Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 13 min czytania

Matura z matematyki

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kwitnące kasztany zwiastowały coroczny egzamin maturalny. Koszmar, okupiony nieprzespanymi nocami i intensywną nauką nadrabiającą stracony w ostatnich latach czas. Tylko dzięki wzmożonemu kuciu Jacek miał szansę na zdanie egzaminu będącego przepustką na studia.

– Jak oblejesz, to nie licz na cud i miód – gderała matka. – A tak pójdziesz na studia i masz bramy świata otwarte na oścież. Będziesz kimś.

– Tak, kimś. –Przemknęło mu przez głowę.

Jacek tak naprawdę nie myślał o studiach. Dumał nad rozszerzoną matematyką, podwójnie rozszerzonym koszmarem, na który trzy lata wcześniej nieświadomie się zapisał. Matma nie była jego konikiem, można powiedzieć, że była raczej kulą u nogi. Teraz zaś miało się okazać, czy braki w wiedzy zostały uzupełnione, czy też sprawdzi się krakanie rodzicielki i jedyną pracą, na jaką będzie mógł liczyć, to zostanie męskim odpowiednikiem babci klozetowej. Czyli co, dziadek klozetowy?

– Jacek, jak oblejesz, to praktykę w szorowaniu kibli zaczniesz u nas w domu – ryknęła matka na pożegnanie, jakby czytając w jego myślach.

Tak naprawdę kibicowała mu z całych sił. Jednak znając go najlepiej na świecie, musiała na niego krzyknąć. To był jej rodzicielski obowiązek.

– Tak mamo – odpowiedział i wyszedł z domu.

W tym jakże ważnym dniu nie wyglądał jak wykwalifikowany pracownik toalety publicznej, a raczej jak prezes banku. Biała koszula, niebieski krawat w czarne paski, czarny gajerek i takiegoż samego koloru lakierki. Przystojna gęba, gładka buzia bez śladu zarostu, niebieskie oczy i krótkie blond włosy przyprawiały niejedną rówieśniczkę o szybsze bicie serca. Dzisiaj nieistotne były atuty podarowane przez naturę. Liczyła się wiedza i szczęście. To zaś zapewnić miały mu czerwone slipy, zawsze towarzyszące mu w najważniejszych egzaminach. Co prawda były już przyciasne, ale czego nie robi się w pogoni za szczęściem.

Wchodząc do sali egzaminacyjnej, poczuł się, jakby był tam po raz pierwszy w życiu. To nie była już ta aula, gdzie rokrocznie wysłuchiwał nudnych i przydługawych przemówień dyrektora szkoły. Tego niepozornego chudego i małego człowieczka, ubranego zazwyczaj w zbyt duży, błyszczący garnitur. To właśnie ten mieniący się to na zielono, to na niebiesko garnitur, przyczynił się do nadania dyrektorowi przezwiska "chrząszcz". Jego zbyt duże buty i noszone na zbyt dużym nosie zbyt duże okulary, czyniły go postacią groteskową.

Jacek wszedł do sali i poczuł jak kropla potu, spływa mu po plecach. Skupiony na własnych myślach niemal nie dostrzegł innych uczestników "rzezi". Zerknął jedynie na komisję egzaminacyjną i odetchnął. Był w niej ich matematyk, co do którego był pewien, że nie będzie zbyt intensywnie pilnował. Z jednej strony gwarantował to jego słaby wzrok, który mimo noszonych przez niego grubych okularów wystarczająco się nie wyostrzył. Z drugiej zaś jego stany "zastygnięcia" dawały okazję, które można było wykorzystać. On nie był groźny.

Pozostałe dwie osoby z komisji, składały się z nieznanych mu kobiet, co wzbudzało uzasadniony niepokój. Obie w średnim wieku, z zaciśniętymi ustami. I na tym kończyło się ich podobieństwo. Jedna z nich, ta z krótko obciętymi rudymi włosami, miała wyraźnego zeza. Gdy spoglądała na rozmówcę, ten nigdy nie był pewien, co widzi. Druga kobieta rozlewała się niemal na cały stół, przysłaniając wszystko wokół. Jej wielkość przekraczała wszelkie wyobrażenia. W myślach nazwał ją "blobfisch" i zaniepokoił się swoją śmiałością. Blobfisch raczej nie powinna mieć ochoty na chodzenie po sali. Czując kolejną kroplę potu, spływającą po plecach, Jacek czym prędzej odwrócił wzrok od niecodziennej komisji i poszedł do przydzielonego stolika.

Po zapoznaniu się z zadaniami mina mu zrzedła. Ba, można by rzec, że przypominała wykrzywioną twarz orangutana, dumającego nad swoim niewesołym życiem. Szansa jednak wciąż się tliła. Pierwsze zadanie w miarę sprawnie rozwiązał, co dodało mu nieco animuszu. Niestety kolejne zagadnienie okazało się znacznie trudniejsze, praca mózgu przyspieszyła, a na skroni pojawiły się pierwsze kropelki potu. Będąc w połowie zadania, zaczął odczuwać spowolnienie pracy mózgu, a głowa stawała się coraz cieplejsza. Niestety czas, odwieczny i nieprzejednany wróg, pędził jak oszalały niczym Ben Johnson na sto metrów. Nieodgadniona istota czasu. Gdy chcemy, by coś trwało bez końca, on kończy się nieubłaganie, gdy chcemy, by przyspieszył, on wlecze się niemiłosiernie. Jacek chciał go zatrzymać czas, a on nie miał takiego zamiaru i pędził coraz szybciej. Chłopak nie znajdując innego wyjścia, przymusił się do jeszcze intensywniejszego myślenia i stała się rzecz nieoczekiwana.

– Jacek, dymisz – cichutko odezwał się Zenek.

Tak, Zenek zawsze wszystko widział w przeciwieństwie do innych. Po podniesieniu nad głowę ręki Jacek poczuł osadzającą się na niej wilgoć. Już nie walczył jedynie z matematyką i czasem, kolejnym wrogiem okazał się organizm, niedostosowany do tak wielkiego wysiłku intelektualnego. Póki co, dymek był ledwie widoczny, czuł jednak, że sytuacja wkrótce może wymknąć się spod kontroli. Jedyne co przyszło mu do głowy, to założenie czapki z daszkiem, która mogła powstrzymać parowanie. Założył ją na głowę i wrócił do niedokończonego zadania. Niestety czerep grzał się jeszcze szybciej, a on wciąż męczył się z tym potwornym zadaniem.

– Dlaczego założyłeś czapkę na głowę?

Do uszu Jacka dobiegło pytanie matematyka. Chaos panujący w głowie, nie ułatwiał odpowiedzi i pewnie długo by milczał, gdyby nie stałe upominanie go przez matkę: „załóż czapkę synku, bo się przeziębisz". Odpowiedź automatycznie wypłynęła z ust, bez udziału świadomości.

– Zimno mi jest, a mama mówiła, bym zakładał czapkę.

Matematyk przyglądał mu się z niedowierzaniem, Jacek zaś ignorując jego obecność, wrócił do rozwiązywania tego cholernego zadania. Niestety dym wydobywający się z nozdrzy, zawężał pole widzenia, przez co cyfry stawały się mniej wyraźne. Mimo wszystko nie poddawał się! Jego ojciec zawsze powtarzał, że byle pierdoła nie może nas powstrzymać, więc i jego jakiś tam dymek nie powinien zastopować. Wydechy robił na bok, by dym nie utrudniał pracy i tym sposobem udało mu się dobrnąć do końca drugiego zadania. Wydychanie powietrza w lewą stronę pozwoliło na kontynuowanie pracy, natomiast Magda, na którą dym leciał, nie była zachwycona takim obrotem sprawy. Patrzyła na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Matura z matematyki — czytnik · opowiadania