa i Komin Do Cytadeli jedziem, towary dla Barona i do swoich po okolicy. – przedstawiając machał głową na boki. Zablokował im drogę. Wozy jechały turkocząc dalej. Litos miał spuszczoną głowę i wydawał się nie patrzeć na górali. - No dobra... A co ten tu, za czary robił, z wahadełkiem? – zamruczał groźnie Ihaas, wskazując głową Litosa. Podrzucał głowę jak koń, którego uwiera wędzidło. Tybo uśmiechnął się. Intuicja podpowiadała mu, że lepiej będzie grać w otwarte karty. - Pokazywał medalion chłopcowi, który jedzie z wami. – powiedział spokojnie Tybo, uważnie patrząc na ich twarze. Chwilę trwała cisza. - A po co? – skrzekliwym głosem rzucił Łapa. - Są... rodziną – powiedział Tybo, patrząc ukradkiem jak zareaguje Litos. Górale wydawali się bardzo zmieszani. - Rodziną Astesa? – powiedział dudniąco ten drugi. Dziwne jak bardzo odmienne głosy mieli Ci chłopcy. Tybo skinął głową. Przyzwyczaił się już, że teraz należało powiedzieć coś co rozładuje skrępowanie wywołane milczeniem Litosa, zanim padnie pytanie w stylu „A co on niemowa?” - Litosa, mojego kompana głowa dziś boli, jakby ją od środka krasnoludy z rudy obłupywały. Wybaczcie, że taki mruk z niego. Zresztą zwykle mruk jest, jak Troll górski, ale dobry człowiek i niezrównany wojownik. Zawsze dla dobrych celów miecze wyciąga i nie raz to robił, więc jak jesteście w potrzebie to chętnie pomorze. Litos kiwał wtedy raz głową, tak samo jak i teraz. Tybo dokończył jak zawsze dowcipnie. - Ale znam lek Panowie... Głowa zaraz przestanie boleć, jak tylko do karczmy po lekarstwo zawiniemy. Zaśmiał się szczerze z własnego dowcipu, który mówił już setki razy. Tym razem również odniósł efekt. Górale gromko zaśmiali się. Komin nawet ruszył ręką pokazując im żeby szli. Marząc już pewnie o karczemnych rarytasach. Jednak Ihass nie drgnął, skończył się śmiać i zapytał, poważnie wracając do tematu. - A co to za rodzina? - Ta sama – bąknął Tybo - Co to znaczy, ta-sa-ma. – powtórzył przeciągają litery. Na końcu znów wierzgnął głową i przymknął oczy, popędzając odpowiedź. - Ta sama co... – mówił Tybo szukając odpowiedzi. Usłyszał beznamiętny głos Litosa. - Porzuciła mnie – wszedł płynnie w zdanie nie podnosząc głowy. Wszyscy zamilkli. W oddali słuchać było turkoczące wozy. Ihaas szarpnął głową jak koń, otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko wypuścił ze świstem powietrze. Napięcie narastało. Wszyscy patrzyli teraz na niego, wreszcie coś wydusił z siebie. - I co tera? – zabrzmiało niezbyt bystro - Na razie nic - powiedział Tybo i doprecyzował. - Pójdziemy za Wami, pogadamy, poznamy się i zobaczymy co będzie dalej. Nie szukamy problemów a jedynie... – Tybo urwał. No właśnie czego oni szukają? Nie dokończył już tego zdania, bo nie wiedział jak. Ihaasowi wystarczyła ta niepełna odpowiedź. Mruknął tylko i odwrócił się do swoich kompanów, jakby szukając wsparcia. Bez skutku, wydawali się zmieszani. Wzruszył ramionami i zarzucił głową w bok pokazując Tybo i Litosowi by szli za nim. - Chodźcie – burknął beznamiętnie, choć nie…