Horror · 11 min czytania
Miasto
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Miasto
Gdyby ktoś dostąpił łaski wydostania się z miasta, gdyby ktoś jechał Pierwszą, kierując się na drogę stanową, zobaczyłby opartego o uliczną latarnię mężczyznę. Ubranego na czarno, w słonecznych okularach. Z uśmiechem pogardy na twarzy.
* * *
Było ciemno, zimno i tak w ogóle wrednie. A do tego lało. Ulice miasta wydawały się teraz jeszcze bardziej nijakie, szarobure. Olbrzymie, szklane wieżowce, oświetlane blaskiem samochodowych reflektorów, smog w powietrzu, smród w podziemiach. Miasto – zbieranina ludzi, którym wiecznie gdzieś spieszno i dla których liczy się jedynie czubek własnego nosa. Miasto. Miasto Mistrza Gry. Jednego dnia straciłem rodzinę, przyjaciół, godność, pracę. Niekoniecznie w tej kolejności. Szczerze mówiąc, gwizdałem na to. Byłem ciemnym i mogłem mieć to w dupie – Mistrz miewał czasami takie odchyły – kiedy był przygnębiony, nasz świat ze słonecznej, małej mieścinki oświetlanej jeszcze lampami naftowymi zmieniał się w ogromne metropolis skąpane w deszczu. Lecz zazwyczaj na tym się kończyło. Był litościwy. Szedłem więc tak, zziębnięty i przemoczony, kierując swe kroki do stacji metra. Niedawno odbyłem rozmowę z jasnymi, tymi, których ruszać mi nie wolno, bo tak zarządził Mistrz. Z tą nudną, nieciekawą i wciąż zagubioną aktorką-amatorką, gburowatym antykwariuszem, który chyba jako jedyny z drużyny potrafił myśleć, panią psycholog, której wydawało się, że jest facetem, no i oczywiście z farmerem, który znalazł się tu nie wiadomo skąd i dlaczego, i zaczął przewracać wszystko do góry nogami. Pytali. A On, Mistrz, znaczy się, odpowiadał na ich pytania moimi ustami. Pytali o to, o co mieli – kto zabił, kiedy znalazłem ciało, jakie mam alibi. Zwodziłem ich, bo taka była moja rola. Miałem im nieźle namieszać w głowach. Żeby było ciekawiej, żeby się męczyli. Dziś byłem ważny. Miałem te cztery godziny na pokazanie ile jestem wart. Co z tego, że nagle z przemiłego epizodu, bogacza, okrążonego życzliwymi ludźmi, piękną żoną, trójką dzieci, przerodziłem się w nędznego sprzątacza, który przypadkowo odkrył w komórce zmasakrowane ciało i zadzwonił po policję? A wszystko toczyło się wokół mnie. Skręciłem w wąską alejkę, ciągnącą się pomiędzy dwoma ogromnymi biurowcami (Mistrz uwielbiał tworzyć takie miejsca, bo według Niego było to mroczne i tajemnicze, nie obchodziło go to, że w prawdziwych miastach takie alejki nie istniały), którą miałem bliżej na stację. Ziewnąłem. Miałem okazję. Jaśni przeszukiwali w tej chwili dom ofiary, szukając poszlak, opróżniając jego lodówkę, ględząc daremnie. Odszedłem na razie w zapomnienie, ale nie było to złe. Mogłem odetchnąć. Spytacie pewnie, jak się nazywam, a ja, szczerze mówiąc, nie będę potrafił wam na to pytanie odpowiedzieć. Powód jest prosty – w ciągu ostatnich czterech tygodni byłem kilkunastoma różnymi osobami, w różnych światach, epokach, o różnych imionach, zawodach, wyglądzie. A nazywałem się różnie – Martin, Walter, Robert, nawet Julia. Obecnie na imię mi było Harry. Harry Amstrong. Powoli zszedłem po schodach w dół, na peron. Kupiłem od posiwiałego kasjera bilet, po czym usiadłem na ławce. Czekałem. Uśmiechnąłem się na myśl o słodkiej brunetce o fiołkowych oczach, czytającej gazetę w wagonie czwartym. Była słodka, piękna, na pewno inteligentna. Zawsze, gdy jechałem metrem, a ona siedziała na tym samym od lat miejscu próbowałem się przemóc, by do niej podejść. Była ciemną, jak i ja, ale cóż z tego? Przecież i my moglibyśmy mieć chwile przyjemności. Świat Mistrza Gry był olbrzymi, ale niezbyt dokładny, dopracowany. Był leniem, i nie chciało mu się dbać o szczegóły. Miało to też swoje plusy – ślicznotka siedząca w metrze zawsze na tym samym miejscu, możliwość przewidzenia, personaliów osoby, która zaraz wyłoni się zza rogu, wreszcie czekające przy stoliku ciepłe, smaczne hamburgery, które nie trzeba byłoby się martwić, że ktoś je zje. Brak złodziei. I tak dalej. Metro wjechało na stację, szybko, niepostrzeżenie, cicho. Podniosłem się z ławki, ustawiłem przy drzwiach, wszedłem. I wtedy zrozumiałem, że coś jest nie tak. Bo na miejscu 74, zamiast pięknej kobiety, siedział mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach i czarnym garniaku. Obok niego następny. I następny. Każdy inny. Za dużo szczegółów, cholera, za dużo szczegółów. A każdy z nich gapił się na mnie, jakbym był króliczkiem miesiąca. Wracałem do gry. Stanąłem w tym samym miejscu, co zwykle, nieopodal drzwi, chwyciłem się przytwierdzonej do sufitu stalowej rurki. Co chwila spoglądałem na trzech facetów, obserwujących mnie dokładnie zza ciemnych okularów. Szykowało się coś niedobrego. Bardzo niedobrego. Jaśni nie znaleźli niczego w domu ofiary. Obecnie kierowali się na komisariat, zapytać o to, czy o tamto. A ja jechałem metrem, pod bacznym okiem trzech kancików w okularach. Świetnie. Przemyślałem dostępne rozwiązania. Mogłem jak opętany rzucić się na nich i najprawdopodobniej zarobić kulkę już teraz; czekać na ostatnią stację, wtedy z pewnością wyciągnęliby mnie z metra, zawlekli w ciemny zaułek i sprzątnęli. Dali Mistrzowi Gry kolejny punkt do zaczepienia opowieści. Mogłem też czekać, aż wsiądzie ten gruby. Jeśli wsiądzie, rzecz jasna. A potem...…