Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 21 min czytania

Memento Mori

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Memento Mori

Cios okutej w pancerną płytową rękawice ręki winien był połamać mu wszystkie żebra. Tak się jednak nie stało, ból , początkowo punktowy szybko rozchodził się po całym ciele. Kolejne uderzenie powaliło go na ziemię, gdzie na spotkanie wyszedł mu wystający ze ściany gzyms. Głuchy odgłos uderzenia rozległ się echem wśród omszałych murów zamczyska.

- Dość. Myślę, że nasz przyjaciel, czy raczej jego układ nerwowy ma już dosyć.

W nisko zadaszonej komnacie panował mrok, gdzieniegdzie jedynie przerywany nikłymi refleksami mosiężnych kandelabrów. Każdy odgłos, który zaburzał grobową ciszę wydawał się potężnieć, zyskiwać na sile. Gdzieś kapała woda, a krople z dźwięcznym pluskiem spadały na posadzkę.

-„I o to potęga Nilfgaardu legła w pyle i prochu na brenneńskich polach… „- wymówił cedząc każde słowo Angivar aep Canell. – I tak dalej, i tak dalej „Polegli, w niewolę poszli lub bez wieści zaginęli wodzowie tej miary co Menno Coehootn, Braibant, de Melis-Stoke…”

Odłożył księgę, światło odbijało się na zręcznie wygrawerowanych złotych literach głoszących dumnie „ Historia Piórem Jarre’a z Ellander” .

-No de Melis, zwracam honor, zaginięcie bez wieści poszło ci nad wyraz dobrze. Rzekłbym nawet, że bardzo dobrze.- szybkim krokiem podszedł do nilfgaardzkiego byłego-generała, silnym szarpnięciem zdarł mu z głowy worek. – Ale chyba nie myślałeś, że Cię nie znajdziemy, co ?

Angivar, nazywany w złotym mieście „nowym Vatierem” objął stanowisko po swym poprzedniku w ciekawych i niezwykle kontrowersyjnych okolicznościach. Tak, okoliczności były równie kontrowersyjne, co i oczywiste. Wprawdzie śledztwo wciąż trwało, ale każdy od śledczych, przez matrony, na służkach kończąc, znał prawdę.

Słońce leniwie wynurzyło się zza horyzontu oświetlając uśpione miasto. Promienie wdrapywały się na dachówki, liżąc ciepłem żebraków, lunatyków, pijaków leżących na ulicach, oraz tych którzy po prostu tułali się po mieście o tak wczesnej porze. Vatier de Rideaux, bynajmniej lunatykiem ani żebrakiem nie był, a jeśli był to dobrze to maskował.

Idąc przeglądał raport, tekst przesuwał się przez jego mózg nie pozostawiając tam żadnego śladu. Nie przywiązywał ostatnio wagi do raportów. Był za bardzo pochłonięty tym, co działo się wokół niego, zbyt zajęty użeraniem się ze swoim zastępcą, nieco za ambitnym młodzikiem. Zbyt rozdarty stratą kochanki…

Nawet nie zauważył, że ktoś go śledził. Nawet nie poczuł bełtu, który z łatwością przeszył tunikę haftowaną złotymi nićmi. Nie zdążył jęknąć, gdy zabójca przedramieniem odgiął jego głowę w tył i wprawnym ruchem poderżnął gardło.

Generał polny de Melis-Stoke na próbę naprężył więzy. Pętla grubego sznura wpijały się w jego szyję, ramiona, przeguby dłoni, uda i kostki nóg. Mógł dygotać, oddychać i mrugać, ale nic więcej. Ledwie czuł kończyny. Na widok oprawcy niosącego pręt zwieńczony rozgrzanym do białości okręgiem, wzdrygnął się tak mocno, że sznur na rękach przeciął mu skórę.

Po wszystkim, co przeszedł w tej piwnicy, po całym tym cierpieniu, które musiał zdzierżyć wyobrażał sobie, że już nie odczuwa bólu. Mylił się.

Dziki, nieludzki wrzask rozległ się echem wśród omszałych murów zamczyska.

Niebo na południu gorzało od łun. Płonęły lasy, wsie, stosy trupów, kurhany i jeńcy na stosach. Płonął gniew w sercach. W oddali wrzała jeszcze walka. Nilfgaard wycofywał się i - jak to robili wcześniejsi najeźdźcy i jak to robić będą, palił, niszczył i w ruinę obracał wszystko, co mogło posłużyć w jakikolwiek sposób zwycięzcy. A to, co się przydać nie mogło, niszczone było dla zasady.

- „Na wojence bywa różnie...” - Zamknij tę swoją jadaczkę durniu! –warknął sierżant. – tak ci wesoło? To kop żwawiej!

Odział składający się z ośmiu żołnierzy odzianych w pierwotnie czarne, teraz jednak ubłocone, pokryte mieszanką potu, krwi i pyłu, płaszcze, sukcesywnie pogłębiał dziurę. Kilofy i łopaty co i rusz spadały z trzaskiem rozrywając zmurszałą glebę.

- Po co my to właściwie zakopujemy? –jeden z żołdaków wskazał skrzynię trzonkiem kilofa.-Nasi wracają, odwrót, słyszeliście jak trąbią. A my tu kurwa po kolana w błocie!

Podniosły się niezadowolone pomruki pozostałych członków oddziału. Jeden po drugim odrzucali łopaty i kilofy. Dowódca poczerwieniał, nerwowo wymachując kikutem, świeżą pamiątką po ręce. Tyle mu przyniosła ta wojna.

Mówili ,że to szansa na rozwój. Że każdy się wzbogaci, prawili o ziemi dla żołnierzy. A on, chłopek prosty, dał się im zwieść. Baronom i władykom na czele z samym Emhyrem, tańczącym na kurhanach własnych żołnierzy poległych pod Brenną. I po co to wszystko?

Głowę nie najmłodszego już wiekiem sierżanta przepełniała irytacja, złość i żal. Żal, że wszystko, z czym wiązał przyszłość swoją i swojej rodziny legło w gruzach. Miał ochotę rzucić to wszystko i wrócić czym prędzej do domu, do kochającej Gerulki i dwóch małych synków. Ale było coś silniejszego niż te wszystkie uczucia, coś, co jako młodzikowi wbito mu do głowy. Żelazna zasada każdego żołnierza, każdego. I tego, który stoi w szyku naprzeciw szarżującej konnicy, i tego, który w czas oblężenia wbiega w grad wrogich strzał. Zasada bezwzględna, łącząca wszystkich ludzi wojny. Rozkaz. Rozkaz ponad wszystko.

- Ach ! Wy skurwysyny! Nie wpoili wam w koszarach do durnych pał waszych co to rozkaz? A zasrany rozkaz generała brzmiał „zakopać to” . –wykrzyczał tocząc pianę .

- „Raz ktoś komuś głowę urżnie…” – śpiewał dalej niepokorny żołnierz. Może, aby wyrazić swój protest, sprzeciw tej wojnie? A może po to, żeby po prostu dopiec dowódcy. - Już wkrótce znowu zobaczę swoją rodzinę… -rzekł tęsknym głosem któryś młodzik. - Zamknij się mówię! – zaryczał dowódca. - Odbiorę, co moje temu skurwysynowi... –Wycedził barczysty knecht . - Zbiorę żniwa… -rzekł drugi jakby w amoku.

Wieczór zapadł na długo nim tu przybyli. Teraz las spowijała czarna, zdawać by się mogło gęsta jak smoła ciemność. Kołyszący wierzchołkami drzew wiatr przybrał na sile.

- Sły-słyszeliście? – wykrzyknął Nilfgaardczyk. – Tam! - Co? Słyszę tylko jak ten dureń wyje… CO ?! –sierżant rozdziawił oczy szeroko . Prawa dłoń pomknęła ku rękojeści miecza. Lewą, gdyby jeszcze ją miał, przetarł by z pewnością oczy w niedowierzaniu. Niestety ten przywilej nie był mu dany.

- „Raz znów dadzą znać o zmierzchu…”

- Do broooni! - Matko! - Jak go…

I nagle wszystkim, co znali, całym światem zatrząsł wrzask. Przeszywający pisk, który przywodził na myśl tylko jedną, niedwuznaczną myśl. Śmierć. I rzeczywiście, spotkali ją.

Upadł na ziemię, przetoczył się po ubitej kopytami koni polanie. I widział ją, stałą nad nim. Śmierć, jak spełnienie. Jak coś, czego zawsze pragnął. Wyciągnął przed siebie dłoń, jakby chciał złapać tą chwilę, ten nieuchwytny kawałek czasu.

Nad dygoczącym odziałem wznosiła się kobieta. Zdawała się być lekka, niematerialna, jakby przeznaczone jej było rozwiać się na targającym równiną wietrze. Filigranową dłonią sięgnęła pod ramię, odgarniając delikatnie mglistą szatę. Spod szaty wystawała rękojeść.

Rayner nigdy nie zobaczył swojej matki i ojca. Knecht nigdy nie odebrał długu. A żniwa i tak się marnie zapowiadały…

Spadła na nich, amortyzując skok ugięciem nóg. Ostrze długiej na 6 piędzi szabli wydobytej niewiadomo kiedy zawirowało w morderczym piruecie. Znaczyło swą drogę krwią. Wskoczyła między nich, tnąc z precyzją, której pozazdrościć mogliby Novigradzcy zegarmistrze. A słynęli oni z dokładności.

Pierwszego cięła z góry, wzdłuż pionowej szparki w szyszaku.

Szczęk mieczy i krzyki przetoczyły się przez polanę.

Stała nad nim wachlując szablą w równych, hipnotycznych ruchach. Z klingi wąską stróżką ciekła krew. Tak filigranowa, tak zwiewna… podeszła bliżej.

Miękkim ruchem wskoczyła na młodzieńca i twardym obcasem przygwoździła go do ziemi. Odwrócił głowę. Trawa błyszczała blado w blasku księżyca. Była karminowa.

- Nie dokończyłeś pieśni. –rzekła z uśmiechem odsłaniając białe kły. – Cóż jest dalej?

Wpatrywała się w niego badawczo. Wojak przełknął ślinę z trudem i popełnił największy ze swoich wszystkich błędów.

-„Że ktoś flaki ma na wierzchu.” – wycedził hardo . Zbladł widząc błysk w oku wampirzycy.

-Bardzo ciekawe, zaiste.. – zaśmiała się. – Pomysłowe piosenki wymyślają teraz żołnierze. A i jeszcze coś. Dziękuje za wykopanie tego dołu.

Uniosła dłoń w górę, po czym wpiła ją w brzuch młodzieńca. Twarde zakończone szpikulcami paznokcie z łatwością przedarły się przez mięśnie i żebra.

Głuche jęknięcie mordowanego w katuszach przetoczyło się przez polanę.

Twarz Angivara aep Canell jaśniała złowieszczo w białym blasku. Zaczesane rude włosy swobodnie okalały długa, pociągłą twarz. Małe świdrujące oczy kontrastowały ze sporym, lekko zadartym nosem. Tymi oczyma wpatrywał się właśnie w więźnia.

- De Melis. Stawiam sprawę jasno. –mówił chłodnym, spokojnym głosem. – Zginiesz, zresztą z tego samego powodu, z którego Cię porwaliśmy. Wiesz za dużo, zbyt wiele cennych informacji mieści się w tym posiwiałym już czerepie.

Przeszedł się po komnacie wpatrując się w leżący na ziemi wrak człowieka, który nawiasem mówiąc, człowieka przypominał już w bardzo małym stopniu.

- Masz dwa wyjścia. Powiesz mi, a ja będę wiedział czy mówisz prawdę. Zawsze wiem. Wówczas zostaniesz pchnięty nożem i ani się obejrzysz będzie po tobie. Jest też druga opcja..- To mówiąc schylił się tak, by móc spojrzeć generałowi w oczy. – Polega ona na tym, że oddam cię mojemu katu. On także skończy twój żywot, z tą drobną różnicą, że jak zauważyłeś, lubi bawić się jedzeniem, nim je skonsumuje. Przemyśl to dobrze.

De Melis-Stoke, były dowódca 4 Daerlańskiej wodził oczami wokoło. Było mu już obojętne wszystko, wszystko, byle tylko z tym skończyć. Lekko kiwnął głową.

Pachołek przyniósł tubę, otworzył ją i pośpiesznie rozwinął przed nim starą, wystrzępioną na bokach mapę. Starzec wpatrywał się w nią przez chwilę, po której to wskazał punkt palcem.

- Bardzo dobrze, jestem zadowolony. – uśmiechnął się, dobywając sztyletu, który jednak w ostatniej sekundzie obrócił w dłoni i schował powrotem. – Niemniej jednak, zwlekałeś z udzieleniem mi odpowiedzi. Przygotuj się na zabawę.

Dziki wrzask, którego nie sposób sobie wyobrazić rozległ się wśród omszałych murów zamczyska. Koczujący pod bramą jednej z baszt wilkołak uciekł przerażony w leśną głuszę popiskując i skomląc.

„ I mówiono w ten czas o tym, że broń powstanie. A…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%