wojna · 17 min czytania
Medieval Wars
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
MEDIEVAL WARS
Bertold dysząc ciężko, patrzył przez wizurę hełmu na pole przed sobą. Wszędzie leżały zwały posplatanych ze sobą, poskręcanych trupów, ludzkich i końskich. Ocaleli czołgali się między nimi lub podnosili ręce wołając o zmiłowanie. Ci, którzy mogli jeszcze chodzić, ciągnęli w stronę swoich, omijając naszpikowane włóczniami i strzałami gromady ciał. W powietrzu wisiał ostry odór krwi, spalenizny i parujących wnętrzności...
Od rana cesarska armia próbowała powstrzymać nadchodzącą zagładę chrześcijaństwa. W trzech rozpaczliwych szarżach odrzuciła skośnookich najeźdźców, lecz siły zachodniego rycerstwa były już na wyczerpaniu. Bertold spojrzał za siebie. Jego chorągiew w zasadzie przestała istnieć. Dwaj paladyni: Armin i Wigbert, stali ciężko oparci na mieczach, równie zmordowani jak ich princeps. Nikt z nich nie miał już wierzchowca. Wierny dextarius Bertolda padł już w pierwszym starciu. Zakłuty włóczniami stygł gdzieś na polu. Do drugiego uderzenia ruszył na rezerwowym koniu, do kolejnego musiał iść na podjezdku. O jego to ciało, przywalone trupami pogan, oparł nogę. Zdjął hełm. Popatrzył na strzaskany klejnot i poszarpaną labrę. Zerwał ją razem z szarfą podarowaną mu przez słodką Ingeborgę. Chciałby ją jeszcze ujrzeć...Miał nadzieję, że i on nie był jej obojętny. Był w końcu wielkim triumfatorem niezliczonych turniejów, białym rycerzem... Chciał prosić o jej rękę. Nie spodziewał się odmowy. Mariaż podrzędnego rodu z udzielnym księciem Lotaryngii był zbyt atrakcyjny. A teraz wszystko runęło w gruzy...
Spojrzał na swą białą tunikę, rdzawą teraz od zasychających plam wrażej krwi. Wytarł w nią głownię miecza. Zrzucił na plecy kolczy kaptur. Wiatr chłodził pozlepiane potem kosmyki krótkich, jasnych włosów.
Bitewne pole opadało łagodnie, aż do linii gęstego boru. Właśnie spomiędzy jego drzew wyłaniały się kolejne fale dzikich najeźdźców. Bertold obejrzał się, szukał wzrokiem brata. Odetchnął z ulgą. Żył. Lothar wraz ze swą chorągwią wchodził w skład hufców króla Francji. Zostały niemal zmiecione już w pierwszym starciu. Niewielu Francuzów i Burgundów zdołało wyrwać się z jatki. Z ulgą ujrzał Lothara, uwijającego się po polu u boku francuskiego delfina, znacznego z daleka dzięki błękitnej tunice zdobionej złotymi liliami. Próbowali zebrać resztki galijskiego rycerstwa. Zostało ich nie więcej niż dwie setki. Tyluż samo ocalało Kawalerów Mieczowych i Rycerzy Najświętszej Marii Panny. Mnisi zebrali się nieco z boku. Przynajmniej oni, zahartowani w walce z poganami, utrzymywali żelazną dyscyplinę. Co znaczniejsi bracia posiadali jeszcze konie, podprowadzane pospiesznie z tyłów przez pachołków. Oparł się na mieczu. Bolało go całe ciało. Świetne wytrenowanie nie zdało się na nic w obliczu wielogodzinnego boju. Nie miał już sił.
Część 22 / 2
Za plecami Bertolda, zza garbu wzgórza zaczęła w dół, gęsiego, schodzić piechota. Żołnierze odziani w krótkie kolczugi, dźwigali ogromne pawęże i piki. Minęli gromady niedobitków i zaczęli rozstawiać się przed nimi, frontem do pola bitwy. Wbijali tarcze w ziemię. Zaczęli wkopywać długie, zaostrzone pale, kierując je w stronę wroga. Nie wróżyło to niczego dobrego. Oznaczało, że cesarz nie ma już kim wyprowadzić uderzenia i gotuje się do ostatecznej obrony. Piechurzy wyciągali zza pasów topory, kordy i młoty bojowe szykując się do starcia. W ślad za nimi nadciągnęli wyborni genueńscy kusznicy. Ustawili się w dwóch rzędach za linią pieszych. Angielscy i walijscy łucznicy zajęli pozycje nieco wyżej. Pieczołowicie ułożyli na ziemi swe mordercze długie łuki, wbili w trawę naręcza strzał. Jeszcze dalej stanęły ostatnie rezerwy. Bertold ze zdumieniem zobaczył rotę szwajcarskich halabardników. Była to cesarska gwardia pałacowa. Cóż oni tu robili? Nie mieli za grosz pojęcia o prawdziwej walce. Już większy pożytek był z chłopskiej piechoty, przynajmniej wiedziała o co się bije. Broniła swych dzieci i lepianek, choć rodziny dawno uszły w bory, a nędzne domostwa spalono, by nie dały żadnego schronienia najeźdźcom. Stali z zawziętymi twarzami, ściskając w rękach to, co który znalazł: cepy, młoty, widły, osadzone na drzewcach sierpy, a nawet zwykłe żerdzie. Zbocze zaludniło się nagle, ale Bertold wiedział, że jeśli wróg zachował nadal poważniejsze siły, starcie nie potrwa długo.
Poczuł jak zadrżała ziemia. Niczym tuman kolorowych motyli spływała w dół wzgórza konnica. Wszelkimi barwami mieniły się tuniki i labry rycerzy, całą paletą kolorów pyszniły się końskie kropierze. Na pozycje wychodziła nadworna chorągiew, prowadzona przez następcę tronu Ottona. Jechał na czele, na ogromnym karym rumaku, cały okryty w cesarskie złota i czernie. Na wielkim hełmie tkwił osadzony w diademie klejnot, dumny orzeł. Płynął kwiat chrześcijańskiego rycerstwa. Najznamienitsi komesowie i baronowie cesarstwa. Obok Ottona jechał palladyn dworu, kanclerz Hermann von Balle, wielki mistrz templariuszy Armand de Perigord i joannitów Bertrand de Comps. Przy nich jechał chorąży dzierżąc ogromną chorągiew cesarstwa. Wydawało się chwilami, że wielka płachta owija się wokół największych dostojników państwa, chcąc ich chronić. Konie stanęły parskając i prychając, spocone i rozgrzane pod ciężarem pancerzy i kropierzy. Poczty ustawiały się za swymi panami. Na skrzydłach zatrzymały się, znacznie gorzej okryte chorągwie biskupie i drużyny raubritterów, którzy na czas wojny otrzymali przebaczenie tak cesarskie, jak i papieskie.
Ze wzgórza galopem zjechał lekkozbrojny podjazd. Trzech rycerzy popędziło w zasnute dymami pole. Spod końskich kopyt zrywały się z wrzaskiem, korzystające z chwilowego spokoju co niecierpliwsze kruki. Konie szarpały, robiły bokami, omijając zwaliska ciał. Jeźdźcy pognali w stronę dalekiej linii lasu. Bertold z powrotem naciągnął kolczy kaptur. Czekał. Cały ruch i gwar zamarł. Wszyscy patrzyli na oddalające się galopem sylwetki. Zjechali w najniższy punkt doliny, przez który przepływał wątły strumyk, o czerwonej teraz od krwi wodzie . Nie dojechali nawet do krzewów porastających skraj lasu. Chmura strzał wypuszczonych spomiędzy drzew zdmuchnęła całą trójkę z koni. Spłoszone rozbiegły się na boki, dołączając do snujących się tu i ówdzie, opuszczonych wcześniej pobratymców. Bertold odwrócił się, spojrzał na swych towarzyszy. Armin i Wigbert zajęli już miejsca po jego bokach. Nagle zerwały się krzyki! Lotaryńczyk spojrzał przed siebie. Spomiędzy drzew, wysuwało się nieprzeliczone mrowie skośnookich wojowników. Rząd za rzędem, na całej długości lasu. - Dobry Boże! Skąd ich tylu!? - usłyszał z tyłu głos Armina. Ostatnia nadzieja upadła. Całodzienna rzeź nie uszczupliła sił Mongołów. Nieogarnięte rzesze wojowników na małych włochatych konikach, podniosły bojowy krzyk. Pomruk diabła... Nie była to niezorganizowana, dzika tłuszcza. Choć prymitywnie uzbrojeni, byli waleczni do szaleństwa i obeznani z zasadami wojennej taktyki. Może nawet prezentowali wyższy jej poziom niż pancerni rycerze.
Na przeraźliwy sygnał świstawek ruszyli, niemal z miejsca galopem, w kierunku cesarskich linii. Tratując bezlitośnie ciała rannych i zabitych przybliżali się lotem orła. Bertold założył hełm. Ścisnął mocniej rękojeść miecza. Gdzieś za jego plecami jęknęły zwolnione naciągi trebuszy. Zza grzbietu wzgórza, wielkim łukiem, ciągnąc za sobą smugi czarnego dymu, pofrunęły w stronę atakujących podpalone worki z nasmołowaną słomą. Rozlatywały się pomiędzy jeźdźcami zalewając ich żywym ogniem. Kanonada trwała nieprzerwanie zasnuwając niebo czarnymi krechami. Płonący wojownicy wyrywali się z dzikim wrzaskiem z szeregu i ginęli tratowani kopytami napierających z tyłu. Po chwili zagrały ustawione na szczycie wzgórza arkbalisty. Bełty o długości męskiego ramienia przeszywały konnych na wylot. Nabijane gwoździami belki kładły po kilku naraz, urywały głowy i ręce. Bertold, choć już trzy razy tego dnia widział podobne widowisko, patrzył wciąż zafascynowany na krwawe przedstawienie.
Poczuł jak grunt znowu lekko zadrżał. Obejrzał się. Przez szczelinę wizury zobaczył jak rusza z miejsca stalowe rycerstwo. Wielkie konie rwały się nerwowo do przodu powstrzymywane mocarnymi rękoma. Ostatnie hufce chrześcijaństwa szły do beznadziejnego boju. Bertold wyprostował się dumnie. Mrugnął oczami płosząc łzy wyciśnięte przez…