Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 28 min czytania

Miecz Wodnika Rozdział 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

MIECZ WODNIKA

CZĘŚĆ PIERWSZA

"Praktykant"

-Mistrzu, już czas - powiedział chłopiec, który wszedł do małej, słabo oświetlonej izdebki. Siedzący na podłodze mężczyzna podniósł się i odbąknął coś bezgłośnie. Był to trochę wychudzony, ale przystojny długowłosy czterdziestolatek. Ubrał on krwistoczerwony, sięgający do ziemi płaszcz - atrybut mistrzów światła- i wyszedł z pomieszczenia. Idąc długim zdobionym kolumnadą korytarzem, rozmyślał nad swoim powołaniem. Do Siedmiogórza trafił przypadkiem. Jako mały chłopiec wykazywał nadzwyczajne umiejętności, które zasygnalizowały jego rodzicom co należy zrobić. Teraz jest Mistrzem Światła, co ciekawe, wcale się za mistrza nie uważa. Zna może kilka naprawdę skomplikowanych zaklęć, ale zapewne nie tym umiejętnością zawdzięcza swoją pozycję. Mistrzem został najprawdopodobniej ze względu na swoje ogromne zdolności filozoficzne. Teraz, gdy idzie do głównej sali posiedzeń, gdzie czeka na niego kilkugodzinne posiedzenie wszystkich 123 mistrzów zakonu, sam się zastanawia, czy jest godzien nosić czerwoną szatę?

W sali posiedzeń panował tłok. Roiło się tam od ludzi w różnokolorowych strojach. Takie zebrania odbywały się bardzo rzadko, tylko w bardzo ważnych okolicznościach, z powodu jakiejś wojny, czy plagi. Dziś w sali dało się wyczuć wyraźny niepokój. Czarodziej usiadł obok jakiegoś tłustego wąsacza, odzianego w niebieską szatę władców ognia i czekał na dalszy bieg wydarzeń.

Zebranie się rozpoczęło, wszyscy pozajmowali swoje miejsca, a do okrąglej sali wkroczył odziany w złocistą szatę malutki, łysy starzec. Był to sam Wielki Mistrz Zakonu Uktyk von Fdec, który był uważany za jednego z najmądrzejszych ludzi świata (trochę to zdziwiło wszystkich zgromadzonych., albowiem tego typu zebrania były prowadzone przez jednego z jego trzech zastępców). Starzec stanął przy znajdującym się w centrum sali pulpicie i trzykrotnie zastukał swą srebrną laską w posadzkę. Na sali zalęgła głucha cisza. - Witam Was drodzy przyjaciele- zaczął Uktyk.- Doceniam wasz trud, który włożyliście w dotarcie tutaj. Wielu z was przybyło do Siedmiogórza z naprawdę dalekich stron. Domyślacie się pewnie, iż musiało wydarzyć się coś naprawdę ważnego, skoro zdecydowałem się was tu zaprosić. -westchnął i oznajmił- Otóż dwa miesiące temu nasi misjonarze odkryli na północy kontynentu coś naprawdę interesującego. Na południowy wschód od Zamku Tronów znaleziono MIECZ APŁEWA WODNIKA.

---

Siedzenie pod drzwiami jest najgorszą rzeczą, jaka może spotkać młodego praktykanta. Mistrzowie weszli do sali trzy godziny temu i nadal nic. Tylko jakaś czarnowłosa kobieta w fioletowym stroju wybiegła pospiesznie z sali omal go nie potrącając. Roan był naprawdę ciekawy w jakiej sprawie zebrało się posiedzenie. Było to pierwsze tak ważne wydarzenie odkąd przybył do Siedmiogórza, i choćby dlatego bardzo chciał wiedzieć co się dzieje za potężnymi gotyckimi drzwiami. Próbował co prawda różnych sztuczek, ale żadne zaklęcie nie poskutkowało, zresztą nic dziwnego, w końcu jest tylko praktykantem , a te wrota wykonali najlepsi mistrzowie prastarej magii. Nagle drzwi się uchyliły i z sali wyszedł jego mistrz, nieogolony przystojny długowłosy mężczyzna w czerwonej szacie, którą zarzucił, gdy chłopak poprosił go na posiedzenie. Czarodziej podszedł do swojego praktykanta dość szybkim krokiem i biorąc go na bok powiedział szeptem. - Idź do moich komnat i przynieś mi tu szybko moją sakwę i arkusz papieru.- Mówił szybko i zdecydowanie, a w jego głosie dało się wyczuć zdenerwowanie. Chłopak natychmiast puścił się biegiem w stronę komnat swojego mistrza. Tymczasem mistrz wyjął z kieszeni podręczny zestaw do pisania i zaczął się zastanawiać nad treścią wiadomości, którą miał zamiar napisać. Gdy chłopak powrócił i podał papier mistrzowi, ten pochwycił go, i czym prędzej podszedł do parapetu. Po napisaniu kilku zdań, zapieczętował liścik i mrucząc jakieś formułki podał go praktykantowi mówiąc.- Zawieś tę wiadomość do niejakiego Klaxusa, to kowal w wiosce Fertui, na zachód stąd u podnóża Wielkiego Lasu. Tu masz pieniądze- powiedział dając chłopakowi sakwę- i pamiętaj śpiesz się. Chłopak zrozumiał od razu i natychmiast udał się do stajni, wziął najszybszego konia, który był wolny i zabrawszy najpotrzebniejsze rzeczy wyruszył w drogę. Od owej wioski dzieliły go trzy dni drogi, a on gnał tak, jakby już jutro miał do niej dotrzeć. Nie mógł uwierzyć, iż on, 19-letni praktykant sztuki światła, Roan z Ghertui wreszcie dostał swoje pierwsze samodzielne zadanie. Błogosławił dzień, w którym przybył do zakonu, i z wielką radością gnał ku przygodzie. Po piętnastu minutach galopu zwolnił jednak, żeby nie zajechać konia. Dzień był pochmurny, a lekki chłodny wietrzyk przypominał, iż nadchodzi jesień. Chłopak naciągnął mocniej szary płaszcz, który zdążył zabrać wyjeżdżając i poddał się rozmyślaniom. Pochodził z małego miasteczka Ghertui, jego ojciec był drobnym kupcem o szlacheckich korzeniach, a matka zwykłą chłopką, która swoją urodą dorównywała niejednej hrabiance. Zyski z handlu pozwalały staremu kupcowi na skromne wykarmienie dziewiątki dzieciaków i utrzymanie rodziny, ale o większym majątku nie mogło być mowy. Dwa lata przed przybyciem Roana do Zakonu, Ghertuję dotknęła straszna zaraza, zarówno młodzi jak i starzy umierali w straszliwych męczarniach, a ci którzy nie zachorowali musieli bezradnie patrzeć na śmierć swoich najbliższych. Ponieważ ojca nie było stać na drogie lekarstwa, Roan musiał bezradnie patrzeć na śmierć swojej rodziny. Tylko on i jego siostra Elwera przetrwali z pogromu. Stryj, u którego później wychowywał się wraz z siostrą tłumaczył to magią i jej obecnością w obu organizmach. Roan bardzo szybko potwierdził opinię stryja, który jak druid z północy na pewno znał się na rzeczy. Jak tylko chłopak objawił umiejętności paranormalne został wysłany do Siedmiogórza, gdzie jedyną bliską mu osobą był właśnie Mistrz Kalix. Nigdy też nie dowiedział się niczego o losie swojej ukochanej młodszej siostrzyczki. Słońce już chyliło się ku zachodowi, gdy posłaniec dotarł do strumienia. Postanowił więc trochę odpocząć i napoić konia. Zszedł z wierzchowca, przeciągnął się i nachylił aby napełnić pusty już bukłak wodą. Nagle zauważył światła gospody.- Dziwne- pomyślał. - Nigdy wcześniej jej tu nie było- i nagle uświadomił sobie jak długo był zamknięty w murach zakonu. Uśmiechnął się z goryczą i wsiadł na swojego rumaka. Już wiedział, gdzie spędzi noc.

W gospodzie panował półmrok, Roan poruszał się dość ostrożnie, uważając gdzie stawia stopy. Od starszych kolegów, którzy bywali "na zewnątrz" dowiedział się, iż należy omijać takie miejsca z daleka, a jeśli się już musi do nich wejść, to trzeba mieć oczy na około głowy. Chłopak podszedł do kontuaru, za którym stał stary tłusty człowiek w pożółkłym fartuchu. Ponieważ szynkarz nie zwracał uwagi na nowoprzybyłego, chłopak postanowił zacząć. -yhmm....-brak reakcji -YHMM...- szynkarz spojrzał na praktykanta lekceważąco. -Czego- spytał -Daj mi strawę i pokój na jedną noc- zażądał chłopak. - A masz czym zapłacić chłopcze?- zapytał tłuścioch z lekkim uśmieszkiem. - Owszem- Roan położył na stary blat złotą monetę. -Czego sobie Jaśnie Pan życzy, już służę- ton karczmarza zmienił się natychmiast. -Zanieś do pokoju, tam zjem- polecił mu chłopak i poszedł do wyznaczonego lokum.

Idąc po schodach Roan zauważył, iż jeden z gości dziwnie mu się przygląda. Zignorował to jednak i poszedł na górę. Pokój nie należał do luksusowych. Pod ścianą stało stare łóżko ze stolikiem nocnym, zaś na środku mały stół i krzesło. Chłopak zamknął drzwi na klucz i podszedł do stołu. Stał na nim talerz z czymś co zapewne kilka dni temu miało być gulaszem. Po spróbowaniu owej "potrawy" chłopak mało co się nie zadławił. Wiele razy z przyjaciółmi żartował z jedzenia w zakonnej stołówce, ale dziś (choć sam w to nie wierzył) zatęsknił za tamtejszym jedzeniem. Po przełknięciu kilku łyżek strawy chłopak podszedł do okna i usiłował dojrzeć coś na dziedzińcu, ale daremnie. Okna były bowiem tak zatłuszczone i brudne, że światło ledwo przez nie przechodziło. Położył się więc na łóżku i nagle poczuł ogarniające go zmęczenie. Zamknął oczy, nie mógł uwierzyć, iż jeszcze rano był w bezpiecznym Siedmiogórzu. Mistrz miał rację, nikt z nas nie może być pewny co przyniesie następna godzina. Z taką myślą chłopak zasnął.

---

W sali Wielkiego Mistrza panował mrok. Uktyk von Fdec przechadzał się zamyślony w tą i z powrotem wyraźnie o czymś rozmyślając. W końcu stanął i przemówił do stojącego w bezruchu mężczyzny w czerwonej szacie. - Zapewne domyśla się pan w jakim celu został wezwany? - Nie mam pojęcia Mistrzu- odpowiedział mężczyzna. -Doniesiono mi, iż wysłał pan swojego praktykanta do Fertui- na te słowa Kalix ( bo tak miał na imię mężczyzna w czerwonym stroju ) pobladł.- Zapewne wiesz co grozi tym, którzy zdradzają tajemnice zakonu? - Fakt, iż mój praktykant udał się do Fertui, nie znaczny jeszcze, iż ktokolwiek zdradził- oświadczył mężczyzna pewnym głosem. - Nie jestem dzieckiem- wrzasnął Uktyk- obydwoje dobrze wiemy, kto mieszka w tej wiosce. Kowal nie ma prawa dowiedzieć się o naszym znalezisku- a po chwili milczenia dodał- Moi ludzie śledzą chłopaka, i mogę cię zagwarantować, iż tajemnica zostanie dochowana. -Jeśli go skrzywdzicie...- warknął przez zęby mag. - Nie obawiaj się to tylko praktykant, jeden z wielu. Na twoim miejscu martwiłbym się o siebie.- Po tych słowach Wielki Mistrz wziął swój kostur i wymierzył nim w Mistrza Światła. - Chcesz mnie zabić?- zapytał zdziwiony mężczyzna- Tylko na tyle cię stać? Po owych słowach z kostura starego maga wystrzeliło czerwone światło, jednak Kalix już wypowiadał antyzaklęcie. Biało złote światło błysnęło z jego rąk odbijając nadlatujący promień von Fdeca. Mistrz Światła dobrze wiedział, iż nie wygra z Uktykiem, ale chciał pokazać jak walczy i umiera człowiek honoru, więc postanowił kontratakować. Uniósł prawą rękę i wystrzelił cienki strumień białego światła, który przechodząc przez kostur (którym von Fdec się zasłonił) ugodziło go w ramie. Starzec odskoczył i syknął z bólu. Z jego rany wypłynęła bordowa stróżka krwi. Mimo to zyskał przewagę gdyż jego oponent zużył dużą ilość mocy na rzucenie owego uroku. -Poddaj się synu, moc którą posiadasz jest niczym w porównaniu z moją potęgą. - Jeśli mnie powalisz będę silniejszy niż możesz sobie wyobrazić- wydyszał Kalix, który ciągle odbijał ataki wroga. - Zapewne- zaśmiał się starzec, który wyraźnie zyskał przewagę. Mimo zmęczenia mag światła atakował jeszcze dwa razy, niestety bezskutecznie. Nie był już w stanie blokować śmiertelnych zaklęć von Fdeca. W pewnym momencie czerwone światło uderzyło mężczyznę prosto w piersi, Kalix zbladł, osunął się na kolana i padł sztywno na ziemię. Stary czarodziej uśmiechnął się szyderczo- Tak kończą wszyscy zdrajcy- wyszeptał.

---

Roan zbudził się w środku nocy zlany zimnym potem. Jego mistrz nie żyje, było tego pewny, omal widział jego śmierć przez sen. Chłopak był w szoku, nie wiedział co robić, Kalix był mu ojcem i bratem. Od chwili przybycia do zakonu był jego jedyną rodziną, a teraz go nie ma, zniknął i nigdy nie powróci. Chłopak poczuł jak łzy spływają mu po policzkach, czuł, że jest zupełnie sam. Nie wiedział co ma teraz począć, z jednej strony za wszelką cenę chciał wyśledzić zabójcę, ale z drugiej czół potrzebę kontynuacji misji. Wstał ubrał się i podszedł do okna. Była noc, księżyc świecił tak intensywnie, iż jego promienie przedarły się przez zabrudzoną szybę i oświetliły złocistym światłem twarz praktykanta.- Jedź do Fertui, nie wracaj do zakonu- zabrzmiał znajomy głos zaraz za plecami chłopca. - Kto tu jest ?- wyszeptał Roan odwracając się gwałtownie. - Jedź do Fert... -KTO TU JEST ?!-krzyknął przerażony praktykant. Nie uzyskał jednak odpowiedzi. Nagle za drzwiami usłyszał jakieś podejrzane dźwięki. W żadnym wypadku nie był to owy głos, który przed chwilą słyszał. Chłopak podszedł niepewnie do drzwi, i sprawdził czy są zakluczone. W myślach szybko przypomniał sobie kilka łatwych obronnych zaklęć. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jaki błąd popełnił chwaląc się złotą monetą, którą tak beztrosko dał szynkarzowi. "Skoro ma jedną, to pewnie ma ich więcej" taki tok rozumowania ma większość złodziejaszków. Roan przypomniał sobie dziwne spojrzenie jednego z biesiadników, gdy ten wchodził na piętro. Hałas ustał i nastała głucha cisza, tak jakby ktoś nasłuchiwał czy ofiara włamu śpi. Chłopak słyszał opowieści o zakonnikach, którzy zatrzymywali się w zajazdach na noc, a rano znajdowano ich ze sztyletem w plecach. Na samą myśl o uzbrojonych po zęby rozbójnikach stojących za drzwiami praktykantowi robiło się niedobrze. Przyłożył ucho do drzwi, żeby lepiej słyszeć. Nagle ciszę przerwało głośne skrzypienie. Zamek trzasnął i klamka powoli zaczęła przesuwać się w dół pod wpływem czyjejś dłoni. Jednak drzwi nie ustąpiły. Napastnik napierał całym ciężarem, a Roan modlił się, żeby stare drewno wytrzymało. Jednak po długiej szamotaninie włamywacz przeklął rzemieślnika, który wykonał tak solidne drzwi i odszedł. Wystraszony chłopak stał jeszcze przez pół godziny, zanim przekonał się, iż jest już bezpieczny.

Rano Roan zapakował wszystkie swoje rzeczy, uzupełnił zapasy i opuścił gospodę. Był naprawdę szczęśliwy, iż udało mu się przeżyć. Zastanawiał się jednak nad tożsamością niedoszłych włamywaczy i śmiercią mistrza. Wciąż zadawał sobie pytanie, czy te dwa wydarzenia mają coś ze sobą wspólnego, doszedł jednak do wniosku, iż jest to mało prawdopodobne. Słońce już wschodziło, oświetlając okoliczne łąki. Kropelki porannej rosy odbijały jego promienie sprawiając, iż pobliskie pagórki wyglądały przecudnie. Chłopak patrzył na owe zjawisko z wielkim zachwytem. "Więziony" latami za murami Siedmiogórza zapomniał, jak piękna potrafi być przyroda.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%