Erotyka · 23 min czytania
Mgła
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mgła
Mark po raz kolejny minimalnie zmienił pozycję ciała. Zaczynał go boleć kręgosłup. Wyruszył z Warszawy o piątej rano. W ciągu ośmiu godzin objechał cztery placówki terenowe swojej macierzystej firmy z Blackpool. Obiad zjadł w Łomży i w całkiem dobrym humorze zaczął powrót do domu. To było trzy i pół godziny temu. Do domu… Czy wynajęta willa na Saskiej Kępie to dom? Dom został w Cornwalii. Chociaż ostatni raz był tam pół roku temu, na święto Narodzenia, to był tam prawdziwy dom. Na Saskiej Kępie było tylko mieszkanie, nawet nie wybrane przez niego tylko przez jakiegoś pośrednika. Teraz jednak z przyjemnością znalazłby się właśnie tam. Wyciągnąłby na łóżku swój nadwerężony kręgosłup. Do szklanki nalałby ulubionej brandy i popijał patrząc na zdjęcie Sary i Vicki. Nacisnął gwałtownie hamulec. Przez te marzenia nie zauważył, że facet przed nim zwalnia, aby objechać jakąś przerażliwą dziurę w jezdni. Mark także ją ominął. Kiedy jechał do Polski, nasłuchał się dobrych rad od tych, którzy swoje już tutaj odsiedzieli. Wiedział, że przynajmniej w połowę nie można wierzyć, bo zasadą było straszenie ,,nowego”. Kierując się zdrowym rozsądkiem, nie posłuchał rady, aby zabrać ze sobą cały karton mydła, bo w Polsce produkują tylko szare z dodatkiem drobno zmielonych trocin. Nie uwierzył w to, że za wszystko trzeba płacić bakszysz , jak w krajach dalekiego wschodu. Przesadzone okazały się też historie o ciągłym jedzeniu smalcu, zepsutych ogórków i… flaków. Poczuł nagle, że żołądek podchodzi mu do gardła. Gwałtownie skręcił kierownicą. Już się przyzwyczaił do prawostronnego ruchu, ale czasem odruchowo zjeżdżał na lewą stronę. Minął go trąbiący przeraźliwie TIR. Widać i tamten się przestraszył. No więc, historie o jedzeniu okazały się wyssane z palca. W sklepie można było kupić wszystko na porządne angielskie śniadanie i nie tylko śniadanie. Poza tym zasmakowały mu niektóre polskie specjały, choćby pierogi. No, ale opowieści o drogach okazały się prawdziwe. Dużo jeździł po całym tym kraju i nie mógł zrozumieć jednego – dlaczego ciągle naprawiają jakiś fragment, zamiast położyć porządną nawierzchnie na całym odcinku, nawet kosztem zamknięcia go na jakiś czas. Znów musiał hamować. Przeoczył znak informujący o ostrym zakręcie. O mało nie wyleciał z drogi. Zaraz za zakrętem zobaczył tablicę informującą, że to pechowe miejsce. Polacy nazywali takie miejsca ciemnymi punktami albo jakoś podobnie. Liczby na tym znaku wskazywały, że w najbliższej okolicy zginęło 12 osób. Mark pomyślał, że właściwie on też nie powinien jechać dalej. Musi zjechać gdzieś i rozprostować kości. Zaczął wypatrywać oznaczeń parkingu, ale tych, jak na złość, nigdzie nie było widać. W końcu zauważył jakiś niebieski znak z białym napisem, strzałką i międzynarodowym piktogramem oznaczającym zabytek. Nazwy nawet nie starał się odczytać. Nie znał na tyle polskiego i właściwie nawet go nie obchodziło, co tam się znajduje. Przecież nie jedzie zwiedzać, chce się tylko zatrzymać na parkingu, który musi się znajdować w pobliżu tego zabytkowego obiektu.
Skręcił w prawo i zaczął się zagłębiać w las, który porastał obie strony szosy. Uchylił okno i jechał powoli. Tak, lasy to mu się tu podobały. Wciągnął powietrze do płuc i zdziwił się, że wydaje się takie świeże, choć tuż obok przebiega ruchliwa trasa. Zaczął się rozglądać. Na tablicy była informacja, że ten zabytek znajduje się 100 metrów dalej. Tyle mniej więcej przejechał, ale nic nie było widać poza drzewami. Może przegapił jakiś skręt. Kiedy pojawiła się mała polanka, postanowił nie jechać dalej. Miejsce było odpowiednie na postój. Zjechał z leśnej drogi, zgasił silnik i odetchnął z ulgą. Otworzył drzwi i powoli rozprostował nogi. Tego mu było trzeba. Postanowił się trochę rozruszać, więc wysiadł z auta. Miejsce było naprawdę piękne. Polanka była niewielka, otoczona ze wszystkich stron malowniczymi pagórkami. Być może dlatego było tu tak zacisznie. Zupełnie nie było słychać odgłosu samochodów. Mark pod nogami czuł gęstą trawę, która rosła tu wyjątkowo bujnie. Nabrał ochoty, aby wejść na szczyt któregoś z pagórków. Kiedy wbiegł szybkim krokiem na najbliższy, poczuł się w pełni wynagrodzony za wysiłek. Z góry roztaczał się jeszcze piękniejszy widok niż z dołu. Cała okolica w zasięgu wzroku pokryta była malowniczymi wzgórkami różnej wielkości. Na niektórych z nich rosły białe kwiaty. Inne okrywały zielona trawa i mchy. Stare drzewa szumiały dostojnie. Cały obraz tchnął spokojem. Mark nie żałował, że zatrzymał się właśnie tu. Schodząc z pagórka jeszcze oglądał się przez ramię, aby widok utrwalić w pamięci. Opisze go Sarze w następnym liście. Wsiadł do samochodu i zaczął mościć się za kierownicą. Właściwie mógłby zatrzymać się tutaj dłużej. Do wieczora jeszcze daleko. Zamknął oczy, uśmiechał się jeszcze przez kilka chwil, zanim nie zapadł w sen.
Kiedy otworzył oczy, od razu wiedział, gdzie jest. Czuł, że wypoczęło i jego ciało, i umysł. Tylko kilkanaście minut a takie efekty. Aż szkoda stąd odjeżdżać. Jeszcze raz spojrzał na roztaczający się przed nim krajobraz. Pogwizdywał cicho, zapinając pasy. Po kilku chwilach odpiął je z powrotem. Samochód nie chciał zapalić. Nic nie dało kilkakrotne przekręcanie kluczyka. Wysiadł z samochodu i podniósł maskę. Na oko wszystko wyglądało w porządku, ale nie był specjalistą od elektroniki, a całe auto było nią naszpikowane. Podociskał przewody i jeszcze raz postanowił sprawdzić czy silnik zaskoczy. Niestety nic się nie zmieniło. Znowu wysiadł z samochodu i zaczął się zastanawiać. Co właściwie mogło się stać? Do tej pory auto działało bez zarzutu. Samochód był praktycznie nowy. Raptem po plecach przeszedł mu dreszcz. Od ściany lasu szedł chłód. Mark obejrzał się i zobaczył, ze większa część polanki przykryta jest cieniem wysokich drzew. Zdziwiło go to. Przecież niedawno cała rozświetlona była słońcem. Poczuł się nieswojo. Postanowił zadzwonić do swojej firmy ubezpieczeniowej. Płacił w końcu składki, a w umowie mieli całodobową pomoc. On sam i tak nic tu nie poradzi. Kiedy wyjął telefon, odruchowo spojrzał na wyświetlacz. Na jego twarzy pojawił się wyraz dezorientacji. Była godzina dwudziesta. Był pewien, że dochodziła szósta, kiedy wjeżdżał na polanę. Niemożliwe, żeby spał tak długo. Czyżby był aż tak zmęczony? No tak, to by wyjaśniało sprawę cienia na łące. Znowu poczuł chłód na plecach. Nie ma co czekać do nocy, trzeba wezwać kogoś do naprawy samochodu. - Hello. My car…Moje auto nie działa. Ja mało mówić po polsku. Do you speak English?...Little!..OK! My name Mark Creedy…C,R,E,E,D,Y…Yes, Toyota Yaris. …Gdzie? Where?..- rozejrzał się dookoła. Nie potrafił nawet określić miejsca, w którym się znajdował. Łamaną polszczyzną wytłumaczył kobiecie z tamtej strony, że znajduje się w lesie przy drodze z Łomży do Warszawy. Sam wiedział, że to mało precyzyjne. Postanowił wyjść na trasę i znaleźć jakąś tablicę informacyjną z nazwą miejscowości. Kiedy doszedł do asfaltu, westchnął z ulgą. Jednak szczęście nie opuściło go zupełnie. W odległości kilkuset metrów znajdował się jakiś drogowskaz. Gdy szedł w jego kierunku, ciągle mijały go samochody, choć ruch był mniejszy niż przed kilkoma godzinami. Spod znaku zadzwonił ponownie do kobiety z ubezpieczeń. - Dzień dobry. Ja dzwoniłem wcześniej…Yes, Mark Creedy…Ja mam tablicę i tu jest napis-Warszawa 65 kilometrów, Stara Wieś 1 kilometr…Yes,Wieś. When …Kiedy będzie pomoc?...Dwie godziny? Długo! Please bardzo szybko…Proszę zadzwonić, to ja wyjdę do trasy. Car…Auto jest w lesie…Yes! Do widzenia. Mark schował telefon do kieszeni i ruszył z powrotem. Wcześniej musiał żle ocenić drogę, bo wydawało mu się, że wraca znacznie dłużej. Kiedy doszedł do bocznej drogi, słońce skryło się już całkiem za linią lasu. Zaczął mimo woli iść wolniej, bo miał wrażenie, że z każdym krokiem robi się ciemniej. Zagłębiał się w las, a serce biło mu coraz mocniej. Kilka razy rzucił nerwowo wzrokiem w bok, bo miał wrażenie, że ktoś przygląda mu się z ukrycia. Nie było jednak nikogo tylko drzewa, ale nie przypominały już tych sprzed kilku godzin. Stały wielkie, czarne i szumiały głośno, jakby ze złością. Czuł się tu intruzem. Poczuł ulgę, gdy zobaczył swoją polanę a na niej samochód. Wsiadł i zatrzasnął drzwi, odcinając się od tego grożnego raptem świata. Odetchnął, pozbywając się napięcia. Tu mu nic nie grozi. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, nastawiając się na oczekiwanie sygnału telefonu. Czas mijał i dłużył się. Kiedy według jego mniemania minęło pół godziny, spojrzał na zegarek. Okazało się, że siedzi w aucie dopiero dziesięć minut. Postanowił się zdrzemnąć. Ale nie mógł zasnąć, pewnie dlatego, że niedawno się obudził. Z drugiej strony, mimo wszystko nie czuł się bezpiecznie. Lepiej mieć oczy otwarte. Patrzył przed siebie, starając się nie ulegać panice i nie rozglądać histerycznie dookoła. Nagle zapalił światła samochodu. Wydawało mu się, że coś się rusza na szczycie pagórka, tam, gdzie sam stał przed kilkoma godzinami. Światło nie oświetlało jednak wzgórka. Zwiększył zasięg . Tym razem silny promień dotarł do celu. Mark odetchnął z ulgą. To tylko mgła. Miała prawo się tu tworzyć. Mech i bujna trawa wskazywały na podmokły teren. Nie może pozwolić, aby strach wygrał z jego zdrowym rozsądkiem. Wyłączył światła, żeby oszczędzić akumulator. Po raz kolejny spojrzał na zegarek. Jak ten czas wolno płynie. Postanowił mimo wszystko zamknąć oczy i policzyć do tysiąca. Tak bawił się, gdy był mały i nie mógł spać. Wytrzymał tylko do 879. Coś nagle stuknęło w dach samochodu i Mark gwałtownie otworzył oczy. Nie zamknął ich ponownie.
Wokół nie było już ciemności. Patrzył na polanę pogrążoną w jakimś widmowym blasku. Źródłem światła był księżyc, który właśnie ukazał się nad drzewami. Srebrny, mleczny okrąg. Pełnia. Wyrażnie widoczne były wszystkie drzewa i pobliskie pagórki, u których podnóża tworzyła się, a raczej kłębiła, mgła. Przypominała morskie bałwany szarpane podmuchami silnego wiatru. Mark mocno zacisnął ręce na kierownicy. Pierwszy raz widział, aby mgła tworzyła wiry. Kłęby pary unosiły się do góry, przybierając dziwne kształty, tylko po to, aby po chwili zapaść się z powrotem w morze oparów. Zamknięty w samochodzie mężczyzna patrzył z przerażeniem, jak dziwna mgła posuwa się powoli, ale nieustannie w jednym kierunku. Ku niemu. W końcu musiał przyznać, że dzieje się tu coś dziwnego a on jest po prostu przerażony. Wał mgły zatrzymał się kilkanaście metrów od niego. Na wprost Marka zaczął się formować kolejny tajemniczy kształt. Mężczyzna czuł, że serce bije mu jak oszalałe. Mógł tylko patrzeć na to, co się dzieje. Z kłębów mgły zaczęły wyłaniać się zarysy ludzkiej sylwetki. Głowa, ręce… Wszystko to jednak było w nieustannym ruchu, rozmazywało się. W pewnej chwili dziwny twór oderwał się od reszty i zaczął zbliżać do Marka, który trzęsącymi się rękoma usiłował zapalić światła. Nie mógł jednak przekręcić gałki. A postać zbliżała się coraz bardziej. Była zaledwie kilka metrów od samochodu, kiedy w końcu udało mu się. Dwa silne promienie oświetliły polanę. W tej samej chwili postać zatrzymała się, jakby zaskoczona. Światła musiały ją oślepiać a jednak patrzyła prosto w oczy Marka. A on oniemiały patrzył na nią. Bo to była ona,…