Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 9 min czytania

Metka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Stało się, zaatakowało… W najmniej spodziewanym momencie, zaczęło gryźć, wbijać się w skórę, obrzydliwie denerwując. Metka koszuli nie dawała spokoju. Bomba z opóźnionym zapłonem. O nie, nie bomba. To wybucha i po sprawie, a materiał dobijał czasem godzinami. Sprytna nitka, z dodatkiem jakiegoś plastyku, jeśli to nie była jakaś żyłka, jechała po skórze denerwując. Zaczynałem dzień, od napełnienia sobie brzucha. Miło tak wstać wyspanym, umyć się, zjeść i wypić gorącą kawę. Nawet perspektywa 8 godzin pracy nie psuje humoru. Wydaje się, że będzie to jeden z tych prawie idealnych dni. A jednak. Zakładając koszule wszystko było w porządku. Cwana, załatwiła mnie na cacy. Co teraz zrobię? Siedzę w tym cholernym biurze i męczę się z tym dziadostwem. A ona wydaje się zadowolona z tej sytuacji. Mnie trafia szlag, a ona w najlepsze sobie leży na mnie i denerwuje. W pewnym momencie irytacja sięga zenitu, łapie gwałtownie ręką za koszule, jednocześnie wywracając kubek z kawą, który niszczy ostatni tydzień projektu. W tym momencie wiadomo, że tego dnia nie zapomnę, ale nie w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu. Łapie za podkoszulek z tyłu, tuż pod kołnierzem, ciągnę i rwę. W tym momencie moja twarz, dziwnie czerwona, zapluta, wygląda, jak świeżo rozpołowiony arbuz. Pestki wypadające i sok tryskające na wszystkie strony, tak, tak właśnie to wygląda. W tym momencie zjechałbym własną żonę, jednak wałczę z tą metką. Zaskakująco dobrze przyszyta. W końcu podkoszulek firmowy i za te pieniądze trzeba spodziewać się porządnej roboty, a nie jakiegoś badziewia rwącego się. W tym momencie, to już nie jest irytacja, to jak jakaś furia, oczy wyglądają i zachowują się jakbym dostał prostym w nos, łzawią, mało widzę, z resztą widok i tak mi przykrywa myśl o tej cholernej metce. Jakby w biurze było jakieś 5 stopni Celsjusza, to para wydobywająca się z moich nozdrzy zaparowałaby mi okulary. Walczę jak byk, z niewidocznym, lecz jednak autentycznym wrogiem. Wróg mniejszy, słabszy fizycznie, ale jednak cwańszy, sprytniejszy no i dobrze przyszyty. Z takimi przeciwnikami, to jeszcze nie miałem do czynienia. To walka tylko o wielką stawkę. Nie wiem, co to będzie, ale to walka na śmierć i życie i tylko jedno z nas wyjdzie stąd z oberwaną głową. Szarpiąc to jednocześnie modlę się żeby dorwać krawca, który to przyszył albo jakiegoś dupnego projektanta, który bierze kupę kasy za dopasowanie kolorów. Życzę mu jak najgorzej, jemu i jego rodzinie. A metkę i tak dorwę. Szarpię się już dwie sekundy. Pierwszy chwyt nie udany. Wyśliznęła się skubana. Ale to dopiero początek. Tydzień mojej pracy szlag trafił, więc dziś ktoś trupem padnie. Ach, w końcu, dobry chwyt. Ha ha, teraz mi się już dziadostwo nie wyrwie. Szarpie mocno, prawie z całych sił, już czuje, że puszcza, wyślizguje się, lecz ja zaciskam palce z całych sił. Aż mi kostki u palców zbielały. Nie interesuje mnie to teraz. Szarpie z całych sił, ile mogę. Pamiętam jak w liceum na WF, jak przyszedł sprawdzian z podciągania się. Jak się ze mnie śmieli, że ani razu nie mogę się podciągnąć. Walczyłem wtedy równie mocno jak teraz. Nie wiem czy o żonę się starałem, chociaż w połowie tak jak teraz, czy tamtego pamiętnego dnia. A ja szarpie i szarpie. Zapieram się nogami... O ho, to nie był najlepszy pomysł. Ląduje z krzesła na podłogę. Widzę sufit i myślę o tej cholernej metce, a ona jak trzymała tak dalej trzyma. Cholerne krzesło, z kółeczkami. Kolejny wynalazek, który mnie wykończy. Boli mnie łokieć. Przez to krzesło no i oczywiście metka, też ma w tym udział. W takich momentach zaczynam wierzyć we wszystkie spiski, jakichś grup ludzi, w tym wypadku chyba psychiatrów, którzy projektując takie rzeczy doprowadzają ludzi do szaleństwa. Tak choćby ja w tej chwili. Jakby wszedł taki doktorek do mojego biura i co widzi? Biurko z totalnym bałaganem, wszystko pływa w kawie a ja leże na ziemi szarpie się za kark, krzyczę, czerwony na twarzy, własnego dziecka bym nie poznał, wyglądam jak jakiś wariat, który twierdzi, że ma robala na plecach i jak go nie wyrwie to umrze. A ja po prostu chce spokojnie popracować. W końcu pierwsze odgłosy rwanego materiału. Mój Boże, ktoś się naprawdę postarał z tą metką. Gdzie to ja kupiłem tą koszulę? Ach już pamiętam. W tym butiku po drugiej…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%