Filozofia · 4 min czytania
Między północą, a południem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdy byłem młody i głodny przygód, ruszyłem przed siebie pogodnym i żwawym krokiem, kierując się ku Północy. Miejscem z, którego wyruszyłem było matczyne i przeżyte południe. Moim celem była północ. Północ – mój największy sen i najbardziej doskwierający brak. Im dalej zmierzałem na północ tym bardziej byłem północny. Czasem, patrzyłem pod stopy, by sprawdzić czy zostawiłem już południe za sobą, lecz owe południe cały czas stało w miejscu. W takich chwilach zaciskałem zęby i motywowałem się do jeszcze szybszego marszu, tłumacząc sobie w duchu, że zostawienie południa w tyle jest jedynie sprawą czasu. Latami uparcie brnąłem ku północy, lecz mimo to że byłem coraz dalej w moim dążeniu, to jednocześnie ani trochę nie opuszczałem południa. Martwiło mnie to, ale jaki miałem wybór? Zarzucić marzenie o północy i pozostać w tej nieokreślonej półpółnocnej i półpołudniowej brei? Nadludzka byłaby to decyzja – nie na moje siły. Mój krok już nie był tak żwawy a uśmiech mi osłabł, lecz cóż mi pozostało? Niedługo potem, przyzwyczaiłem się do wątpliwości i szedłem, nieprzerwanie szedłem w stronę północy, która mieniła się blaskiem zrozumienia w mojej wyobraźni. Mijały dni i noce, kwiaty na mojej drodze kwitły, wzrastały w słońcu dnia i umierały w cichości nocy, lecz ja nie przystawałem wtedy by się im przyglądać, tylko szedłem cały czas, na umęczoną i wielokrotnie w mojej wyobraźni już przeżytą - północ. Władca przestrzeni, dalej się takim widziałem i szedłem do przodu w paradoksie południa i ku północy. Upływał czas, a ja byłem jedynie „bardziej na północy” i ciągle tak samo na południu, i nic już nie rozumiałem. Przystanąłem, pierwszy raz od początku mojej drogi , spojrzałem za siebie, w moją minioną…