Filozofia · 16 min czytania
Mężczyzna który zakochał się w odkurzaczu - wersj
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mężczyzna który zakochał się w odkurzaczu.
Pan Marcin był moim sąsiadem. Mieszkaliśmy na wprost siebie. Odkąd kupiłem samochód, przesiadywaliśmy w garażu wszystkie wolne weekendy i remontowaliśmy mojego „malucha”. Od momentu przyjechania nim pod dom psuło się w nim prawie wszystko. A to wysiadło sprzęgło, a to nie domagała prądnica. Stan blacharski też nie był idealny. Nie wspominając już o tym, że nie miałem na benzynę bo rodzice zapowiedzieli mi, że musze sam go utrzymywać. W pewnym momencie miałem już sprzedać ten złom, ale pan Marcin powiedział, że jeszcze go odszykujemy tak, że każda laska na niego poleci. I tak się stało. Przez trzy miesiące siedzieliśmy nad nim i pod nim. Doprowadziliśmy go do stanu, na jaki tylko mogłem sobie pozwolić. Oczywiście pan Marcin nie wziął ode mnie złotówki, robiąc to wszystko za przysłowiowe „piwko”. Tak stałem się bliskim znajomym pana Marcina, mimo że dzieliła nas różnica wieku sięgająca prawie trzydziestu lat. Jedliśmy razem obiady a czasami nawet kolacje, które gotowała nam jego żona, pani Teresa,. Mieszkając obok siebie, nasze rodziny były w przyjaznych stosunkach, ale rodzice byli zawsze za bardzo zajęci, żeby zatrzymać się na chwilę i bliżej poznać sąsiadów. Tak jak większości w mieście nie znali, chociaż mieszkaliśmy od piętnastu lat tutaj. Zawsze tylko mówili „ci C. to porządna rodzina”. Mówili tak, bo widywaliśmy ich co niedziele w kościele i jeśli się w ogóle kłócili to tak, że my tego nie słyszeliśmy. Rodzice interesowali się nimi, tak samo jak mną. W sumie to w pewnym momencie sam zacząłem żyć własnym życiem. Mimo że nie było mi źle w domu, to jednak odległości jakie dzieliły korytarzem mnie od rodziców, okazały się większe, niż gdyby przez środek domu przepływała rzeka. Ja żyłem po swoje stronie, a oni po swojej. Od kiedy zamieszkaliśmy po za miastem, moje życie się zmieniło. Rodzice biegali tylko za pieniędzmi, a ja zacząłem pracować z nudów. Przez jakiś czas woziłem swoim samochodem pizze, ale kiedy przez kilka dni z rzędu nie dojechałem do pracy, sami mnie zwolnili. W sumie nie musiałem pracować, ale chciałem. Chciałem mieć cos swojego i nie prosić rodziców o nic. Kupiłem samochód za ich pieniądze, a raczej za moje. Które dostałem od nich w prezencje, za to że męczyli się ze mną już osiemnaście lat. Pomyślałem że ten samochód da mi wolność jakiej nie znalazłem w domu, mimo że nikt mnie nie pilnował, bo nie miał czasu. Najsmutniejsze było to, że ojciec nawet nigdy nie przejechał się moim samochodem. Stwierdził tylko, że „nie ma zamiaru jeździć po mnie jak rozkraczę się gdzieś na drodze”. Nie miałem zamiaru nawet go prosić i nie zrobiłem tego, nawet jak musiałem przepchnąć „pszczółkę” dwa kilometry do domu. Tak samo nie poprosiłem na początku pana Marcina. Sam zagadał mnie, kiedy grzebałem w silniku samochodu stojącego na podjeździe. Podszedł i zaczął mi pomagać. Wytłumaczył jak ustawić zapłon i wyczyścić świece. Tak się zaczęło. Czterdziestoletni mężczyzna został moim kolegą. Opowiadał mi jak pracował na Żeraniu i składał samochody, ale później zwolniono go i od tamtej pory błąkał się od mechanika do mechanika, łapiąc jakieś roboty. Nasza współpraca była układem czysto wymiennym. On mi pomagał zrobić z samochodu super bryke, a ja przynosiłem mu pół litra czystej, które wypijał po kryjomu w moim samochodzie. Mówił wtedy, podnosząc kieliszek „bez mocnego chucha nie zrobim malucha” czy jakoś tak. Zawsze słuchaliśmy przy tym radia, więc żona nie słyszała stukających się kieliszków. Z kultury wypijałem z nim jednego „karnego” i braliśmy się za dłubanie. I tak nam się schodziło zawsze do wieczora. Minęła wiosna i nastał moment polakierowania samochodu i wszystko było gotowe. Pan Marcin pożyczył od kolegi maszynkę do rozpylania farby, a ja kupiłem czerwony lakier metalik. Poszły wtedy dwie flaszki, bo żona i tak by nie poczuła nic prócz farby i rozpuszczalnika. Siedzieliśmy tak po południu i czekaliśmy aż pierwsza warstwa farby przeschnie. Wyciągnąłem grilla i pijąc piwo smażyłem udka kurczaka. Pan Marcin wyglądał na zadowolonego z siebie. W sumie ja też, bo chociaż wydałem dwa razy tyle na samochód, niż był wart gdy go kupowałem, ale wyglądał nieźle. Dzień powoli chylił się ku końcowi, tak jak wódka w butelce. W pewnym momencie pan Marcin stwierdził, że warto by się wybrać jutro na przejażdżkę. Tak, jak za dobrych czasów, o których mi opowiadał, gdy siedzieliśmy w te soboty przy samochodzie. To miał być taki wypad za miasto jak za Gierka, to znaczy kiedy jeszcze na Żeraniu robiło się „polskie” samochody, a wódkę w pracy piło się jak herbatę. Zgodziłem się i zapytałem czy jego żona też zabierze się z nami. Pan Marcin dziwnie spojrzał na swój dom i pokiwał głową, że nie. Wydało mi się wtedy, że coś jeszcze powie ale on wstał i sięgnął po piwo z przenośnej lodówki. Wypił łyk i powiedział mi, że raczej jego żona nie będzie miała ochoty wsiąść do samochodu, nawet jeśli był by to najdroższy samochód świata. Zapytałem go dlaczego tak jest i od razu pożałowałem tego, bo pan Marcin pierwszy raz posmutniał i opowiedział mi historie nieszczęścia jakie dotknęło jego małżeństwo. Pan Marcin pobrał się z Terenią, bo tak ją nazywał, dwadzieścia lat temu. Rok po ślubie urodziła się im córka Ania . Los tak chciał, że mieli wypadek wracając z wakacji. Wpadli na jadący przed nimi samochód, który złapał „gumę”. Uderzenie było tak silne, że dziewczynkę wiezioną na kolanach wyrzuciło przez przednią szybę. Zginęła na miejscu, a pani Teresa miała tak duże obrażenia podbrzusza zgniecionego pasami, że w konsekwencji nie mogła zajść już w ciąże. W ten sposób swoim pytaniem, zepsułem i sobie i panu Marcinowi resztę wieczoru. Nie chciał nawet udek z grilla ani kolejnego piwa, wstał i poszedł do siebie. Rano w niedziele obudziło mnie wołanie mojego sąsiada. Pan Marcin miał już lepszy humor i coś na sobie, co miało przypominać garnitur. Było niebieskie, tylko pochodziło z innej epoki. Próbując powstrzymać śmiech zszedłem do pana Marcina i wybraliśmy się w obiecaną wycieczkę. Zatankowałem samochód i podręczną lodówkę do pełna i pojechaliśmy. Na początku przed siebie, ale w końcu stwierdziliśmy, że najlepiej ryby i dziewczyny biorą nad jeziorem. Więc w rytmach niezbyt zachwycających pana Marcina, acz słusznych do celu w jakim zmierzaliśmy, ruszyliśmy nad Zalew Zegrzyński. Na plażach dziewczyn było sporo, ale siedząc z panem Marcinem nawet najlepsze kawałki sączące się z soobwufera nie dały rade skusić żadnej do przejażdżki malionem. Siedzieliśmy tak na masce nowo polakierowanego samochodu i podziwialiśmy ludzi kopiących się w jeziorze. Powoli poszła pierwsza butelka u pana Marcina, potem druga. Trochę przysnął w drodze powrotnej, ale jak tylko podskoczyliśmy na śpiącym policjancie tuż przy szkole, od razu się ogarnął i za dwie minuty pewnym krokiem poszedł do domu. W nocy obudziło mnie szczekanie. Kiedy wyjrzałem przez okno zobaczyłem jak ktoś stoi przed furtką. Zszedłem na dół i przez domofon zapytałem postać czego chce. To była żona pana Marcina. Szukała go u mnie. Powiedziałem jej, że odprowadziłem go domu i nawet widziałem jak wchodził przez furtkę na swoje podwórko. Zdziwiło mnie, że nie dotarł do domu. W końcu miał kilka metrów do drzwi. Ubrałem się pospiesznie i wyszedłem na dwór. W drzwiach zawołał mnie jeszcze ojciec, pytając dosadnie kto o tej porze dobija się do nas. Kiedy wytłumaczyłem mu że, to sąsiadka szuka pana Marcina zamknął drzwi od sypialni i zgasił światło. Na dworze było ciemno więc, kiedy włączyłem światła nad wejściem i przy bramie, musiałem przymrużyć przyzwyczajone oczy do ciemności. Pani Teresa stała przed furtką trzymając w ręku latarkę. Jeszcze raz wytłumaczyłem jej, że odwiozłem jej męża przed ósmą i wtedy ostatni