Fantastyka · 13 min czytania
Miasto Bogów cz. II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Słowniczek:
Midgard- zbiorcza nazwa nadana przez Sidhe wszystkim obszarom i krainom zamieszkanch w większości przez ludzi.
Kobieta w kapturze i dwóch mężczyzn zatrzymało się kilka kroków przed nimi z zainteresowaniem przyglądając się całej scenie. Mimo młodego wieku kobieta najwyraźniej im przewodziła. Skinęła na swojego towarzysza, a ten natychmiast pochylił się nad zwłokami dokładnie je badając. Następnie zwróciła niebieskie, zimne jak lód oczy wprost na Joachima.
- Ty- rzuciła rozkazująco- idziesz ze mną.
W blasku słońca widać było wyraźnie czarne kropki źrenic przypominających główki od szpilek. Nie czekając na reakcję chłopca odwróciła się do stłoczonych za jej plecami ludzi.
-Tych dwoje pójdzie z nami. Jesteśmy wysłannikami cesarstwa i mamy rozkaz doprowadzić ich przed sąd jak każe prawo.
Osłupiały tłum wpatrywał się w nowoprzybyłą w ciszy. Dziesiątki szeroko otwartych oczu śledziły ich gdy opuszczali plac ale nie podniósł się nawet jeden głos protestu. Joachim pomyślał, że to chyba sprzyjająca okoliczność biorąc pod uwagę ich sytuację i fakt, że kraina Kenmare od sześćdziesięciu lat nie posiadała cesarza. Obejrzał się za siebie. Mężczyźni szli równym krokiem prowadząc między sobą Kali. Dziewczyna wpatrywała się w ich twarze ze złością, najwyraźniej próbując sprowokować reakcję, jednak bez większego rezultatu. Ich stoicki spokój i pogoda ducha była naprawdę imponująca, zwłaszcza, że Kali kopnęła właśnie wyższego z nich w kostkę. Joachim miał szczerą nadzieję, że nie użyje swoich sztuczek co, jak podejrzewał, źle by się dla nich skończyło. W milczeniu przeszli przez bramę miasta wychodząc na pusty gościniec. Joachim z ciekawością przyglądał się ich przewodniczce. W słońcu jej skóra jarzyła się niebieskawą poświatą, a gdy podniosła rękę by poprawić kaptur pod rękawem dostrzegł coś w rodzaju łusek.
Część 22 / 4
- Kim jesteś?- spytał w końcu.
Kobieta uśmiechnęła zimno i nie odrywając oczu od horyzontu odpowiedziała drwiąco:
- Wy z Midgard jesteście bardzo ciekawscy. Dawno temu to dostrzegłam. Koniecznie chcecie wszystko wiedzieć. –Powiedz mi to, powiedz mi tamto- zaśpiewała piskliwie krzywiąc swoje, jak ze zdziwieniem odkrył Joachim, wyjątkowo szerokie usta. Spojrzała na chłopca z wyraźnym znużeniem.
-Jestem Deidre jeśli już musisz wiedzieć. A to Ferris i Aidan, moi przyjaciele i towarzysze- dodała wskazując na mężczyzn.
Obydwaj uśmiechnęli się i skinęli głowami nie odzywając się ani słowem ani nie zwalniając marszu.
- Jak udało wam się dotrzeć do nas tak szybko? To znaczy… -zająknął się głupio- nie jesteście wysłannikami cesarza, on zginął wiele lat temu. Skąd wiedzieliście?
Deidre znów wpatrzyła się w horyzont.
Część 33 / 4
- Znów te pytania. Skąd wiesz chłopcze, że nie ma nowego cesarza? Ostatecznie do tej zapadłej dziury dociera niewiele informacji, nie mylę się? Joachim przygryzł wargę. W tym wypadku miała rację, jedynym źródłem wiadomości byli podróżni, a ci ostatnio rzadko pojawiali się w miasteczku. Postanowił skierować rozmowę na inne tory.
- Powiedziałaś Midgard, co to znaczy? - To znaczy, że powinieneś zamknąć usta i nie otwierać ich bez potrzeby.
Joachim pojął natychmiast, że z jakiegoś powodu nie powinien o to pytać. Zamiast tego zaczął przyglądać się mężczyznom. Wyższy, którego Deidre nazwała Aidanem miał wyjątkowo jasne, długie włosy, chudą, piegowatą twarz i wesołe oczy nadające jego twarzy wyraz pogodnego spokoju. Głowę przykrywał mu kapelusz z szerokim rondem skrywając ją w cieniu, mimo to Joachim dostrzegł, że jego skóra podobnie jak skóra Deidry jaśnieje błękitną poświatą. Drugi, niższy i bardziej krępy Ferris miał skórę ciemniejszą od swoich towarzyszy lecz równie jak oni nie był pospolity. Ciemna broda i kudłate brązowe włosy nadawały mu wygląd niedźwiedzia obudzonego z zimowego snu, a szerokie bary i krótkie, mocne ręce tylko to podkreślały. Zerknął na Kali, powłóczącą nogami pomiędzy nimi. W palącym popołudniowym słońcu krew zmieszana ziemią utworzyła na jej skórze grubą, zaschniętą warstwę, upodabniając ją do szarych kamieni leżących na brzegu gościńca. Zauważył też, że z pozoru beztroscy mężczyźni ani na chwilę nie odrywali rąk od rękojeści noży zatkniętych za paski skórzanych płaszczy, w każdej chwili gotowi do odparcia ataku. W miarę jak pokonywali kolejne kilometry popołudnie szybko zmieniało się w wieczór. Zmieniał się też krajobraz; zielone pagórki z wolna ustępowały miejsca potężnemu stepowi na którym wiatr bez przeszkód mógł szarpać ich ubraniami. Deidre podniosła rękę.
- Stójcie, tu przenocujemy. Ferris, zajmij się ogniem, Aidan zwiąż jej ręce, nie chcemy żeby zrobiła jeszcze komuś krzywdę- po tych słowach znikła bezszelestnie w ciemnościach. Zdumiony Joachim napotkał wzrok Ferrisa, który wpatrywał się w niego w zadumie. Mężczyzna przekręcił lekko głowę i zaczął układać drwa w ognisku. - Poszła zapolować jeśli chcesz wiedzieć- odezwał się ochryple nie przerywając swojego zajęcia. Joachim po raz pierwszy słyszał jego głos i na myśl znów przyszedł mu stary niedźwiedź. Siadł blisko ognia, szczelniej owijając się kurtką. Nocny chłód zdążył już przeniknąć przez cienki materiał wywołując dreszcze w całym ciele. Szkoda, że nie wziąłem nic cieplejszego, pomyślał. Spojrzał na Ferrisa melancholijnie wpatrującego się w ciemność.
- Kim jesteście?- spytał cicho.
Mężczyzna popatrzył na niego uważnie po czym z torby leżącej na ziemi wyciągnął rzeźbioną fajkę. Nabił ją niespiesznie, a kiedy wreszcie jej cybuch znikł w gąszczu brody mruknął:
- O tym mój chłopcze nie ja będę z tobą rozmawiać. To nie moje zadanie. My- wskazał na siebie i Aidana siedzącego na ziemi obok Kali- mamy tylko pilnować tej małej diablicy- ruchem głowy wskazał na dziewczynę, która drgnęła gwałtownie wbijając w niego wściekły wzrok.
Część 44 / 4
- Kto was przysłał?- wysyczała.
Mężczyźni całkowicie zignorowali jej pytanie co wyraźnie się jej nie spodobało.
- Więc kto?! Kto nam odpowie?! Czyje to „zadanie”?! - spytał Joachim ze złością. Drażniło go to wyraźnie unikanie odpowiedzi.
- Moje- rozległ się głos z ciemności.
Z mroku wyłoniła się Deidre. Na ramieniu niosła kilka martwych ptaków.
- I radziłabym ci się uspokoić- dodała kładąc je obok ogniska.
W drugiej ręce trzymała zdobiony łuk,