Kryminał · 15 min czytania
Miasto...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tony wkroczył do windy w hotelu „Smith’s”, był bardzo zestresowany, nacisnął przycisk na miedzianym panelu, ze złotym napisem „Penthouse”. Musiał przekazać swojemu starszemu bratu złe wieści, a on źle przyjmował takie wiadomości. Ręce miał spocone, a jego serce waliło jak oszalałe. Wreszcie srebrne drzwi windy rozsunęły się i jego oczom ukazało się luksusowe mieszkanie. Penthouse ten był tylko kryjówką dla jego starszego brata, przyjeżdżał tu gdy robiło się gorąco lub po prostu chciał się schować przed światem. Apartament stał zawsze pusty, jako oddanie honorów rodzinie, która dba o bezpieczeństwo tej dzielnicy. Teraz gdy w mieście robiło się naprawdę niebezpiecznie, a wojna wisiała na włosku, starszy brat Tony’ego ukrył się właśnie w tym miejscu. Schował się przed ewentualnymi „zabłąkanymi” kulami członków polskiego gangu. Lokum urządzone było bardzo luksusowo. Sufit pokryty był freskami przypominające te z Kaplicy Sykstyńskiej. Brakowało podziału na pokoje, jedyne co oddzielało przestrzeń były różnice poziomów, oraz szklane ścianki, po których spływała woda. Jedną z zewnętrznych ścian zastąpiono oknem, od sufitu po podłogę, od jednego rogu do drugiego. Okno ukazywało piękną panoramę centrum miasta. Centralna część mieszkania usytuowana była najniżej ze wszystkich, a w jej środku stała ekskluzywna sofa, z czarnej delikatnej skóry. Zwrócona była w stronę kominka, nad którym wisiał obraz przedstawiający scenę w rajskim ogrodzie. Obraz był tak naprawdę drzwiczkami szafki, w której mieścił się duży telewizor. Tony niespokojnym, szybkim krokiem wszedł do luksusowego apartamentu. Jego brat siedział właśnie na skórzanej kanapie oglądając widok przez przeszkloną ścianę. -Johnny -powiedział lekko chwiejnym głosem Tony -Mam pewne wieści... Nie spodobają ci się. -Słucham cię –Johnny wydawał się spokojny, jak zawsze. Trudno było wyczuć jakiekolwiek emocje w jego głosie. Zawsze wydawało się, że jest znudzony, albo smutny. Nigdy nie krzyczał, jedynie mówił coś bardzo dosadnie... wydzierał się wręcz, ale bez podnoszenia głosu. -„Emigranci” przejęli ciężarówkę gotówki jadącej z naszej knajpy na East Side. „Emigranci” tak mówiono na Polaków. Nowy gang, który powoli piął się na szczeblach bandyckiej kariery przejmując coraz więcej biznesów. Zaczynali od Jackowa, przez Central Avenue, a teraz ich wpływy sięgają po Downtown. Johnny podniósł się z trudem z miękkiej kanapy. Podszedł do szklanej ściany i spojrzał na ulice, na przechodniów, na samochody. Jeśli jeden gang zajmie pieniądze drugiemu gangowi to ostrzeżenie, które może być detonatorem do wybuchu wojny. -To niemożliwe... Szanuję Strzewińskiego, ale to co oni wyprawiają to już przesada. Inni donowie, nie potrafią zrozumieć naszego postępowania. Wciąż się pytają... „Dlaczego ich nie wygonicie z Chicago?” „Dlaczego pozwalacie im na to wszystko?’. -Będzie wojna? – spytał Tony. Johnny westchnął... Nie odpowiedział. Odstawił drink na stolik do kawy i położył się na kanapie, zasłaniając twarz dłońmi. Tony odszedł cicho i usiadł na wygodnym fotelu pod ścianą. Czas upływał, oni nie odzywali się do siebie, ani słowem. Dopiero po niecałej godzinie Johnny przerwał tę ciszę. -Tony.. – rzadko zwracał się do niego po imieniu – Pamiętasz nasze dzieciństwo? -Oczywiście Joe. Trudno zapomnieć tak pięknego okresu. -Pięknego? Przecież żyliśmy w biedzie... ojciec chlał, bił matkę, a ja musiałem pracować. -Tak... Ale pamiętasz może te święta Bożego Narodzenia? Te kiedy po raz któryś z rzędu nie dostaliśmy prezentów? No właściwie ty już byłeś dorosły i zarabiałeś by nas wszystkich utrzymać, ale ojczulek nie potrafił sobie tego uświadomić. Tak się zdenerwował, że przez to jego picie nie może nam kupić prezentów, że poszedł do sklepu z zabawkami i ukradł wszystkie które były na wyższych półkach. Przyniósł je do domu i położył pod choinkę. Byliśmy bardzo zdziwieni, ale cieszyliśmy się. Ja szczególnie. Niestety, potem przyjechała policja. Zabrała staruszka... Ten, krótki czas uczynił moje dzieciństwo pięknym okresem mego życia. Później zamieszkałem tylko z tobą... -Tak... To był piękny okres... Tony uśmiechnął się. Był szczęśliwy. Od dawna nie prowadził z Johnnym rozmowy jak brat z bratem. Johnny również się cieszył, ale nie okazywał tego. Został nauczony, ze najlepiej, nie okazywać swoich emocji (w biznesie), ale żeby nie wyjść z wprawy korzystał z tego w życiu prywatnym. Zresztą... miał do tego wrodzony talent. I znów zapadło milczenie... -Będzie wojna – Johnny odezwał się zachrypniętym głosem, przerywając ciszę. -Nie znajdzie się żadne rozwiązanie pokojowe? -Żadne, które uchroniło by nas od utraty szacunku... – Johnny podniósł się z kanapy i usiadł na krawędzi. - Na to nie możemy sobie pozwolić. -Szacunek, honor... – westchnął Tony. -No nic... Wezwij wszystkich Cappa do “nieba” musimy porozmawiać o przyszłości. Aha. Szofer ma podjechać pod główne wejście hotelu, silnik ma zostać na chodzie. Niech jacyś goryle przyjadą z nim i upewnią się, że jest bezpiecznie. -Dobra... Trzymaj się brat... – Tony wkroczył do windy i drzwi zasunęły się za nim cicho.
„Niebo”... To nic innego jak rezydencja Johnny’ego. To w tym miejscu podejmowane były wszystkie decyzje, nawet te pozornie mało istotne. Rezydencję tą można też nazwać bazą, punktem wylotowym, całego gangu. To na tej posiadłości opierała się cała skomplikowana struktura gangu. Dlatego, między innymi rezydencja ta była tak dobrze strzeżona. Dom otaczało parę akrów pięknego lasu, a las ogrodzony był trzy metrowym murem. Wszystkie domy w okolicy były wynajmowane przez żołnierzy gangu i ich rodziny (żaden z Cappa nie osiedlił się tu w razie ewentualnych problemów z władzami), a goryle strzegli domu, lasku, jak i drogi dojazdowej 24 godziny na dobę. Jeśli ktokolwiek chciał się dostać na teren posiadłości, automatycznie dowiadywali się o tym każdy z czterech szefów ochrony (jeden na każdy obszar). A nawet jeśli mimo tych nadzwyczajnych zabezpieczeń, willa zostałaby zdobyta przez inny gang, struktura gangu nie ucierpiałaby na tyle by mu zagrozić, ponieważ w każdym kącie miasta mieściły się posiadłości, do których przemieszczano „mózg”. Takich posiadłości było razem cztery. Były mniejsze i gorzej zabezpieczone, ale w odróżnieniu od bazy nikt poza najważniejszymi figurami gangu nie miał o nich pojęcia.
Do Johnnego zadzwonił recepcjonista z informacją, że samochód już na niego czeka. Gdy Johnny wkroczył do windy, tam już oczekiwał na niego jeden z ochroniarzy. -Jestem Paul.- Odezwał się do niego ochroniarz. – To dla mnie zaszczyt. Johnny nie odezwał się. Stanął za Paulem i oparł się o ścianę. Johnny nigdy nie nosił przy sobie broni, w razie jakiegoś nieprzewidzianego zatrzymania przez nadgorliwych, policjantów, lub federalnych agentów. Lepiej nie ułatwiać im pracy. Joe nie był wysokim mężczyzną, ale przy Paul’u czuł się malutki. Sięgał mu głową ledwie ponad łopatki, a jego szerokie ramiona prawie całkiem go zasłaniały. Drzwi do windy otwarły się, ukazując oświetlone, wielkie lobby. Po lobby kręciło się jeszcze sześciu innych żołnierzy. Oczywiście incognito, ale…