Horror · 7 min czytania
Mgliście III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Obudził się nie wiedząc gdzie się znajduje. Znów w pozycji półleżącej, znów bez klarownej myśli. Rozejrzał się dookoła. Za sobą dostrzegł automatyczne, szklane drzwi, przez które dostał się do środka. Napiął mięśnie i spróbował wstać. Nic z tego; mięśnie, choć napięte, były widać zbyt słabe (czy też zmęczone) by udźwignąć jego ciężar. „Mój Boże, przecież muszę wstać, nie mogę tak leżeć w nieskończoność!”. Najwyraźniej siła myśli i rozpaczy jaka się za nimi kryła wlała widać nową porcję energii w mięśnie. Poczuł się znów tak, jak przy pierwszej próbie podniesienia się – jak młody bóg szukający pretekstu by pokazać swą siłę światu. Tyle, że TEN świat nie chciał patrzeć na jego potęgę. Za nic miał sobie jego przechwałki. Milczący i szary, jakby przyglądał się badawczo jego poczynaniom i wyczekiwał chwili by z niego zadrwić. Mężczyzna wreszcie wstał. Spojrzał raz jeszcze na drzwi, za nimi widać było jedynie mgłę, gęstą niczym wata cukrowa sprzedawana na parafialnym odpuście. Wtem usłyszał cieniutki głosik: - Tato! Tato! Głos dochodził zza ruchomych (obecnie nieruchomych) schodów. Poszedł w tamtą stronę. Powoli, zataczał łuk przygotowany na najgorsze; mięśnie, odzyskawszy swój dawny wigor, były napięte do granic możliwości. Logicznym byłoby uciec stamtąd jak najszybciej. „Ale gdzie uciec?”. Na ławce, zaraz za schodami, siedziała odwrócona do niego tyłem dziewczynka. Miała czarne, długie włosy splecione w warkocz spięty różową gumką do włosów. Bawiła się czymś, co trzymała w rękach. - Przepraszam, dziewczynko! Nie wiesz może co to za miejsce? Dziecko odwróciło głowę. Błona zakrywająca usta zaczęła wyraźnie wibrować, jakby słowa chciały się wydostać na zewnątrz, ale nie miały ujścia. Oczy miała całe brązowe, co nadawało jej nierealności. Rozszerzyła je jeszcze bardziej, jakby w przerażeniu i niemej prośbie o pomoc. Dusiła się słowami. Wstała i zaczęła iść w stronę mężczyzny. - Ouuuiiii! Ooouuu! – krzyk, czy raczej buczenie dziewczynki przeraziło mężczyznę na tyle, że nie mógł się poruszyć. „To musi być koszmar, musi, musi, musi…obudź się!”. Zamknął oczy i otworzył je po chwili. Stał wśród straganów i trzymał za rękę dziewczynkę; tę samą, która szła w jego stronę. Choć nie dokładnie tę samą. Ta miała normalne oczy, usta i nos. Poza tymi detalami była taka sama jak ta siedząca na ławeczce. Wbrew sobie powtórzył pytane zadane dziewczynce – upiorowi: - Gdzie jesteśmy? Co to za miejsce? - Tato, tato! Wata! - Jaka wata? Gdzie jesteśmy? - Wata tato! Obiecałeś, że mi ją kupisz! Nie potrafił wytłumaczyć tej sytuacji. Kucnął przed dziewczynką, chwycił ją za ramiona i zapytał raz jeszcze: - Gdzie jesteśmy? - Tam, gdzie chciałeś być; tam, gdzie musisz być; tam, skąd nie potrafisz wyjść. – głos miała daleki, upiorny. Nie poruszała wargami a mimo to mężczyzna słyszał ją dokładnie, ale nie uszami... raczej mózgiem, jakby głos istniał tylko w jego czaszce. Wypuścił ją i wtedy, nagle, jakby zeszło z niej powietrze – ubranie upadło na ziemię. Wrzasnął, wstał i zaczął uciekać. Sądził,