fantastyka · 32 min czytania
Medalion
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział 23 Medalion
Płynęli przez bardzo niebezpieczny odcinek rzeki. Wzrok ich skierowany był ku rzece, jakby tam było coś ciekawego, a zarazem niebezpiecznego. Pełni obawy, czy dopłyną do miejsca, gdzie miał czekać przewodnik rzucali krótkie spojrzenia na towarzyszy. Nikomu w takiej chwili nie chciało się rozmawiać. Ciszę przerwała Sara. - Musiałeś wybrać taką drogę? - Najniebezpieczniejsza. - Dla nas też. - Ale tylko tak dopłyniemy. - Jak dopłyniemy. Pełno tutaj ohydztwa. - Obserwuj. Woda mętna to i paskud tu wiele. Jeśli wpadniesz do wody, to już po tobie. To tylko kawałek. Dalej pójdziemy piechotą. - Dokąd? - Ależ jesteś upierdliwy. - Dotrzemy do campos. Tam przedrzemy się przez trawy, aby dojść do miejsca docelowego. To wszystko co ci mogę powiedzieć. - Niewiele. Coś tu cuchnie. - Nie lubisz węży? - Nie. - Czy oby na pewno, dobrze zrobiliśmy, że zostawiliśmy Klarę i resztę na łasce szamana. Nie wierzę mu. - Chcesz tam wrócić? Znasz Klarę, czy przypadła ci do serca? - Może i chcę. Nie wiem co jest lepsze. Klarę poznałem w obozie. Nigdy wcześniej jej nie widziałem. Przyznam, że jest zgrabna i ładna. Nie wiem, czy ona mnie dostrzegła, ale jakie to teraz ma znaczenie. I tak jesteśmy rozdzieleni i nie wiadomo, czy się jeszcze spotkamy. - Spokojnie. Damy radę. Jeszcze tylko jeden zakręt i wysiadamy. - Zazdroszczę ci Kadi spokoju. Na twojej twarzy nie widać strachu, ręce ci nie drżą, a przecież musisz się lękać, tak jak my wszyscy. - Nie filozofuj. Przygotować się. Zaraz opuszczamy łódkę. Coś mi tu nie gra. Nie widzę nikogo. Miał czekać na nas przewodnik. - Ta złowroga cisza, nie wróży nic dobrego. Poczekajmy parę minut, może wyjdzie gdzieś zza drzew. Skoro miał czekać, to będzie, tylko zawieruszył się na chwilę. Weź lornetkę i rozejrzyj się. Może coś dostrzeżesz. - Nikogo nie widzę. Żadnej duszyczki za drzewami. Skąd miał być ten przewodnik? - Tubylec. Saro nie drżyj tak. Przywołasz tylko zło swoim strachem. Zwierzęta wyczuwają strach na kilometr. Ne potrzebujemy kolejnego zagrożenia. - Leo, nie wymądrzaj się. Też się boisz. - Nie kłócić się. Wysiądę sam, a wy zaczekacie na łodzi. W razie zagrożenia szybko odpłyniecie. - Nie Kadi, alby wysiądziemy wszyscy, albo nikt. Popatrzcie w lewo. Tam leży jakiś dziwna kłoda. - Może to nie kłoda, a krokodyl. A może człowiek w skórze krokodyla? Jak myślisz? - Zaraz zobaczę co to takiego. Leo wziął lornetkę i jeszcze raz rozejrzał się po okolicy. Cisza była wręcz przeszywająca, a dziwna kłoda, której wcześniej się przyglądali, zdawała się poruszać. - To chyba faktycznie krokodyl, ale... - Leo przetarł okulary, by upewnić się, że dobrze widzi - nie wygląda to na zwykłego krokodyla, aczkolwiek nie znam się na gadach. - Coś takiego jest możliwe? - Sara wstrzymała oddech, a jej głos lekko zadrżał. - Może to jakaś pułapka? Kadi, jak zwykle opanowany, podjął decyzję. – Nie możemy tu stać w nieskończoność. Jeśli to zwierzę rzeczywiście jest śmiertelnym zagrożeniem, musimy działać szybko. Leo bądź gotowy. Saro, nie trać zimnej krwi. Nagle dziwny dźwięk dotarł do ich uszu - coś w rodzaju chrzęstu i bulgotania. Dziwna "kłoda" zniknęła pod wodą. - No dobra, to teraz już na pewno coś jest nie tak – Leo zacisnął pięści i spojrzał na Kadiego. – Trzeba się przygotować do ewakuacji, jeśli sprawy się pogorszą. - Albo ruszyć dalej – Kadi przyjrzał się planowi w swojej dłoni. – Leo, obejrzyj te znaki. Może cokolwiek wskaże nam kierunek. Leo wziął mapę i zaczął ją analizować, podczas gdy Sara, starając się uspokoić oddech, wzięła w ręce kij, jakby chciała mieć chociaż minimalną obronę. - Jeśli jakiś przewodnik miał nas prowadzić, to gdzie on teraz jest? - Sara była zdeterminowana i zła. Nikt tutaj nie wygląda zza drzewa i jest chętny do pomocy. Leo, trzymając pistolet w dłoni skierował go w kierunku miejsca, gdzie zniknął krokodyl. - Leo nie – Kadi powstrzymał Lea. Nie wiemy co to jest, ale lepiej, aby miał świadomość, że go nie widzimy. W ten sposób zyskamy czas na obmyślenie planu ucieczki. Zatrzymamy się za następnym zakrętem i tak nie czeka na nas tutaj przewodnik. Musimy dawać sobie radę sami. Zawrócić też nie możemy. Rozumiesz zagrożenie? Leo nic nie odpowiedział, ale zaakceptował propozycję Kadiego, trzymając dalej pistolet w dłoni jakby chciał być gotowy na nieznane przeszkody. Sara, która dotychczas milczała powiedziała cichym, ale stanowczym głosem: - Nie możemy wpaść w panikę, Musimy panować nad emocjami. Jeśli będziemy bać się zatracimy samych siebie, i może im o to chodzi. Wysiedli. Kadi przyjrzał się ponownie mapie, jakby w niej kryła się odpowiedź na ich wszystkie pytania. – Tutaj – powiedział, wskazując punkt na krańcach zaznaczonego szlaku. Tutaj jest wejście – Jeśli to cokolwiek, co widzieliśmy, śledzi nas, to musimy szybko dojąć do tego miejsca i tu znajdziemy schronienie. Sara spojrzała na niego z niedowierzaniem. – Schronienie? W tym miejscu? Wygląda na to, że każde drzewo chce nas zjeść, a ty chcesz się zatrzymać? Leo jednak skinął głową, zgadzając się z Kadim. – Jeśli będziemy biegać w panice, zgubimy się. Nie mamy przewodnika, ale mamy siebie. Musimy działać rozważnie. – Ruszamy – Kadi zdecydował, unosząc rękę w kierunku drogi, którą wskazywał na mapie. – Cokolwiek to jest, nie możemy czekać, aż zdecyduje, że nas zaatakuje. Do punktu oznaczonego na mapie nie było daleko. Kadi zatrzymał się pod wielkim orzechowcem ku zdziwieniu pozostałych towarzyszy. - Tutaj zatrzymamy się – powiedział usuwając gałęzie aż do momentu, gdy ukazało się wejście. Wchodzić pojedynczo – wydał rozkaz. Jeśli ktoś chce szukać innej kryjówki, to proszę bardzo, niech idzie. Leo ty pierwszy. Będziesz przewodnikiem, a reszta po kolei. Idę na końcu. Weszli. Wewnątrz panował chłód i czuć było stęchliznę ziemi, ale w głębi tunelu migotało blade światło. Przedzierali się przez wąski korytarz – korzenie oplatały ich nogi, a wilgoć wsiąkała w ubrania. Sara starała się nie patrzeć na ruszające się cienie – każdy krok wydawał się wydłużać nieskończenie. W końcu dotarli do niewielkiej wnęki, w której ziemia ustępowała miejsca płaskim kamieniom. Leo uniósł latarkę, delikatnie omiatając światłem ściany pokryte dziwnymi, wijącymi się znakami. Kadi zbliżył się, próbując odczytać znaczenie run. Nagle coś zaszeleściło nad ich głowami – seria cichych stukotów, jakby ktoś przemieszczał się tuż nad sklepieniem kryjówki. Wstrzymali oddech. Przez chwilę nikt się nie poruszył, lecz dźwięk nagle ucichł, a przez szparę w gałęziach, gdzie zostawili wejście, przemknął cień. Sara nachyliła się do Lea: – Myślisz, że to coś nas śledzi? Może lepiej poczekać, aż odejdzie? Leo pokręcił głową. – Jeśli zostaniemy zbyt długo, możemy utknąć tu na dobre. Musimy wiedzieć, co dzieje się na zewnątrz. Kadi niepewnie wychylił się, nasłuchując. Światło latarki odbijało się od błyszczących kropli rosy na ścianach. Wtedy poczuł, że jakaś energia pchnie go do przodu, a on nie ma na tyle siły, aby się temu przeciwstawić. Kiedy już był na zewnątrz, energia zostawiła go i odpłynęła. Już miał wrócić do towarzyszy, gdy usłyszał z zarośli dziwny szmer, który z każdym ułamkiem sekundy stawał się coraz głośniejszy. - To pewnie tylko wiatr – próbował uspokoić się, ale w jego głosie pobrzmiewała nuta niepewności. Sara miała rację, tutaj wszystko jest straszne… i nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie z cienia wyłoniła się sylwetka – nie krokodyla, ale kogoś znajomego, kogo by się nie spodziewał teraz i tutaj. - To ty? Skąd? Dlaczego? Jak… – krzyknął zdumiony Kadi. – Przyleciałam na miotle. Nie możecie tutaj zostać. Czarny zna tę kryjówkę, musimy ruszać dalej. - Jest noc. Wszyscy są zmęczeni i przestraszeni, nie ujdą daleko. Zostaniemy tutaj, a wczesnym rankiem ruszymy dalej. - Jest w miarę jasno. Drogę widać. Księżyc dzisiaj łaskawie zapalił silniej swoją latarkę, więc możemy iść dalej. - Nie. Nie wiesz co mówisz. To dżungla pełna niebezpieczeństw…- nie dokończyła, zamarła, gdy zza drzew wyłoniła się dziwna postać. Nie był to człowiek, ale nie było to i zwierzą. Była to masywna sylwetka porośnięta czymś, co przypominało mech i korzenie, poruszała się z dziwną gracją. – Co to, na Boga... – wyszeptała Sara, cofając się o krok. Kadi uniósł rękę, dając znak, by się nie ruszali. – Nie prowokujcie tego. Może nas nie zauważyło. Leo, mimo przerażenia, wciąż trzymał latarkę, ale jego oczy były szeroko otwarte. – To wygląda jak… jak strażnik lasu. Może ochrania coś, co powinniśmy znaleźć. W tym momencie istota zatrzymała się, a jej „głowa” uniosła się lekko, jakby nasłuchiwała. Potem, ku ich zdumieniu, zaczęła się obracać i powoli oddalać, zostawiając za sobą wyraźną ścieżkę w poszyciu. – Czy to... zaproszenie? – Sara nie mogła ukryć zdziwienia. Kadi spojrzał na nią z cieniem uśmiechu. – Albo przynęta. W każdym razie, nie mamy wyboru. Czarny depcze już nam po piętach. Tu niewidoma, a tam wiadomo, co nas może czekać. Ruszajmy za nim. Co będzie to będzie. Może nas nie zje. Zebrali swoje rzeczy i ostrożnie ruszyli za tajemniczym śladem, gotowi na wszystko, co mogło czekać na ich drodze. Nie minęło wiele czasu, kiedy ich kroki zaczęły zlewać się z delikatnym szelestem liści. Ścieżka prowadziła ich głębiej w las, gdzie światło Księżyca, jakby świeciło silniej, tak żeby widzieli drogę, którą niepewnie zaczęli przemierzać. Każdy krok był pełen strachu, a cisza wokół zdawała się pulsować dziwną energią. Kadi potknął się o coś co leżało na ścieżce, schylił się, aby podnieść przedmiot leżący wśród poszycia. – To chyba nie przypadek. Wygląda jak stary medalion – stwierdził Leo, pochylając się nad znaleziskiem. Sara przyglądała się medalionowi z ostrożnym dystansem. – A jeśli to pułapka? Nic tu nie wydaje się normalne. Kadi wciąż trzymał medalion w dłoni, jakby ważył decyzję. – Musimy to wziąć. Jeśli stwór zostawił ścieżkę, to może i ten przedmiot jest wskazówką. Z niechęcią ruszyli dalej, czując ciężar tajemnicy, która wywoływała u nich silne wzburzenie i obawę przed tym, czego nie znali w obawie o własne życie. Kadi spojrzał na medalion, a potem schował go do kieszeni. Ruszyli dalej, coraz bardziej zanurzając się w gęstwinie, gdzie drzewa stały jakby w powitalnym uścisku, splecione razem. Ich napięcie rosło, gdy ścieżka zaczynała prowadzić w dół – ku ciemniejszej części lasu, gdzie światło niemal całkowicie zanikało. I wtedy zobaczyli kamienny krąg, z którego wydobywało się światło, mieniące się kolorami tęczy. Leo podszedł bliżej, patrzył na inskrypcje wymalowane na kamieniach. – Wygląda na starożytne – wyszeptał z nutą podziwu. – Może to miejsce ma związek z medalionem. . – Nie dotykaj niczego – ostrzegła Lea. – Mogą być ukryte mechanizmy lub... coś gorszego. Kadi nie zignorował słów Klary, ale intuicja podpowiadała mu, aby podejść bliżej. Wyjął medalion i uniósł go w stronę jednego z kamieni. Wtedy, ku zdumieniu całej grupy, kamienie zaczęły przemieszczać się, zataczając koło. – To coś aktywowało – Sara ledwo powstrzymała drżenie w głosie. – Ale czy na pewno chcemy w to brnąć? Nagle ziemia pod ich stopami lekko drgnęła. Wszyscy spojrzeli na siebie z niepokojem, gdy z kamiennego kręgu zaczęła emanować coraz silniejsza poświata. Kadi cofnął się instynktownie, ale światło zdawało się otaczać ich coraz szczelniej. – Nie podoba mi się to – powiedziała Sara. – To wygląda na mechanizm – Leo wskazał na ruchy kamieni. – Ale jak to zatrzymać? Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, z ziemi przy kamiennym kręgu wystrzelił strumień złotego światła, który pomknął w głąb lasu, wskazując kierunek. Kadi z trudem powstrzymał się od upadku, a Sara ze strachu przykucnęła za kręgiem, myśląc, że w ten sposób stanie się niewidzialna. Reszta stała jakby sparaliżowana ze wzrokiem utkwionym w snop złotego światła. – To prowadzi nas gdzieś – powiedział, jego głos pewny, choć pełen obaw. – Musimy iść za tym. Lea ruszyła na przód, jej kroki szybkie i zdecydowane, mimo że strach malował się na jej twarzy. Światło, niczym prowadzący przewodnik, przesuwało się między drzewami, znikając w oddali. Leo i Kadi ruszyli za nią, ich serca bijąc w rytmie pełnym adrenaliny. Światło z kamieni przesuwało się w stronę polany, tworząc przed nimi nową, wyraźną ścieżkę. Kadi spojrzał na resztę grupy. – Ruszamy. Odpowiedzi leżą tam, gdzie prowadzi ta droga. Kiedy światło nagle zatrzymało się w środku ogromnej wyrwy w ziemi, grupa wciągnęła oddech, spoglądając na siebie w niemym pytaniu. Sara, pierwsza, podeszła do krawędzi, jej kroki ledwo słyszalne na miękkiej ziemi. – To nie jest naturalne – powiedziała cicho, jakby bała się, że coś w ciemności może ją usłyszeć. Leo nachylił się, by lepiej przyjrzeć się zarysom wyrwy. Wewnątrz niej migotały delikatne refleksy światła, przypominające złoty pył unoszący się w powietrzu. – Wygląda na jakiś portal albo coś podobnego – powiedział, jego głos pełen fascynacji, ale i niepewności. Kadi zamilkł, wpatrując się w medalion, który teraz pulsował w jego dłoni, jakby w odpowiedzi na energię wyrwy. W końcu podniósł wzrok na resztę grupy. – Nie mamy wyboru – powiedział spokojnie, choć jego serce biło w szaleńczym rytmie. – Musimy tam wejść. Coś tam na nas czeka. Zanim Leo zdążył zaprotestować, Lea już zaczęła schodzić w dół, krok po kroku zbliżając się do centrum tajemniczego blasku. Kadi pospieszył za nią, a Leo, choć wahał się przez chwilę, w końcu podążył za nimi. Reszta nie miała już oporów i weszła. Kiedy ich stopy dotknęły dna wyrwy, przestrzeń wokół nich zdawała się żyć własnym życiem. Powietrze drżało, wypełnione szumem, który przypominał odległe szepty. W samym środku tej surrealistycznej scenerii znajdowało się coś przypominającego kamienny ołtarz, otoczony runami, które zdawały się pulsować własnym rytmem. – Co to jest? – szepnął Leo, próbując zinterpretować symbole, ale zanim odpowiedź mogła paść, ziemia pod nimi ponownie zadrżała. Światło z ołtarza wzniosło się ku niebu, a spomiędzy run zaczęły wyłaniać się cienie, ich kształty nieokreślone, jakby zrobione z dymu. Sara spojrzała na grupę z determinacją w oczach - Musimy działać szybko, zanim… Nie zdążyła dokończyć, kiedy jeden z cieni zbliżył się do nich, jego ruchy szybkie i niepokojące. I właśnie wtedy usłyszeli głos – donośny, głęboki i pełen zagadek: - Kim jesteście, by zakłócać spokój tego miejsca? - Zgubiliśmy się – odpowiedziała Sara. Cienie zaczęły poruszać się coraz szybciej, wokół grupy tworzył się wir niespokojnej energii. Sara, czując narastające napięcie, odwróciła się w stronę Kadiego i zmarła w bezruchu. Leo, choć jego instynkt podpowiadał mu ucieczkę, zmusił się do działania. Jego wzrok spoczął na ołtarzu, na którym runy zdawały się tańczyć w rytmie pulsacji medalionu. Kadi uniósł medalion wyżej, pozwalając, by jego blask zanurzył się w świetle run. W tej właśnie chwili cienie zatrzymały się, jakby zawieszone w bezruchu. Głos, który wcześniej brzmiał odlegle, teraz wydał się bliższy, niemal osobisty, wypełniając przestrzeń między nimi słowami, które zdawały się być zarówno zagadką, jak i ostrzeżeniem: - Czy chcecie wrócić? – To jakaś próba? – zapytał Kadi, zaciskając dłoń na medalionie. – Musimy znaleźć sposób, żeby przejść dalej- dodał Josif. Ted cofnął się o krok, a jego oddech spłycony i niespokojny świadczył o jego strachu. – A jeśli to próba, która nas przerasta? Może lepiej się wycofać, zanim będzie za późno. – Nie ma odwrotu. Jeśli zostaniemy tu zbyt długo, te cienie mogą nas pochłonąć. Musimy działać teraz – zdecydował Kadi. Kadi spojrzał na Sarę, jego oczy błyszczały determinacją. – Jeśli medalion reaguje na to miejsce, to być może to on jest kluczem do rozwiązania. Ryzykujemy, ale stanie w miejscu nic nam nie da. Sara skinęła głową, a jej dłonie delikatnie spoczęły na ramionach Kadiego, jakby chciała przekazać mu swoją siłę. –