Biografia · 5 min czytania
MEG BOYD w oparach wiary
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
**1**
Jakiś czas temu młoda dziewczyna, nazwijmy ją Meg Boyd, postanowiła zmienić swoje życie pod wpływem lektury pewnej nieznanej powieści. Wydało się to o tyle dziwne, co niezrozumiałe dla większości jej przyjaciół, wszak Meg, czy jak kto woli Megane, zapragnęła stworzyć swój kościół inspirowany prawdami zawartymi w tajemniczej książce, odnalezionej w jednym z krakowskich antykwariatów. Była to pozycja rzadka, jak określił ją właściciel sklepu, a zarazem wcale nie poszukiwana. Jej tajemniczy autor posługiwał się pseudonimem Nambla, co mogło znaczyć wszystko, albo nic. Najprawdopodobniej jednak chodziło o Międzynarodowe stowarzyszenie osób przypominających Marlona Brando. Ostatnia strona okładki mówiła, że na co dzień Nambla prowadzi niemieckojęzyczną stronę internetową skupiającą społeczność osób zainteresowanych hodowlą ziemniaków, oraz jest wybornym kochankiem, nie uznającym gry wstępnej.
Czytając zawarte w książce teksty, Meg zrozumiała, że piętnaście lat to odpowiedni wiek na założenie kościoła. Gdyby miała czternaście lat, musiałaby się biczować, z kolei w wieku szesnastu lat powinna myśleć głównie o ciąży z szatanem. Zaraz po zapoznaniu się z treścią książki, uklękła przed zasłanym łóżkiem, przykrytym różowym pledem i zmówiła cztery zdrowaśki w podziękowaniu, że nie musi się biczować, albo zabiegać o nagłą ciążę. Fundacja kościoła to zadanie w sam raz na moje możliwości – pomyślała.
Pierwszej nocy śniła o wylewaniu ław i wznoszeniu wysokich murów świątyni. Nad ranem miała już pewne wnioski: klinkier jest trochę droższy, niż zwykłe otynkowanie, ale z pewnością wygląda znacznie bardziej elegancko i dostojnie.
Część 22 / 2
Chcąc bez zwłoki zająć się budową, zeszła do salonu, gdzie rodzice oglądali telewizję. Miała na sobie najlepsze spodnie z kantem i białą bluzkę obszytą delikatną koronką przy kołnierzu. Najpierw zwróciła na nią uwagę matka:
– O rety, Megane, dlaczego ubrałaś się tak elegancko?
Wtedy i ojciec oderwał twarz od telewizora i zmierzył wzrokiem swoje jedyne dziecko.
– No właśnie, co z tobą? – powiedział od niechcenia, jakby w złości, że żona wymusiła na nim patrzenie na córkę…