Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 14 min czytania

Metropolis

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Metropolis

Z morskiej kipieli, z bezdennej otchłani mrocznej wody, z grzmiących złowieszczo, spienionych fal, z zastygłej, oceanicznej pustki, przez której obojętność przetacza się wycie fosforyzujących rubinowo strumieni, wirów powietrza, z dziwacznych wyobrażeń, , z orkiestry i dreszczy natchnienia, z tej jednej, jedynej, głębokiej nocy wynurzało się, wyrastało na wyspie, mieniące się szkarłatnie Metropolis. Zapadała właśnie zakurzona kotara zużytej ciemności, wyrastały hałdy węgla, brunatne kopce, żwirowe zwały cieni a po niebie rozproszyły się srebrzyste, odległe punkty, zawisł stępiony, nadgryziony sierp żółtawego księżyca a wokół tej wieczornej pochodni spiętrzyły się, skłębiły, ciężkie obłoki z trudem dźwigające swoje ołowiane, napęczniałe cielska. Pośród tej kleistej, rozmazanej tu i ówdzie, ociekającej nadmiarem czarnej farby, kipiącej smołą nocy, wyraźnie odcinały się pyszne, rozdęte, obfite światła tłocznego, ciasnego miasta. Widać je było daleko, daleko za ostatnią podtopioną, rdzawą boją, tam gdzie strach było pływać i gdzie ponad oleistością wody, na samych zgarbionych grzbietach mknących fal mienił się opalizujący blask, gdzie pigment nieba mieszał się z atramentem morza a noc dosięgała cię swą obfitością z góry i z dołu. Była to bowiem wyjątkowa, niesamowita, dziwna i magiczna noc. Rozpłomienione, tańczące, kolorowe tłumy przelewające się ulicami obchodziły bowiem święto Fandango, z niesamowitą żywiołowością, niespotykaną nigdzie indziej. James wyszedł właśnie z zielonego tramwaju o wielkich oknach(bardziej unoszącego się nad tłumem niż jadącego), i zakręciło mu się w głowie od oślepiających świateł rażących zewsząd i w każdym odcieniu, mieszających się w przestrzeni między kamienicami gdzie unosiły się drobinki różnobarwnego materiału i sypały się srebrzyste opiłki. Szedł pieszo(tramwaj utknął) ku jakiemuś placowi i choć odległość zdawała się niewielka, przedzierał się raczej wolno, słysząc jeszcze długo rozmaicie sklecone przekleństwa tramwajarza. Od pewnego czasu natarczywie zdawało mu się, że biegnie za nim jeden a może kilku niewysokich ludzi w beżowych, wielkich maskach. Trudno było mu jednak stwierdzić to na pewno bowiem miasto to od kiedy tu przybył zdawało się kryć w sobie pewną tajemnice czasu, zagadkę przestrzeni, jakieś potajemne koniugacje różnych miejsc, skomplikowane procesy, które zacierały wszelkie poczucie kolejności, tak jakby nakładały się na siebie różne wymiary. I choć wcale to nie było przerażające to przy odrobinie nieuwagi mieszały się zupełnie te udziwnione rzeczywistości, przypominając błędnie wydrukowaną książkę, źle sklejony film. Te dwie figury, to było być może jedynie jego złudzenie, bowiem po ulicy snuło się, tańczyło do znużenia, skakało, biegało w tą i drugą stronę wiele takich uśmiechniętych masek w tradycyjnych strojach, pobrzękując i śpiewając. Spoceni ludzie szli, biegali, śmiali się na fosforyzującej, zdawało się parzącej ulicy, płonącej radosną mnogością wielu sztucznych gwiazd, neonowych księżyców, skopiowanych słońc z papierowych abażurów. Z jednej strony wyrastał masywny budynek hotelu z okrągłą wieżą, z odsłoniętą galerią na dole, gdzie przy wystawach pod lampami kręcili się goście, a budynek cały mienił się żółto i czerwono, ciemniej tam, gdzie zalegały cienie. Zza miniaturowych okien wystawały malutkie, ciekawskie głowy w kapeluszach. Z drugiej strony ulicy piętrzyły się, wspinały po sobie, ociekały nędzą, sypały się pozabijane deskami kamienice-rudery, których niezdrowy oddech powinien już dawno ustać. I z tych okien gapiły się wielkie, rozmarzone oczy, wyraźnie widoczne spośród głębokich cieni, które tu zaległy. James musiał chwilę dryfować wraz z tłumem obok jakieś stoisk, obwieszonych girlandami, pachnących warzywami. Kręciło mu się trochę w głowie, stracił poczucie kierunku, twarze ludzi przez chwilę zdawały się wszystkie przywdziane w karnawałowe maski, przywodzące na myśl japoński teatr swą patetyczną mimiką nakazującą przystąpić do tego obłędnego koła. Nieopodal mężczyzna w zmechaconej marynarce kręcił drewnianą korbką i wydobywały się nierówne dźwięki skwierczącej muzyki. Największą jednak atrakcją były nakręcane na kluczyk lalki, gdzie skomplikowany, pełen zębatych kółek, sapiących pomp, mechanizm ukryto pod niewinnym, łagodnie opadającym materiałem sukni. Opary dymu mieszały się z nowoczesnej myślą techniki, padały salwy oklasków i nieliczne gwizdy dla tych nienaturalnych gestów, raz szybszych, chwilę potem przesadnie wolnych. Wykorzystał lukę jaką w tłumie wydrążyła dorożka i przepchnął się szturchany kościstymi ramionami do zacienionych schodów, wspinających się mozolnie po drugiej stronie placu po wzgórzu obłożonym kamieniami. Między wypolerowanymi gładkimi głazami, wśród licznych, egzotycznych kwiatów ściekały podświetlone strumyki. Gdy dotarł na górę, na taras pełen kwiatów, kawiarni, stołów i krzeseł, rozbolała go trochę głowa i musiał podeprzeć się o rozgrzaną, monstrualnie wielką latarnie o dwóch wielkich, świecących krwiście czerwono kulach. Tutaj było jednak trochę zimniej niż na parnej, tętniącej, bulgoczącej ulicy. Także i tutaj kłębili się jednak spici, wrzeszczący, podskakujący ludzie w bądź marynarkach bądź to tradycyjnych, karnawałowych strojach i w drewnianych maskach. Ich twarze wirowały dookoła, kręciły się w nieustannej karuzeli, były ponad to jednak bardzo dziwne, obce, nierealny, wyolbrzymione, groteskowe, absurdalne. Zielona twarz, trochę zbyt duża wystająca sponad wielkiej, ozdobnej muchy (furkoczącej na prawo i lewo i nie mogącej się oderwać), uśmiechająca się zielonymi zębami, pod wielkim nosem, ściskając, gniotąc rozżarzone cygaro. Twarz okrągła, o wielkich oczach. Twarze żółtawe, wypukłe, łyse. Robotnik w malutkim berecie o wielkich wargach i wyglądzie łagodnego psa. Powolne ruchy pana w zielonym kapeluszu, stąpającego po chodnik bardzo uważnie jakby szukał tych specjalnych, wystających kostek bruku. Ludzie kłębiący się na sobie, chodzący zbyt wielkimi krokami, skaczący zbyt wysoko, trochę za duzi, trochę zawieszeni w przestrzeni jak na odrealnionym obrazie składającym się z oderwanych motywów. Dalej, tam gdzie wkradł się mrok, kontury twarzy psa, jednak monstrualnie wielkiej, nie budzącej dziwnie strachu. To tylko maski, karnawałowe przebrania, pomysłowe ozdoby - mówił sobie, przywracając namiastkę poczucia rzeczywistości. Usiadł przy stoliku, tuż przy balustradzie, z widokiem na plac i ulicę, z której przyjechał oraz aleję, która szła ku morzu, ku portowi, gdzie czekały tytanicznej kadłuby okrętów, śpiące olbrzymy, czuwający herosi nad którymi z jękiem stali pochylały się smukłe dźwigi. Jakiś wielki żółty gmach, nieco przechylony jakby tonął w płonącym jego światłami morzu. Ludzie tańczyli tam pod rozpiętymi błonami parasoli. Niebo rozdarły radośnie syreny, pękły petardy, orkiestry zagłuszyły się nawzajem. Dalej, ponad hotelem, w oddali, na wzgórzach rosły kominy fabryk, wśród oparów syczały maszyny, w ciemnościach przepastnej

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Metropolis — czytnik · opowiadania