Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 30 min czytania

Mgła

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

I – Nieszczęścia chodzą parami

Pamiętam, że w tamtym roku zaskoczyła nas przedwcześnie owa powracająca cyklicznie głęboka szarość. Spaliny nowoczesności wymieszane z deszczem tworzyły unoszący się w powietrzu aromat miejskiej jesieni. Ten odradzający się martwy okres zawsze przynosił mi smutek, zawsze przyćmiewał moje myśli swą monotonnością. W tamtym czasie mocniej niż zwykle dawał mi się we znaki. Byłem bez pracy od kilku miesięcy. Żyłem z pieniędzy zarobionych wcześniej na kolei. Na szczęście z pomocą przyszedł mój znajomy z liceum, który polecił mnie pewnemu pracodawcy. Miałem się z nim spotkać w mieście na krańcu okręgu. Obudziłem się, otworzyłem oczy i uczułem zmęczenie. Jak wywnioskowałem po bezbarwnym pejzażu za oknem, był to już ranek. Wolnym ruchem przeniosłem wzrok na tarczę zegarka. Wskazówka ukuła mnie boleśnie. Zaspałem na pociąg. Nie wiem jak, ale poskładałem sobie w głowie, że lepiej już będzie pojechać autostopem niż czekać na kolejny pociąg. Wstałem powoli z łóżka by wykonać grupę czynności zwanych toaletą poranną. Umyłem się, ubrałem, zjadłem śniadanie i wyszedłem z domu. Moje nozdrza momentalnie zostały zaatakowane przez jesienny mróz. Unosząca się gęsta mgła ograniczała zasięg mego wzroku do kilku metrów. Całkowicie zziębnięty dotarłem na przystanek autobusowy. Autobus przyjechał w przeciągu trzech minut. Wsiadłem, kierowca ruszył i po kilku chwilach stałem już na wylotówce. Nie wiem ilu, uważających mnie za jakieś widmo jesieni, kierowców przejechało, lecz w stosunkowo krótkim czasie zatrzymał się duży samochód ciężarowy. Wymieniłem z kierowcą kilka nieistotnych słów na temat celu jego i mojej podróży, po czym wdrapałem się do środka i ruszyliśmy. Było mi jakoś wyjątkowo wygodnie. Chwilę po tym zasnąłem. Gdy się obudziłem, na dworze ściemniało się już. Podskoczyłem na siedzeniu i zwróciłem się do kierowcy. - Daleko jeszcze? - Panie, dawno już minęliśmy miejsce gdzie pan miałeś wysiadać. – odparł gładko kierowca. - Jak to!? - Tak to panie, tak to. Spałeś pan jak kamień, nie mogłem pana dobudzić. - Cholera... Może mnie pan wysadzić w najbliższej miejscowości? - Nie ma sprawy, tylko tutaj taki region dziwny. Odludzie takie, jedno miasteczko wprawdzie stoi, ale tylko boczna droga do niego prowadzi. - Rozumiem, niech mnie pan wysadzi obok tej drogi. Jechaliśmy w milczeniu przez kilkanaście minut, po czym zatrzymaliśmy się na poboczu. - Tam! – krzyknął kierowca wskazując mi żwirową drogę.- Prosto tą ścieżką - Dziękuje bardzo. – odparłem otwierając drzwi wozu. – Bardzo przepraszam za kłopot. - Nie ma sprawy. – odpowiedział kierowca śmiejąc się.- Powodzenia! - Dziękuje, wzajemnie. – powiedziałem i zamknąłem za sobą drzwi. Kierowca, z piskiem opon, ruszył dalej w drogę. Wkroczyłem na żwirową ścieżkę. Przeszedłem kilka kroków gdy zapadła całkowita ciemność. Po półgodziny marszu dostrzegłem, tak przynajmniej sądziłem, tablicę z nazwą miasta, jednakże gdy podszedłem bliżej zobaczyłem tylko napis „serdecznie zaprasza”. Im dłużej szedłem, tym bardziej dokuczliwy stawał się mróz. Kilka chwil później zauważyłem już pierwsze domy. Nigdzie nie paliło się żadne światło. Droga ziała przerażającą pustką. Powracający w kółko motyw mrozu nakłonił mnie do poszukania miejsca na nocleg. Zszedłem z drogi i położyłem się, wbrew logice, w krzakach. Początkowo nie mogłem zasnąć, jednak przypomniało mi się, iż w kieszeni kurtki mam piersiówkę z wódką. Pociągnąłem z niej kilka łyków, po czym zwinąłem się w kulkę. Nie wiem na jaki cud liczyłem, ale w końcu zasnąłem.

II – Stagnacja

Następnego dnia musiałem obudzić się koło południa, gdyż słońce było już wysoko na niebie. Podczas snu dołączył do mnie nowy towarzysz, ból gardła. Przekląłem kilkakrotnie pomysł spania w krzakach, po czym pociągnąłem z mojej piersiówki kilka kropel wódki. Orzeźwiło mnie to trochę. Zaobserwowałem, że od wczorajszego dnia mgła trochę zelżała i było całkiem widno. Mróz jednak wciąż utrzymywał się. Kilka razy ziewnąłem po czym ruszyłem na drogę, by dojść do centrum miasteczka. Ścieżka od wczoraj nie zmieniła się w żadnym stopniu. Była tak samo pusta. Szyby domostw były zamazane, toteż nie widziałem twarz ludzkich, jednakże czułem na sobie ich wzrok. Czułem się cholernie nieswojo. Miałem wrażenie, jakoby mgła która wczoraj unosiła się tutaj, dzisiaj po prostu wsiąkła w otoczenie. Mniej więcej w połowie drogi minął mnie radiowóz, który prowadzony był przez pozbawionego twarzy policjanta. Po kilkunastu minutach wszedł na rynek owego miasteczka. Kamienice otaczające rynek były wielką szarą masą. Na niektórych można było dostrzec ślady innych barw, jednak wszystkie musiały wyblaknąć. Po środku rynku znajdował się mały stawik przy którym stało kilka drewnianych ławek. Na jednej z nich siedziało trzech starszych mężczyzn wpatrzonych w kaczki. Nieopodal nich kilku chłopców bawiło się w torturowanie ślimaka. Ruszyłem w ich stronę wolnym krokiem. - Cześć chłopcy – powiedziałem kucając obok nich, - Dzień dobry panu. – Odpowiedzieli chórem. Odniosłem wrażenie, jakoby moja obecność wcale ich nie dręczyła, wręcz przeciwnie, wszyscy byli zadowoleni na mój widok. - Gdzie znajdę najbliższy przystanek autobusowy? - Musi pan iść kawałek prosto tamtą ulicą. – powiedział jeden z malców wskazując mi północno-wschodni kraniec rynku. - Dziękuje. – Odparłem i ruszyłem we wskazane miejsce. Kilka kroków za rynkiem, zabudowania kończyły się. Wyszedłem na drogę biegnącą przez puste pole. Po paru minutach zauważyłem słup z tabliczką przedstawiającą autobus. Obok niego stał średniego wzrostu mężczyzna z twarzą pokrytą kilkudniowym zarostem. Palił papierosa wpatrzony w przestrzeń. Podszedłem do słupa i zacząłem sprawdzać rozkład. Nagle mężczyzna zwrócił się do mnie. - Dzisiaj pan nigdzie nie pojedzie - Dlaczego nie? – Zapytałem przenosząc wzrok z rozkładu na jego twarz. Wydawała się okropnie naznaczona przez los. Była wypadkową blizn, straconych uczuć i pustki. - Wczoraj ktoś, pchnął nożem żonę burmistrza. Komendant policji ogłosił rano, że nikt nie opuści miasta dopóty, dopóki on nie znajdzie sprawcy. Burmistrzowa to jego szwagierka. - Przecież to jakiś nonsens. Nie można zrobić czegoś takiego. To przecież wbrew prawu! - Jakiemu prawu? Panie, pan przyjezdny to nie ma co się kłócić. - Właśnie, przyjezdny. Wczoraj wieczorem przyjechałem, tacy to chyba nie muszą się słuchać komendanta? - Rzadko kto nas w ogóle odwiedza. – Powiedział nie słuchając mnie już. Wypalił papierosa do końca i znów zwrócił się do mnie. – A co pan tu właściwie robi? - Nieważne. - Jak pan chce. – Odparł mężczyzna. Odwrócił się i poszedł głęboko w pole. Uznałem że czym prędzej muszę znaleźć komendanta, by rozmówić się z nim. Wróciłem żwawym krokiem na rynek, w celu zasięgnięciu informacji o położeniu komendy. Starcy i chłopcy gdzieś poznikali. Jedyną osobą którą dostrzegłem, był czarnowłosy mężczyzna palący papierosa w wyjściu jednej z kamienic. Ruszyłem w jego stronę. - Dzień dobry – Zwróciłem się do niego. - Dzień dobry – Odpowiedział. – Zdzisław Grawek jestem. - Miło mi, Olgierd Wicherski. Może mi pan powiedzieć gdzie znajdę posterunek policji? - Tamtą ulicą do końca prosto – mówił wskazując ulicę przeciwległa do tej na której był przystanek. – Później w lewo. - Dziękuje bardzo. –odparłem. Grawek zgasił papierosa. Przydeptał go butem i zwrócił się do mnie. - Pan nie jest stąd. Co więc pan tu robi? - Długo by opowiadać. – odrzekłem. – Ta pustka w miasteczku to z powodu wczorajszego zamachu? - U nas tak zawsze. Państwo burmistrzowie i komendant nie są stąd, więc nie bardzo się o nich troszczymy. - Rozumiem. Zawsze tak tu było? - Może trudno w to uwierzyć, ale nie zawsze tak było. Kiedyś było zupełnie inaczej. Wszyscy byliśmy uśmiechnięci, spełnieni. Zycie kwitło. Utrzymywaliśmy się głównie z turystów których przyciągały starodawne budynki i inne atrakcje. Można by rzec, że U… - Utopia. – dokończyłem. - Tak jest. Niestety, przed kilkunastu laty rzeka która płynie między wschodnim krańcem miasta a lasem, z jakiegoś powodu urosła do ogromnych rozmiarów i wylała. Przy powodzi połowa naszego miasteczka uległa zniszczeniu. Na nieszczęście, wszystkie zabytkowe budowle legły w gruzach. Byliśmy skończeni. - Cóż, rzeczywiście smutna historia. – powiedziałem by przerwać potok słów. Niestety nie udało mi się. - To jeszcze nie koniec. – ciągnął dalej. – Wkrótce po powodzi, przyjechała do nas grupa rzekomych wolontariuszy z województwa. Teoretycznie mieli nam pomóc w odbudowie miasta. W praktyce jednak okazało się, że byli to oszuści, którzy okradli nas z resztek wartościowych rzeczy. - Ale jak to możliwe, że nie było to w ogóle nagłośnione? - Świat wolał o nas zapomnieć. Raz tylko przyjechał jakiś człowiek, mówił że jak wybierzemy go na burmistrza to ściągnie jakiś fundusz na odbudowę. Uwierzyliśmy mu. Wybraliśmy go burmistrzem, ściągnął fundusz i tyleśmy go widzieli. - Myśli pan, że kiedyś ludzie podźwigną się z tego? – spytałem z grzeczności. - Mam taką nadzieje, może to już wkrótce nastąpi. Nigdy nic nie wiadomo – powiedział Grawek. Zapalił kolejnego papierosa i spytał się mnie. – A pan nie chciałby nam pomóc? - Może kiedyś, ale póki co śpieszę się, pan wybaczy. Do widzenia. – powiedziałem i podałem rękę Grawkowi. - Do widzenia Panu. – odparł z lekkim uśmiechem. Ruszyłem wskazaną mi drogą. Uliczka była wąska. Kamienice znajdujące się przy niej widocznie ominęło destrukcyjne działanie powodzi. Po jakimś czasie znów poczułem na sobie obecność wielu ukrytych spojrzeń. Cała ta historia którą usłyszałem wcześniej spowodowała, że miasteczko to zaczęło wzbudzać we mnie grozę. Zdawało się ono być ofiarą losu, który chciał na jego przykładzie pokazać swoją potęgę, jednak nie do końca mu to wyszło. Los uodpornił tych ludzi na siebie, uśpił ich. Zrobił z mieszkańców chodzące trupy będące poza wpływem czasu. Wzdrygnąłem się tak rozmyślając i przyspieszyłem kroku by uciec spod oblężenia spojrzeń. Po kilkunastu minutach doszedłem do komendy. Drzwi były otwarte. Wszedłem do środka i zobaczyłem barczystego mężczyznę w średnim wieku który drzemał za biurkiem. Zastukałem we framugę i jegomość momentalnie obudził się. - Dzień dobry. – powiedziałem. - Dzień dobry, czym mogę panu służyć? – zapytał zapinając marynarkę. - Chciałbym rozmawiać z komendantem. - Ma więc go pan przed sobą, Antoni Młynarczyk. – rzekł wstając zza biurka i wyciągnął swą prawicę do mnie. - Miło mi, Olgierd Wicherski. – odparłem ściskając jego dłoń. - Więc czym mogę panu służyć? - Jak pan się zorientował, jestem przyjezdny. Trafiłem tu przypadkiem dzisiaj rano. Mam do załatwienia ważną sprawę, więc chciałem zapytać, czy mogę opuścić miasto w przeciągu godziny? - Rozumiem, że pan się śpieszy, ale to absolutnie wykluczone. - Słucham!? – krzyknąłem tracąc ostatecznie cały spokój. - Nikt nie wyjedzie dopóty, dopóki nie znajdę sprawcy wczorajszej próby morderstwa. - Co pan wygaduje!? Przecież to niezgodne z prawem! - W tej mieścinie ja stanowię prawo. – odparł ze spokojem. – Pan nie może nic zrobić. Okoliczne lasy są pełne dzikich zwierząt. To jedyna droga. Mój zastępca rano pojechał zablokować dojazd do drogi głównej. Jeśli pan będzie stawiać opór, aresztuje pana. - Chyba pan zwariował. Zachowuje się pan jak jakiś samozwańczy szeryf z dzikiego zachodu, a nie prawdziwy policjant. - Jak pan uważa. Ja ze swojej strony powiedziałem już wszystko. - Ale… - chciałem ciągnąć dalej, lecz w tym momencie wbiegł na komendę mały chłopiec i stanął między mną a Młynarczykiem. - Panie Komendancie! Profesorowa Heklińska mówi, że wie gdzie jest narzędzie zbrodni! - Co!? – krzyknął zdumiony komendant. – Prowadź zaraz do niej. - Idę z panem. – powiedziałem. - Jak pan chce. – odpowiedział komendant i wybiegliśmy. Doszedłem do wniosku, że najszybszą drogą do opuszczenia tego miasteczka, będzie pomoc w śledztwie. Biegliśmy kilka minut w milczeniu, gdy naszym oczom ukazał się dom profesorowej.

III – Naukowe wróżby

Profesorowa powitała nas serdecznie. Przedstawiliśmy się sobie wzajemnie po czym zaprosiła nas do salonu. Usiedliśmy z komendantem na kanapie, a ona naprzeciwko nas w fotelu. Była kobieta w wieku około sześćdziesięciu lat. Jak się później dowiedziałem, była wdową która osiedliła się w rodzinnym miasteczku po śmierci męża. Komendant zaczął nalegać, by profesorowa powiedziała wszystko jak najszybciej. - Pani Anastazjo, rozumie pani jak ta bardzo ważna jest ta sprawa dla mnie. - Rozumiem. – powiedziała uśmiechając się. – Nigdy nie byłam skłonna wierzyć w jakieś zjawiska paranormalne, ale skoro… - Proszę powiedzieć gdzie jest nóż. – przerwał jej komendant. Zachowywał się zupełnie inaczej niż wcześniej na komendzie. - Ależ pan niecierpliwy. – odparła profesorowa niezbyt urażona grubiańskim zachowaniem Młynarczyka. – Jeśli mój sen mówi prawdę, nóż którym została pchnięta pani burmistrz, znajduję się na dnie stawu rynkowego. - Dziękuje pani bardzo. – rzekł komendant zrywając się z miejsca. Uczyniłem to samo. Ruszyliśmy w stronę drzwi. - Panowie już wychodzą? – powiedziała lekko zawiedzionym głosem profesorowa. – Cóż, sądzę, że spotkamy się wkrótce. Do zobaczenia! - Do widzenia. – rzekliśmy prawie równocześnie komendant i ja. Szliśmy w milczeniu całą drogę. Na dworze poczynało już szarzeć. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła godzina 16. Po pewnym czasie stanęliśmy nad brzegiem stawu. Wymieniliśmy spojrzenia. Zapadało milczenie. - To pan jest policjantem. – powiedziałem by przerwać ciszę. - Niestety, ma pan racje. Młynarczyk schylił się by sprawdzić temperaturę wody. Po grymasie jego twarzy poznałem , że z pewnością musi być bardzo zimna. Powstrzymując dreszcze, komendant zdejmował z siebie ciuchy. Mniej więcej w tym czasie dołączył do nas nie kto inny jak Zdzisław Grawek. - Komendant trenuje na zawody „morsów”? – spytał z uśmiechem paląc papierosa. - Widzę że wyostrzył się panu dowcip Grawek. – odparł komendant i wyszedł stukając zębami. – Profesorowa miała sen, że na dnie stawu jest nóż którym dźgnięto moją szwagierkę. - I pan w to wierzy? – zapytał zmieszany lekko Grawek. - Niestety, nic innego nie pozostaje mi do zrobienia jak to sprawdzić. Komendant już w samej tylko bieliźnie zanurzył się w stawie. Był to moment, w którym szczerze mu szczerze współczułem. Kilkakrotnie znikał pod powierzchnią wody i pojawiał się z powrotem. Po paru minutach szukania znalazł nóż. Patrzyliśmy z Grawkiem nie dowierzając zbytnio. Młynarczyk wybiegł z wody, rzucił nóż i zaczął wycierać się w kurtkę. Chwilę później był już ubrany. Obejrzał nóż dokładnie. - To od lokalnego majdracza, Kapsla! - Jest pan pewien? – zapytał zdziwiony Grawek. – Myśli pan że Kapsel może być w to zamieszany? - Zaraz się dowiemy. Wicherski, idzie pan ze mną? - Naturalnie. Młynarczyk ruszył pędem a ja starałem się dotrzymać mu kroku. Grawek gdzieś zniknął, jednak nie przejmowaliśmy się tym zbytnio. Biegliśmy drogą na

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Mgła — czytnik · opowiadania