Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 12 min czytania

Melancholia Byka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Do mojego biura podróży przyszedł Byk. Chciał jechać do Hiszpanii. Kolega, z którym był, smukły Blondyn około trzydziestki, nawet słyszeć o tym nie chciał, tylko w kółko wychwalał zalety wakacji w Grecji. Czarne oliwki, ser feta i sałata jednak do Byka nie przemawiały. W ogóle.

Chłopak nawijał o biało-niebieskich wyspach, a tymczasem Byk smętnie kręcił się po biurze. W końcu zwinął się w kłębek z cichym sapnięciem, jak kot. Jego ogromne cielsko zajmowało jedną piątą pomieszczenia, wyglądało jak góra lub jak wyrośnięty świętomarciński rogalik - napakowany wielką ilością wilgotnej, pysznej masy z białego maku. Rogalik musiałby być co prawda spalony (bo Byk był czarny), ale wciąż imponujący.

Olbrzymi kark wsparł na przednim kopycie, kłąb sterczał jak góra porośnięta czarną szczeciną, na której co setny włosek świecił srebrzystą siwizną. Szpakowaciał powoli, ale z wdziękiem. Jego nieszczęśliwa mina, wilgotny nos ze smętnie rozdętymi chrapami i półprzymknięte powieki z długimi, aksamitnymi rzęsami - wszystko mruczało "Espana". Jednak bez "ole!".

Blondyn rozkręcił się w swojej opowieści o Helladzie. Podbiegł do Byka i ciągnąc go za kopyto, próbował nakłonić do tańca Sirtaki, czyli tańca Zorby, ochoczo wymachując nogami, klepiąc się po udach, krzycząc "opa!" i wirując w coraz to bardziej zapamiętałym i szybszym rytmie słynnej melodii, którą słyszał we własnej głowie i starał się odtworzyć możliwie wiernie, śpiewając i tupiąc. Wychodziło mu to całkiem dobrze.

Kiedy melodia dobiegała końca, dałem się porwać jego zapałowi i sam zacząłem pod nosem nucić "pa ram pam pam, pa ram pam pam". Przymknąłem powieki i już prawie czułem zapach świeżo złowionych sardynek z pomidorami i smak dobrze przyprawionego czosnkiem tzatziki, bo przecież sam uwielbiam Grecję. I któż jej nie lubi?! Ciepłe, lazurowe morza, bujna roślinność, mili Grecy (najmilsi wtedy, kiedy i my jesteśmy dla nich mili, oczywiście), łagodny klimat, wyśmienite jedzenie i słońce cały rok. No i te wyspy! Setki wysp i wysepek - cudowne rejsy! - aż oczopląsu można dostać. Zatoki, klify, sekretne plaże. A każda z wysp: piękna, malutka, ogromna, zatoczkowa, zielona, klifowa, górzysta, zabytkowa, czy co tam tylko chcemy.

Starożytni Grecy, ich mądrość, filozofowie, pięćsetletnie gaje oliwne, wszystko to wirowało mi przed oczami wyobraźni i osiadało na dnie mojego serca jak zatopiony galeon. Kiedy piasek wzburzony przez wciągany wirem statek już opadł i przez zwały wód przebiły się promienie słońca, otworzyłem oczy i... spojrzałem prosto w głębinę czarnych źrenic markotnego Byka. Greccy filozofowie natychmiast zebrali poły swych szat i, z zadartymi nosami, obrażeni, odeszli w cień drzewek oliwnych, gdzie zaczęli ze swadą rozprawiać na arcyważne tematy. Nagle przestało mnie to jednak interesować, ponieważ w spojrzeniu Byka ujrzałem ogrom piękna słonecznej Hiszpanii. Jego ogon miarowo uderzał w podłogę, chrapy rozdęły się lekko, rzęsy podwinęły zalotnie i Byk, w mojej wyobraźni, stanął na scenie jako piękna Andaluzyjka. Kopyta obute były w czarne pantofle na stabilnych obcasach, jego kibić otulała czerwona materia z falbaniastą, sztywną halką. Rzęsy trzepotały jak wachlarz, który ściskał w przednim kopytku, na które naciągnięta była rękawiczka.

Nagle Byk, patrząc na moją wizję, fuknął ostro przez nozdrza i Andaluzyjka, gubiąc wachlarz i mitenki, rozpłynęła się w podmuchu prychającego z dezaprobatą zwierzęcia.

- Widzę, - rzekł Byk wstając nagle, bardzo ożywiony - że muszę ci wyjaśnić genezę mojego zainteresowania, mojej miłości do Hiszpanii, a w szczególności do słonecznej Andaluzji.

Jego kopyta zastukały o posadzkę głośno i rytmicznie a zwierz wyprężył się dostojnie jak mistrz tańca flamenco.

Zastygłem w bezruchu, ukradkiem i z lekkim trudem przełykając w myślach ostatnią ostałą z poprzedniej wizji grecką oliwkę. Spojrzałem na Blondyna - z westchnieniem i rezygnacją rozparł się na kanapie pod zdjęciem osiołka z wyspy Kos.

- Kiedyś... - zaczął Byk - dawniej... - zamruczał i zwiesił łeb.

- Och, na Zeusa! - krzyknął Blondyn, zrywając się z kanapy. - Może przestań już zgrywać torreadora w byczej skórze! Pozwól, że ja opowiem twoją historię. W innym razie spędzimy tu czas do białego rana.

Odchrząknął i łypnął na Byka. Byk spojrzał nieśmiało w ścianę.

- Khm? - chrząknąłem, nie rozumiejąc.

- No, po prostu, Bykowi odbiła palma! Poczuł się gwiazdą. Ludzie rzucili się do niego, chcieli poklepać, prosili o autografy, robili wspólne zdjęcia. W końcu dziewczyny zaczęły piszczeć, podarły na kawałki chustę Jałówki - każda chciała mieć pamiątkę po Byku. On prężył muskuły, pokazywał garnitur zębów nie pierwszej białości, podnosił po dwie osoby naraz, sapał i wywracał zaczerwienionymi białkami. Zapomniał zupełnie o Jałówce i niesiony na fali wody sodowej udał się z podekscytowanym tłumem, w pierwszym rzędzie z paniami, do pobliskiej bodegi, gdzie stawiał kolejkę za kolejką sangrii. Wszyscy wiwatowali, był taki tłum, że biedna Jałówka nie mogła się przepchnąć w kierunku baru, do Byka. Wyszła w końcu na ulicę, trzaskając drzwiami a łzy upokorzenia, złości i świeżej, a już straconej miłości, ściskały jej gardło.

Byk zamruczał i zdziwiony spojrzał na Blondyna.

- Nie patrz tak na mnie - westchnął chłopak. - Oczywiście, na kilku szklaneczkach wina się nie skończyło. Nic nie moglem zrobić, w końcu sam zacząłem pić i ocknąłem się nad ranem, próbując z całą grupą szturmem wziąć hotel, wyważyć otwarte drzwi budynku, w którym zatrzymaliśmy się na nocleg.

Przed południem Byk z Blondynem, snując się jak własne cienie,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Melancholia Byka — czytnik · opowiadania