Filozofia · 36 min czytania
Mechanizm tarcia albo miłość niepodzielna przez 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Mechanizm tarcia albo miłość niepodzielna przez 2
„Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba” Edward Stachura
Młoda
Jestem dokładnie tu gdzie nigdy dojść nie chciałam. Potrzaskana po kolejnym ‘samobójczym skoku’. Znowu dałam się nabrać na ten sam nędzny żart. W dodatku mój własny. Spędziłam dzień próbując przełknąć prawdę, która staje mi ością w gardle. A więc siedziałam na przystanku. Jedna z najbardziej obskurnych zajezdni, jakie widziałam. A wbrew pozorom widziałam sporo. Sama nadal się dziwię. Niektórym nie jest dane tyle zobaczyć przez cały ogrom życia. Cóż, nie bez powodu ‘wicher’ gna mnie tu i ówdzie. Na małą skalę - tą codzienną, powszednią, zamkniętą w te słynne ‘dwadzieścia cztery’ i na tą wielką, ogólną. Dosłownie i w przenośni. Na wiecznym wygnaniu jestem, przez to podłe ‘wietrzysko’. O tym koniec. Nie tu miejsce. Nie teraz czas. Na przystanek, pod wiatę, na ławeczkę mnie przywiało, bo nawet po tak podłym dniu trzeba wracać do domu na czas. Na prawo jeden z bezdomnych obszczymurków dostarczał atrakcji zapachowych, a na lewo pani o wyglądzie wykrochmalonej i zaprasowanej. Ot, proszę bardzo! Jaki kontrast. Czystość i brud. Biel i czerń. I Symboliczne, odwieczne rozmieszczenie: pani, kobieta bez wątpienia, po lewej, a pan po prawej. Ja w środku. Symbolicznie i wymownie. Między młotem a kowadłem. W próżni. Na równinie. Obecnie na ziemi niczyjej. W krzyżowym ogniu. Tak się czuję. Jednoosobowy naród, jednoosobowa armia. Zawsze wśród ludzi tak mnie dopada wyalienowanie i czuję się ze wszystkich stron osaczona. Strach się bać. Czuję wręcz zwierzęcy instynkt samozachowawczy. Broń się, albo uciekaj. Zjedzą cię. Pożrą. Wchłoną cię! Zniszczą? Wróciłam myślami do kobiety. Niesmak wielki okazywała i swą dezaprobatę względem żulka. Nie na głos rzecz jasna. Wewnętrznie się gorszyła, bo i z tych jest co to zmarzniętym wzrokiem mierzą innych bez cienia jakiegokolwiek ‘chrześcijańskiego miłosierdzia’, nic nie mówiąc. Nie chcą biedne podpaść. Nie żywię do takich pań złych uczuć. Myśl o nich i widok ich zaciśniętych ust i skwaśniałych min powoduje u mnie koślawy pół-uśmieszek współczucia. Nie tyle dla nich, co dla ich nieszczęsnych mężów i ich wspólnych tworów. Wstyd się przyznawać. W sumie ich losy są mi zupełnie obojętne. Tak ja większości z was. Śmiało mogę stwierdzić, że mój widok jest owej kobiecie tak samo przyjemny, jak widok pana który zapewne na długotrwałej, wysokoprocentowej transfuzji jest nie od dziś i nie od wczoraj. Co się martwić. Pani spogląda tak na wszystkich, oprócz siebie, co więcej konsternacja w jej oczach jest raczej uzasadniona. Nie wyglądam przyjemnie. Za ozdobę nie robię, nie cieszę oczu. Wyglądem reprezentuję wszelkie nieszczęścia. Napad płaczu w połączeniu z brakiem chusteczek. Taki wygląd damie nie przystoi. Całe szczęście, że nie uważam się za damę. Od razu o jeden problem mniej. Właściwie to nic już nie jest ważne. Duży smutek zabił pomniejsze. Brak chusteczki a brak Jego. Czym więc może być dla mnie durny brak durnych chustek do nosa?! Ot co. Tak właśnie jest od niedawna. Z tym bagażem mi przyszło wędrować na plecach. Oprócz pani, pijaczka i mnie na przystanku była babcia wyglądająca jakby już jedną nogą była po drugiej stronie i jej łysiejący syn. Kłócili się o coś. Są nieistotni. Nadają smaczek, klimat ponurej przystani, gdzie nikt z naszej piątki wcale znaleźć się nie pragnął ponad wszystko. Bardziej byli mi tu elementem scenografii niż ludźmi. Głupia sprawa. Byli dla mnie tylko tłem, podczas gdy powinni być dla mnie ludźmi. Każdy z osobna powinien być mi ukochanym bliźnim. Czasem chciałabym być bezgranicznie dobra. Kochać was wszystkich i podchodzić z sercem. Dawać szansę. Nawet nie drugą. Chociażby i tą pierwszą, którą tak rzadko ktokolwiek dostaje. Mieć złote serce, siłę i spokój... Mieć złote serce. Mieć jakiekolwiek serce. Mieć je w całości, nie zmiażdżone, nie wyplute – czasem to zbyt wiele. Tak. Gdybym nie była tym, kim jestem, chciałabym być dobrym człowiekiem. Obecnie jestem szczątkami tego, co po ‘dobrym człowieku’ zostało. Na skutek tych marzeń, z biegiem czasu samotnych, bez Tego - Tamtego, stałam się prochem, kośćmi, garstką żalu i kłębkiem bólu zamkniętym w żywym ciele. To jakiś wyrok. Kara za nieprawdopodobne, surrealistyczne, króciutkie szczęście. Kara dożywotnia. Tak więc wygląda pozostałość po dobrym człowieku. Obojętność i cyniczne pseudo - mądrości. Ironiczny uśmiech pożałowania i ten na wypadek pytań niewygodnych. ‘Uśmiech Nr 5’. Maska ochronna. Tyle dostaniecie. Nie chciał, a jednak uczynił mnie tym czego razem zgodnie nie znosiliśmy. Wami się stałam. Gorzka jestem. Słona od łez. Niesmaczna-zniesmaczona. Dysponuję odgrzewanym uśmiechem i porcją nieszczerych grzeczności. Wami jestem. Jedną z wielu nieszczęśliwych. Pamiętam co mówił, kiedy był mi jeszcze choć trochę obojętny. Wieki temu to było. Nie znam już tego uczucia. Słowa ‘lubię Go’ wydają się śmiesznie malutkie, kiedy pamięta się o ‘kocham Go’ stającym się faktem. Pamiętam jak był kiedyś nieszczęśliwy. Teraz odwrócił role. Pewnie tego nie wie. Całe szczęście. Chcę tylko dobrze dla niego, dla nie mojego Tego-Tamtego. Tylko i wyłącznie dobrze, bez żadnego ‘ale’. Koniec tego dławienia się, tego duszenia nieszczęściami. Wróćmy do życia i stąpania nogami twardo po ziemi. Godzina była późna. Przystanek, jak to przystanek, paskudny. Szczyt marzeń co do aktualnego mojego miejsca pobytu to nie był, nie ma co ściemniać. Obraz jaki sobą przedstawiałam – nędza i rozpacz. Z przewagą drugiego. Dzień nieciekawy, pogoda ‘pod psem’, towarzystwo szemrane, nastrój wisielczy, godzina wieczorna. Oby tylko dojechać do domu. Pan kierowca wehikułu na który nasza upiorna piątka czekała przybył w końcu. Autobus ruszył a na prowadzenie w rankingu chwilowych niedogodności wysunął się brak chusteczek. W ruch poszły rękawy. Rozpacz. Mówiłam. ‘Prawdziwa dama’. Aby tylko do domu. Do samotni. Aby przy wejściu bez tych pytań głupich i bez czułości nieznośnych. Aby tylko to wszystko przetrwać, przepłakać, odchorować, przespać. Ten dzień nieszczęsny. Był dla mnie obcy dziś. On, jedyny dla którego ja potrafię być swoja od początku do końca, od stóp do głów. Kiedyś był ostatnim ratunkiem. Gdy mnie wszystko dopadało, to co się czaiło chytrze i obezwładniało jak zwykle, on mnie trzymał przy życiu. Nie wiedział o tym, ale ratował mnie każdego dnia i w każdej chwili. Za to tak mu dłużna jestem. A dziś mnie krzywdził tym pustym śmiechem, którym nie on się śmieje ale Ten-Tamten nieszczęśliwy. Grał. Tak mnie ten dzień sponiewierał. Tylko Ona, chyba jedyna ze wszystkich na około, dziś była realna. Z krwi i kości. Tu, po ziemi chodziła. Tylko Ona dziś była punktem zaczepienia. Jedno spojrzenie i wiedziałam, że to nie koszmar, że się łatwo z tego nie obudzę. To jest, Kochana moja, prawdziwa pomoc, której w twoim mniemaniu udzielić mi nie umiesz. Ty mi pomagasz, ściągając mnie na ziemię. Byłaś ze mną. Nie pozwoliłaś mi się bać głupio. Bo kiedy On grał, ja musiałam. A sił mam mało na gierki. Za mało jak się okazało teraz. Pękło we mnie coś, umarło. Umrzeć jest łatwo, trudniej zmartwychwstać. Trzeci przystanek na drodze. Autobus wiózł 7 pasażerów. Pusto. Przyjemnie jak nigdy. Kobieta z synem umilkli, pani zajęła się komórką. Pijaczek kima niedbale rozwalony wraz ze swoim Dorobkiem Życia w postaci dwóch reklamówek związanych sznurkiem do snopowiązałki. Właśnie dosiadła się młoda dziewczyna i facet po czterdziestce z przewrotnie brzęczącą szkłem siateczką. Moja sytuacja: bez zmian. Brak chusteczek, nadziei i szans na szczęście. Pan z siateczką pełną piwa musiał wyjąć z niej wcześniej już parę butelek i co więcej opróżnić, co wywnioskowałam po kroku jakim zmierzał w moją stronę. O masz ci los! Tylko jego mi tu brakowało. Pan się przysiadł i ruchem niekontrolowanym nachylił się do mojego ucha aby zacząć składanie swojej niemoralnej propozycji:
Część 22 / 2
-Dysponujesz wolnym czasem? -A dysponuje pan wolną chusteczką do nosa albo chociaż sznurem i gałęzią?! Głupie pytanie zadał. Stąd moja durna odpowiedź. Może gdyby zapytał inaczej... Zapytałby się lepiej czy wolnym sercem dysponuję. Otóż nie. Nie dysponuję wolnym. Żadnym nie dysponuję... już żadnym. Całe je miałam dla Niego i całe jest zmarnowane. Panu jednak mało było cynicznych ripost i sarkazmu: -Skarbie... Może się przejdziemy? Gdzie wysiadasz? -Zwalaj pan. Widać chyba drastyczną różnicę wieku. -Po co zaraz te fochy, jak ja grzecznie pytam... no po co tak?!- zaczął być nachalny. Na zakończenie rozmowy się nie zanosiło. Jakby to ująć w proste słowa, unaocznić dosadnie... ‘Wlazłam w gówno’. Jak pech, to pech. Nie ma zmiłuj. -Pani jest taka piękna... a taki charakter. Ajajaj. - kontynuował. -Pan z browarem przesadził. Pan to musi być kompletnie pijany! Żeby to takiej zasmarkanej, zaryczanej, niezbyt pięknej dziewczynie proponować wspólny wieczór i zapewniać o urodzie. Brzmi niewiarygodnie. Chyba najlepiej wiem w jakim jestem stanie, więc raczej mi pan nie wmówi, że jestem piękna, szczególnie dziś. Spieprzaj pan. Tyle panu mogę powiedzieć. Niech mnie pan nie denerwuje. Widać chyba, że jestem nie w nastroju.
O. Postępy. Pan zamilkł urażony, zwiesił głowę, spuścił wzrok, wstał niepyszny i przysiadł się do drugiej dziewczyny. Kwestia ta sama. Ograna już nawet. Zwierzę, nie człowiek. Zwierz. W pogardzie takich mam i takie. Szczery żal serce mi ściska. Niesmak. Razi mnie to. Ta mnogość niepoliczalna. Brak miłości. Bezużyteczność wasza mnie razi i to jak łatwo wam się z nią godzi od lat najmłodszych. Tak was uczą. Dajecie się urobić. Mówią: ‘To normalne’. Mówią: ‘Trzeba schować honor do kieszeni’. Mówią: „Jak dają brać trzeba” Mówią i mówią. Gadają. Bełkocą. Relatywiści. A wy słuchacie. Słuchajcie dalej. Wygodnie tak niczego nie przetwarzać, nie przerabiać na swoje, aż do momentu kiedy budzi się z ręką w nocniku. Wtedy to jest paskudna niespodzianka od życia. Gardzę ludźmi w olbrzymiej większości. Wszystko co robicie wychodzi nieczyste. Pozornie dobre, a podszyte złym. Wszystko ma drugie dno. Nic nieskazitelnego nie ma. Wszystko stworzone ze złego założenia. Na złej bazie zbudowane. Na lichym fundamencie. Wszystko skazane na koniec. Każdy skazany na nieszczęście w tym świecie hipokrytów. Nie jestem od tego wolna. Sobą gardzę tak samo. Ale jestem lepsza choć trochę. Widzę to. Nie oszukuję się, że jestem czysta. Nie łatwo być lepszym, gdy znikąd nie ma wsparcia. Brak motywacji. Teraz nie ma już nic. Moja miłość była niewinna. Długo nie pożyła. Zobacz. Jesteś zły. Jeśli nie, to albo prędzej czy później taki właśnie się staniesz, albo umrzesz jak moja miłość, jak wszystko co niewinne i naiwne. Taki mamy system. Tak to wszystko spapraliśmy. Złym być łatwiej. Mówić: „Nie mam uczuć”. Uspakajać sumienie. Zmniejszać oczekiwania innych wobec siebie. Usypiać. Nie dajcie się uśpić jak psy bezpańskie. Nie dajcie się omamić i oślepić. Wdrożyć w to bezdroże. Róbcie swoje. Zawsze i wszędzie. Mój przystanek. Pijaczek w chwili zrywu strutego umysłu powiedział mi ‘Dobranoc’, gdy wysiadałam. Któryś z pasażerów się zaśmiał. Z tym osobnikiem to nie pierwsze moje spotkanie, a z perspektywy czasu wiem, że też nie ostatnie. Stąd życzenie dobrej nocy. Pani-Sztywna zmierzyła mnie wymownym wzrokiem. Miał wymawiać mniej więcej coś w stylu „Trafił swój na swego”. Udaję że nie widzę tych spojrzeń, nie rozumiem aluzji. To tchórzostwo, ale głupim w życiu łatwiej. Udaję tylko tyle ile muszę. Kłamię tylko gdy się boję. On to wie. On jeden zna ten ból. Pan Podchmielony niefartem wysiadał na tym przystanku co ja. Ten zbieg okoliczności dodał mu jakby zapału. Zawziął się w swoim pijackim postanowieniu i począł leźć za mną, wlec się niezdarnie, pobrzękując siateczką ze szklaną zawartością. Ciemno było, późno, a okolice mojego domu niezbyt bezpieczne. Dziś jednak było mi do bólu wszystko jedno. A może właśnie od bólu. Mimochodem oceniłam Jegomościa-Piwosza na kompletnie ululanego piwem. W końcu dał sobie spokój. Przyznaję: sporą ulgą jest mieć już pijanego wieprza z głowy, ale nie robi mi to większej różnicy. Równie dobrze mógłby mi ktoś obić mordę. Przypuszczam, że nawet poprawiłoby mi to samopoczucie na swój sposób. Równowaga musi być. To pod wpływem czego byłam, tak samo jak mężczyzna pod wpływem piwa, było zwykłym przeraźliwym strachem o wielkich oczach. Odurzał tak samo jak alkohol, a może nawet bardziej. Tak jak alkohol zabijał wszystkie inne lęki. Nie straszny stał się ‘Herr Tod’ ze swoją kosą, wysokość, pająki, ciemność, przestrzeń... On był teraz moją główną fobią, a moja cała, olbrzymia czułość do niego, cała miłość i wszystkie pozytywne uczucia stały się jakimś cholernym stanem lękowym. Z nim w głowie zasypiałam i z nim się budziłam. Tak oto sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Bezgraniczne szczęście stało się wielkim żalem. Zaczęłam ginąć od miecza, którym zawsze wojowałam. Nie będę się oszukiwać. Przecież podskórnie, półświadomie wiedziałam co się kroi. Tak to już jest. Kiedy tylko pojawia się szczęście, na horyzoncie zaczynają kłębić się chmury obaw. Ze szczęściem, ze zwycięstwem ukradkiem zawsze przemyka się nam do serc ta groźba: widmo całkowitej klęski. Wisi w powietrzu, aż niebo pęknie i spadnie na nas ten gówniany deszcz zasranych nieszczęść i porażek.
Pijany
Ach, te chmury... łamały mi dziś serce. Kroiło się na kawałki. Rozczulony i podpity człowiek się wzrusza jak tak sobie na rauszu przystanie i popatrzy w niebo. Dobrze znany obrazek bywalcom imprez, spędów, meetingów, barów, pubów i tym podobnych. Człowiek i alkohol, kiedy sobie porozmawiają dłużej wewnętrznie, zaczynają tworzyć sentymentalne historie. Może nie tworzyć, ale spisywać na nowo. Dziś jestem świadkiem tego emocjonalnego alko-procesu. Tęskno mi. Do tych nocy na Mazurach, do prywatek, do malowania na murach i zwiewania przed milicją. Tęskno do kumpli. Każdy ma żonę, każdy ma pracę. Prawie każdy odchowane dzieci. A ja? A mi? Mi przyszło samemu się szwendać w tę noc. I w każdą inną. Szwendać się, siedzieć, leżeć. Może nie fizycznie, ale duchowo byłem i jestem naprawdę samotny. Sam ze sobą się zostawiłem. Czas przeszły, liczba pojedyncza... Ach te wspominki. Parę piwek, jakiś kielonek od ‘Pana Tadeusza’ i się człowiek rozczula. Sentymentalny się robi. Było tak. Żyłem górnolotnymi maksymami. Ideały mnie obchodziły. Honor. Teoria to nie wszystko. W życiu trzeba praktykować. Czas ‘trochę’ zweryfikował moje blade, jak się okazało, pojęcie o wszystkim. Ideały poszły się ganiać po lesie. Okazało się, że słowa to nie wszystko, że muszę żyć. Parę klęsk osobistych i zostałem sprowadzony na ziemię. Zostałem sam. Sam jak palec. Co za głupi frazeologizm: ‘sam jak palec’. Idiotyczny. Palców jest dziesięć. Ręce są dwie, a u każdej po pięć. Statystyczny palec wcale nie jest sam. Może jest mu nawet tłoczno aż nazbyt... A. Tak. Kontynuuję. Aspołeczny byłem. Tego żałuję. Gdybym wiedział, gdyby ktoś ostrzegał mnie jak się kończy bycie ‘nieżyciowym’ na dłuższą metę... Dziś bym wybrał inaczej. Wybrałbym tą, co mi za nią tęskno najbardziej. Nie kumpli, nie te chmury nade mną. Ją bym wybrał. Nigdy nie byliśmy razem. Gwałtownie się polubiliśmy i równie szybko uciekła ode mnie. Jak każdy. Parę głupich słów. Moich durnych wymysłów. Jakieś nadęte wywody, filozofia. Tylko teoria. Krótka kłótnia. Koniec znajomości. Mniej o tych kilka bzdur i byłbym teraz gdzie indziej. Ona byłaby dla mnie dobra, gdybym ja był dla niej. A tak, to pamiętam tylko jej oczy zielone, jakoś często pełne łez, te śliczne ‘oczy w mokrym miejscu’ i włosy brązowe, a może rude. Kasztanowe włosy, płonące. Pachnące mi. Ach... Mógłbym się z nią chować, w niej się chować i nic więcej nie chcieć od nikogo. Jeśli ona by chciała. A kiedy czas zniszczyłby już moje durne w większości zasady, to ona by mi została i z nią bym został ja, ale ona uciekła. Co się dziwić! Wszyscy dali za wygraną. Ideały, marzenia, cały ten czas przyszły. Na nikogo miejsca nie miałem. Brak czasu. A teraz mam pełno. Pustki. Głupi byłem? Nie. Nigdy do półgłówków nie należałem. Ale cała moja wiedza, świadomość i przeżycia tworzyły mi w głowie bełkot. Umysłową sraczkę. Smutna prawda. Teraz się legalnie, regularnie przytępiam. Trochę promili we krwi i częstotliwość myśli spada do stanu krytycznego. Ścięte białko genialnie unicestwia sensowne myśli w zarodku. Umysłowa aborcja. Skuteczne, o ile się nie przesadzi jak ja dziś. Dziś mi inna płyta gra w głowie. Włączyła mi się nagle taśma ze wspominkami. Myśli mi się pijanie. Myśli mi się, że z mojej ‘nieżyciowości’ przyszło mi oddać szczęście walkowerem. Ożeniłem się z kobietą z którą dzielę teraz łóżko i jej zarobione pieniądze. Krótko mówiąc jestem gdzie jestem. Martwy punkt. Martwy punkt na szlaku miejskiej komunikacji. Nocka młoda, ale do domu wracać trzeba. Dzielę go w końcu z żoną. Dzielę z nią mnóstwo materii. Nic to dla mnie nie znaczy. Parę razy ‘kochanie’, parę razy ‘kocham’ na dobę i cały ten cholerny materialny aspekt życia mam załatwiony. Popracuję od czasu do czasu i z głowy. Nieubłaganie jednak zbliża się autobus i czas zakończyć spoglądanie w gwiazdy. Może lepiej. Lepiej nie myśleć. No i wsiadłem. Pasażerowie nieciekawi i mało. Jakaś stara, jakieś młode, jakaś przeciętna i jakiś typ nieokreślony. Jacyś i Nieokreśleni. Ble! Alkohol zaczyna schodzić, a nastrój z nostalgicznego robi się parszywy. W siateczce 3 pełne piwka, w głowie puściutko. Przycupnąłem sobie jednym półdupkiem na siedzeniu autobusowym. Otępienie zaczęło mnie podgryzać, nawiercać bezlitośnie. Trzeba by się rozerwać. Nocka młoda i nie ma co sobie psuć humoru. Nogi miałem jak z waty, chodzenie po autobusie stanie nietrzeźwym-niełatwa sprawa, więc bez gracji przysiadłam się do pierwszej młodej. Minę miała niezadowoloną, ale co tam. Pogadać nie zaszkodzi, poflirtować, popodrywać sobie. Panienka za piękna nie była. Twarz miała czerwoną, a policzki spieczone od…