Psychologia · 24 min czytania
Mężczyzna zmiennym jest
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział 1.
Pobroty to nieduże miasto leżące czterysta kilometrów na północ od stolicy. Poza tym, że było zadbane, świeżo odmalowane i dość spokojne (przynajmniej na pozór) nie różniło się zasadniczo od innych niedużych miast. Podobni ludzie, podobny poziom bezrobocia i lichy start w życiu. Po przemyśle pozostała dość posępna dzielnica przemysłowa, w której znajdowały się opuszczone fabryki i fundamenty jakichś tajemniczych budowli porośnięte wysoką trawą. Centrum było kolorowe, odremontowane. Stały tam grafitowe kandelabry, których trzon wyglądał jak tuzin lin oplatających kilkumetrowy słup. Przeważała niska zabudowa, betonowa. Były gdzieniegdzie spadziste dachy, zabytkowe kościoły. Drzewa rosły dość gęsto, a ponadto miasto otaczał las mieszany o powierzchni blisko pięćdziesięciu kilometrów kwadratowych, w którym rozsiane były stawy, bagna i domki jednorodzinne. Latem powietrze w Pobrotach przesiąkało zapachem zieleni wymieszanym z wonią hamburgerów oraz smażonych ryb. A ryby prosto z morza, gdyż Pobroty to miasto prawie nadmorskie. Zimą zalegały na chodnikach zaspy śnieżne, które dość znacznie mogły utrudnić wysiadanie z autobusu, i biało było jak okiem sięgnąć. Miasto więc całkiem przyjazne. Wabiące nawet turystów. I tkwiłem w nim prawie od urodzenia - całe jedenaście lat. Rodzice moi przeprowadzili się tutaj, kiedy wymawiałem już pierwsze słowa. Nie wiem co ich tu przywiodło. Mieszkanie? Jakieś większe perspektywy? Zresztą niepotrzebna mi taka wiedza. Powoli kończyłem podstawówkę - przedostatnia klasa. Raczej nie podobała mi się ta szkoła. Korytarze za dnia ciemne - odcięte od świata zewnętrznego brakiem okien. Tylko po obu ich końcach okna były i to niemałe i bez żadnych zasłon, przez które światło słoneczne czasem zaglądało ciekawie. Wtedy trochę weselej mi było. Czułem na tych korytarzach lepkość materii. Trochę chyba powietrze nieświeże, a tłok taki, że mało się widziało. Czasami na przerwach słyszało się tętnienie jakby stado bizonów biegło. Potem okrzyki radości. To pierwszaki kończyły swe dzisiejsze męczarnie. Uważałem jednak, że nie powinny się tak cieszyć, bo jeszcze kilka dobrych lat spędzą w tej szkole, a im dalej będą w to brnęły, tym poprzeczka wyżej. Była zwykła środa. Siedziałem pod ścianą czekając na dzwonek. Wyciągnąłem z plecaka kanapki. Jak zwykle gruba warstwa masła. Zresztą i tak nie lubiłem jadać w szkole - w takim otoczeniu. Wkrótce miało przyjść najgorsze - środowa godzina grozy. Dlatego też większość uczennic oraz uczniów chodziła z zeszytem w ręku mrucząc do siebie formułki wiedzy geograficznej. Ja powtarzać nie miałem potrzeby, gdyż akurat nie byłem przygotowany. Zgodnie z moimi kalkulacjami mogłem sobie pozwolić na jedną ocenę niedostateczną z tego przedmiotu. Geografii nigdy nie lubiłem. Wolałem poświęcać czas na zgłębianie wiedzy informatycznej oraz fizyczno-matematycznej. Czuło się tą ciężką atmosferę. Dłużyły się minuty. Niektórzy mieli nadzieję, że ona tym razem nie przyjdzie. Ona jednak miała końskie zdrowie. Chyba jeszcze nigdy nie zachorowała mimo dość zaawansowanego wieku. Nagle koleżanki, koledzy zaczęli formować dwuszereg. To znak, że ktoś ją zauważył. Zerwałem się szybko, stanąłem na końcu. Tak, rzeczywiście nadchodziła. Serce zabiło mi mocniej. Jej niska, tęga sylwetka ukazała się naszym oczom. Włosy przypominające języki ognia półkoliście obejmowały okrągłą twarz. Zielone oczy powiększane przez okulary, małe pełne usta wymalowane ostro różaną szminką. Tył jak u nosorożca odziany w prostą spódnicę do kolan kołysał się na boki. Wydawało się, że płynął lekko w powietrzu. Zresztą lekkość z tej pani epatowała wręcz mimo nóg jak słupy telegraficzne i biustu raczej obfitego, gdyż nosiła buty na cienkich, nieprzyzwoicie wysokich obcasach. Można by odnieść wrażenie, że zaraz połamią się pod takim ciężarem, a nigdy nie pękły. Ten jej chód dziwaczny, ciężki i lekki zarazem, w tych delikatnych szpilkach z tym kołysaniem całym, wysokimi tonami stukotu obcasów i twardymi uderzeniami o posadzkę przykuwał moją uwagę. Aczkolwiek udawałem, że wcale się na to nie gapię. Nie chciałem, żeby ktoś odkrył moją tajemnicę. Czasem miewałem dziwne wrażenie, że jednak ktoś wie mimo wszelakich środków ostrożności. Jednak było to wrażenie zupełnie nieracjonalne, gdyż nie było sposobu aby tajemnica moja wyszła na jaw przypadkiem. Widząc ją dzisiaj znowu w tych szpilkach uśmiechnąłem się skrycie, bo tego dnia, po raz kolejny w tym miesiącu, mógł nastać TEN moment i byłem prawie pewien, że nastanie. Pani Wróblewska otworzyła salę. Najpierw weszły dziewczyny stojące w rzędzie pod ścianą. Następnie my. Wszyscy zajęli swoje stałe miejsca - idealny porządek. Powyciągaliśmy swoje piórniki, zeszyty, książki. Jak zwykle. Nauczycielka usiadła niestety za biurkiem, ale podejrzewałem, że jeszcze wyjdzie zza niego i znowu zobaczę ją od pasa w dół. Nastała grobowa cisza. Pani Wróblewska grzebała w swojej teczce. Wyciągnęła plik kartek. Wiedzieliśmy co to było i dlatego jedni przerazili się, a inni, na przykład ja, ucieszyli. - Nawet jak dostanę laka, to chyba lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć, prawda? - myślałem. - Rodzicom przecież i tak nie powiem. Niech sobie chodzą na wywiadówki, jeśli chcą wiedzieć. - Mam tu wasze sprawdziany - odezwał się dojrzały kobiecy głos. - Nie zaskoczyliście mnie jak zwykle. Ta sama tendencja spadkowa co rok temu. Z każdym sprawdzianem coraz gorzej. Jednakże kilku uczniów zdołało uratować wasz honor. Zaczynamy. Zielińska Katarzyna - piątka. Z pierwszej ławki podniosła się wysoka dziewczyna nosząca długie proste blond włosy i luźną zieloną spódnicę. Była to wzorowa uczennica, na którą mówiono "komputer". Z geografii jej najgorsza ocena to czwórka. Odebrała swoją pracę, podeszła pod tablicę i zaczęła analizę błędów. Rzecz jasna długo to nie trwało, bo co tu analizować z taką oceną? - Szczęsny Wojciech - piątka - ciągnęła dalej nauczycielka. Do tablicy podszedł kudłaty chłopak, który na pewno miał powodzenie wśród dziewczyn. Ładny, dobrze się uczył, miał poczucie humoru i mnóstwo kolegów. Pani Wróblewska wyczytywała kolejne nazwiska. Była już trójka, więc zacząłem się niepokoić. - Pewnie zaraz będę ja. Już mogę się szykować. Odsunę sobie trochę krzesełko, żebym miał łatwe wyjście. W sumie już powoli mogę wstawać, chociaż zanim ona zdąży przeczytać moje nazwisko, to upłynie jeszcze trochę czasu - myślałem. - Wiślińska Zofia - trójka. Wstała drobna, piegowata dziewczynka. Jej dwie kitki podskakiwały radośnie, gdy zbliżała się do tablicy. To typ podobny do mnie - cieszyła się, jeśli dostała choćby tróję, czyli ambicja na poziomie motłochu. - Wrona Stefan - trójka. - On? Trójka?! Niemożliwe!! - krzyknąłem w myślach. - Przecież to chuligan, który nie zdał do następnej klasy. Chyba nigdy nie dostał pozytywnej oceny. Było to dla mnie bardzo zagadkowe. Chłopak nie ukrywał radości. Szedł tym swoim luzackim krokiem, który mi wydawał się dość sztuczny. Osobiście wolałem swój chód, czyli taki, jakbym połknął kij, ale najbardziej lubiłem chód normalny. Nosił, do tego swojego chodu, bluzę dresową z kapturem oraz spodnie niskie w kroku. Trójki sypały się - było ich naprawdę sporo. Chyba pół klasy stanęło pod tablicą. A ja? Ciągle siedziałem. - Trudno - pomyślałem. - Dwójkę może otrzymać nawet najlepszy. To nie tak źle. Przecież mogła być jedynka. Rozpoczęło się czytanie dwójek. Niepokój ogarniał mnie coraz większy. - Cóż. Jedna jedynka nie zaszkodzi - oswajałem się z najgorszym. Nie wiedziałem jednak co mnie czeka. Zostałem wyczytany na samym końcu, ale mało tego. Pani Wróblewska, na domiar złego, skomentowała moją pracę w ten oto sposób: - I na końcu Wiślański Marek ocena niedostateczna. Czy jest Wiślański? - wstałem. - O, jest. To dobrze, bo chciałam krótko skomentować twoją pracę. Otóż jeszcze nigdy, przez trzydzieści lat wykonywania mego zawodu, nie widziałam tak beznadziejnej pracy. Żeby nie wiedzieć gdzie leżą Himalaje, trzeba być totalnym nieukiem. I jeszcze te błędy ortograficzne. Wiślański, jak się pisze "Hel"? Pytanie dość trudne. Zadumałem się chwilę, lecz ciężko było myśleć, bo rozpraszały mnie jakieś pogardliwe śmiechy. Dobrze wiedziałem kto tak rechocze. To Narczewski - mój najlepszy kolega. Zawsze porównywaliśmy swoje oceny. Miał niestety dobry powód do śmiechu, bo właśnie przegrywałem. Stałem w ławce jak ten kołek. Trzeba było coś odpowiedzieć: - Przez "ch". Nie był to zbyt celny strzał. Wybuchły salwy śmiechu. Chociaż udało mi się rozbawić towarzystwo. - Oj, Wiślański, Wiślański. Z taką wiedzą, to ty od następnej klasy nie przejdziesz. Marnie widzę twoją przyszłość. Odbierz swoją pracę i przestudiuj ją uważnie. Może się czegoś nauczysz. Przynajmniej było już po wszystkim. Od tego stania jak kołek zrobiło mi się strasznie gorąco. Mogłem odetchnąć z ulgą. Znałem już smutną prawdę. Godzinne wkuwanie tym razem na nic się zdało, ale tak to już bywa. Człowiek sobie myśli, że jak wykuje połowę materiału, to, matematycznie rzecz ujmując, ma szanse na dwa z plusem, a jednak istnieje ryzyko trafienia na skrajnie niesprzyjający zestaw pytań. - Haha - powiedział po lekcji Narczewski. - Pała. Haha. Uśmiechnąłem się, aczkolwiek za bardzo nie byłem zadowolony. - Niestety niedostateczny - odpowiedziałem radośnie. - Hihihi - skomentował moje niepowodzenie raz jeszcze. Usłyszałem oklaski. To Michał Młyński zwany także "młynem" - szczupły, wysoki chłopak o blond lokach i wielkich niebieskich oczach. Uczył się nieźle. Startował w różnych olimpiadach, konkursach. Krótko mówiąc: uchodził za wzór do naśladowania. - Brawo! Brawo! - krzyczał. - Cóż za wspaniałe osiągnięcie. Moje gratulacje! Czasami lubiłem go, czasami nie. Miał o sobie wysokie mniemanie. Uważał, że na wszystkim zna się lepiej niż ja i raczej miał mnie w pogardzie. Trzymał ze Szczęsnym i z jeszcze kilkoma innymi wzorowymi, dobrze uczącymi się. Taka jakby elita klasowa. Osobiście twierdziłem, że nikim szczególnym nie był. Ba, nawet gorzej grał w piłkę ode mnie. Raz wyjawiłem mu: - Gorzej grasz w piłkę ode mnie. A on roześmiał się i powiedział to swoim kolegom, po czym wszyscy mieli ze mnie ubaw. Tak to bywa z elitami klasowymi. W chwili obecnej zapomniałem jednak o tej całej szkole. Lekcje dobiegły końca, wyszedłem na zewnątrz. Oblały mnie ciepłe promienie słońca. Nabrałem do piersi powietrza. Wreszcie byłem wolny. Co prawda moja wolność długo nie będzie trwała, ale na pewno nacieszę się tą przepustką. Oj, nacieszę się bardzo. I nikt nie wiedział co miałem zamiar niedługo zrobić.
Rozdział 2.
Bywają takie chwile w życiu człowieka, których wyczekuje się z niecierpliwością. Ja miałem takie właśnie momenty średnio raz w tygodniu. Wracałem do domu tą samą drogą co zwykle. Towarzyszył mi, w owej przechadzce, śpiew ptaków. Dzień bezchmurny zupełnie, drzewa w pełni zielone. Chodniki niedawno odbudowane, tęczowe domy radowały oczy. Te szkolne korytarzowe ciemności pozostawiłem już daleko w tyle. Pokonałem szybko żwirową alejkę, przebrnąłem przez park, w którym pływały łabędzie i byłem już prawie na miejscu. Nagle podbiegła do mnie dziewczyna. To Kaśka Kruk. Znałem ją tylko z widzenia. Właściwie wszystkie dziewczyny znałem tylko z widzenia. Jednak nie zdziwiło mnie jej podbiegnięcie, gdyż przywykłem do tego, że byłem zagadywany przez rówieśników. - Cześć - rozpoczęła. - Cześć. - Gdzie idziesz? - Do domu. Początki bywają trudne. Chciałem jak najszybciej zakończyć tę rozmowę, gdyż trochę mnie onieśmielała. Jeszcze bym palnął coś głupiego. - Aha. - odpowiedziała po chwili. - Tak w ogóle to jestem Kaśka - podała mi rękę. - Marek. Kaśka niezła była. Biegała szybciej niż niejeden chłopak i dobrze grała w kosza. Jednak nie przyszło mi do głowy myśleć o niej "chłopacza". Mało myślałem na temat innych ludzi. - Dobra. To ja już lecę. Nasze drogi rozeszły się na skrzyżowaniu Kochanowski-Mrożek. Pewnie mieszkała w jednym z domków jednorodzinnych na osiedlu położonym przy torach noszącym nazwę Osiedle Północ. Tymczasem już…