Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

biografia · 57 min czytania

Między Polską a Amsterdamem 15- finału

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

# Rozdział 16. Granice

Minęły kolejne dni.

Rozmowa z Klarą była spokojna, ale bolesna.

– Naprawdę chciałabym, żebyś została – powiedziała Klara. – Ale właściciel mieszkania już dwa razy mnie uprzedzał. Jeśli się dowie, że mieszkasz tu bez zgłoszenia, obie możemy stracić dach nad głową.

Zuza skinęła głową.

Nie miała do Klary pretensji.

To dzięki niej przeżyła najgorsze tygodnie.

Spakowała swoje rzeczy do jednej torby.

Tym razem było ich niewiele.

Kilka ubrań.

Kosmetyczka.

Telefon.

I wspomnienia, których nie dało się zostawić za sobą.

---

Klub, w którym pracowała, dawał jej tylko tyle pieniędzy, by mogła coś zjeść. Na wynajęcie pokoju w Amsterdamie nie było jej stać.

Przez kilka nocy spała na zmianę u przypadkowo poznanych osób albo na dworcach, udając przed samą sobą, że to tylko chwilowe.

Każdego ranka powtarzała sobie:

– Jeszcze jeden dzień.

Ale tych dni było coraz więcej.

---

Pewnego wieczoru właściciel klubu przywołał ją do biura.

– Zuza.

– Tak?

– Widzę, że ledwo wiążesz koniec z końcem.

Milczała.

– Jest sposób, żeby zarobić więcej.

Spojrzała na niego nieufnie.

– Jaki?

Mężczyzna odchylił się na krześle.

– Niektórym klientom zależy przede wszystkim na rozmowie. Chcą wyjść gdzieś z kimś, zjeść kolację, posiedzieć przy drinku. Dobrze za to płacą.

– To znaczy?

– Nazywają to różnie. Osoba do towarzystwa. Niczego nie musisz robić, na co nie masz ochoty. Decyzja zawsze należy do ciebie.

Zuza opuściła wzrok.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej uznałaby taką propozycję za absurd.

Teraz myślała tylko o tym, że kolejnej nocy może nie mieć gdzie spać.

---

Całą noc nie mogła zasnąć.

Przed oczami stawał jej Marek.

Przypominała sobie ich pierwsze spacery, wspólne plany i obietnice.

– Co się ze mną stało...? – wyszeptała.

Następnego dnia wróciła do klubu.

– Zgadzam się – powiedziała cicho.

Właściciel podał jej kartkę z zasadami.

– Jeśli w którymkolwiek momencie powiesz „nie”, to znaczy nie. Masz prawo odejść. Nie jesteś nic nikomu winna.

Zuza wzięła głęboki oddech.

To nie była praca, o jakiej marzyła.

To był wybór podyktowany strachem i desperacją.

---

Pierwszy wieczór był dla niej najtrudniejszy.

Usiadła przy stoliku naprzeciw starszego mężczyzny, który przez większość czasu opowiadał o swoim życiu.

O rozwodzie.

O dorosłych dzieciach, które przestały go odwiedzać.

O samotności.

Zuza słuchała.

Prawie się nie odzywała.

Kiedy spotkanie dobiegło końca, mężczyzna zostawił na stole kopertę.

– Dziękuję, że mnie wysłuchałaś.

W kopercie było tyle pieniędzy, ile wcześniej zarabiała przez kilka dni.

Wracając nocnym tramwajem, nie czuła zwycięstwa.

Czuła jedynie ciężar.

Każde zarobione euro przypominało jej, jak daleko znalazła się od życia, które kiedyś prowadziła.

---

W Polsce Marek coraz częściej zaglądał do skrzynki pocztowej.

Choć rozsądek podpowiadał mu, że to bez sensu, każdego dnia miał nadzieję znaleźć choć jedną wiadomość od Zuzy.

Nie wiedział, że setki kilometrów dalej ona również codziennie o nim myślała.

Oboje żyli z tym samym bólem.

Różniło ich tylko jedno.

Marek wciąż wierzył, że Zuza kiedyś wróci.

Zuza coraz bardziej zaczynała wierzyć, że po tym wszystkim nie zasługuje już na powrót. Przy takim zwrocie akcji warto, żeby Tarik nie był od razu ani wybawcą, ani czarnym charakterem. Dzięki temu czytelnik będzie długo zastanawiał się, czy można mu zaufać.

# Rozdział 17. Tarik

Amsterdam nigdy nie zasypiał.

Kiedy jedni kończyli pracę, inni dopiero ją zaczynali.

Zuza wracała z kolejnego spotkania późnym wieczorem. Padał drobny deszcz, a ulice odbijały światła neonów. Była zmęczona. Nie tylko fizycznie. Czuła, że każdego dnia zostawia gdzieś kawałek siebie.

Przystanęła przy całodobowym sklepie, żeby kupić wodę.

– Przepraszam...

Usłyszała spokojny, lekko obcy akcent.

Odwróciła się.

Przed nią stał wysoki, ciemnowłosy mężczyzna około trzydziestki. Miał krótką brodę i ciepłe, zmęczone oczy.

– Mówisz po angielsku? – zapytał.

– Trochę.

– Wiesz może, gdzie jest najbliższy przystanek tramwajowy?

Zuza wskazała ręką ulicę.

– Dwie przecznice stąd.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Dziękuję.

Już miał odejść, ale po chwili spojrzał na nią ponownie.

– Wszystko w porządku?

Zuza odruchowo odpowiedziała:

– Tak.

Było to kłamstwo, które wypowiadała już z przyzwyczajenia.

---

Kilka dni później spotkali się ponownie.

Tym razem w tej samej kawiarni, do której czasami zaglądała przed nocną zmianą.

– Znowu ty – uśmiechnął się mężczyzna.

– Widocznie Amsterdam jest mniejszy, niż się wydaje.

– Mam na imię Tarik.

– Zuza.

Usiedli przy sąsiednich stolikach.

Rozmowa zaczęła się od pogody, potem zeszła na pracę i życie w obcym kraju.

Tarik opowiedział, że pochodzi z Iranu.

Do Europy przyjechał kilka lat wcześniej. Mówił, że zostawił za sobą rodzinny dom i próbował zbudować nowe życie, choć początki były bardzo trudne.

– Czasami człowiek traci wszystko – powiedział cicho. – A potem musi nauczyć się żyć od początku.

Zuza słuchała uważnie.

To zdanie brzmiało tak, jakby mówił również o niej.

---

Ich rozmowy stawały się coraz dłuższe.

Tarik nie wypytywał o przeszłość.

Nie naciskał.

Nie oceniał.

Po prostu był.

Pewnego wieczoru podał Zuzy kubek gorącej herbaty.

– Wyglądasz na wykończoną.

– Jestem.

– Za dużo pracujesz?

– Muszę.

– Czasami "muszę" prowadzi ludzi w bardzo ciemne miejsca.

Zuza odwróciła wzrok.

Nie odpowiedziała.

---

Kilka dni później Tarik przypadkiem zobaczył ją wychodzącą z klubu.

Nie zapytał, czym się zajmuje.

Nie okazał zdziwienia.

Powiedział tylko:

– Mam nadzieję, że jesteś bezpieczna.

Te słowa zaskoczyły Zuzę bardziej niż jakiekolwiek pytanie.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy ktoś interesował się tym, czy nic jej nie grozi, a nie tym, ile może na niej zarobić.

---

Tego wieczoru, wracając do wynajętego pokoju, Zuza długo myślała o Tariku.

Nie wiedziała, czy los znowu stawia na jej drodze właściwą osobę.

Czy może kolejną próbę.

Nie wiedziała też, że Tarik nosił w sobie tajemnicę, o której nie powiedział jeszcze nikomu.

Tajemnicę, która wkrótce miała odmienić życie ich obojga.

# Rozdział 18. Tajemnica

Od pierwszego spotkania Tarik patrzył na Zuzę inaczej niż większość ludzi.

Nie widział w niej dziewczyny, która zarabiała na życie nocą.

Nie widział kobiety uciekającej przed przeszłością.

Widział samotnego człowieka.

Coraz częściej spotykali się po południu, zanim Zuza szła do pracy. Spacerowali wzdłuż kanałów, siadali na ławkach, pili kawę z papierowych kubków i rozmawiali o wszystkim, tylko nie o tym, co bolało najbardziej.

Tarik opowiadał o swoim dzieciństwie w Iranie.

O rodzicach, których nie widział od lat.

O tęsknocie za domem.

Zuza słuchała z uwagą.

O sobie mówiła niewiele.

Powiedziała jedynie, że przyjechała z Polski po bardzo trudnym rozstaniu i że pracuje wieczorami.

Nie skłamała.

Ale nie powiedziała całej prawdy.

---

Tarik nigdy nie pytał, gdzie pracuje.

Szanując jej prywatność, nie zadawał pytań, na które nie chciała odpowiadać.

To właśnie najbardziej poruszało Zuzę.

Nie czuła się osądzana.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy mogła przez chwilę być po prostu sobą.

Za każdym razem, gdy kończyli spotkanie, mówił z uśmiechem:

– Uważaj na siebie.

A ona odpowiadała:

– Ty też.

I odchodziła w stronę klubu.

---

Pewnego wieczoru, stojąc przed wejściem do pracy, Zuza długo patrzyła na swoje odbicie w ciemnej szybie.

– Gdyby wiedział...

Nie dokończyła.

Bała się tej myśli.

Bała się chwili, w której Tarik dowie się, czym naprawdę zarabia na życie.

Była przekonana, że wtedy odwróci się i odejdzie bez słowa.

Dlatego postanowiła milczeć.

Każde kolejne spotkanie z nim sprawiało jednak, że coraz trudniej było jej żyć z tą tajemnicą.

---

Kilka dni później Tarik zaprosił ją na kolację.

Niewielka restauracja nad kanałem była cicha i spokojna.

– Dawno nie widziałem, żebyś się uśmiechała – powiedział.

Zuza spojrzała na niego.

– Przy tobie jest łatwiej.

Tarik uśmiechnął się nieśmiało.

– To dobrze.

Przez chwilę między nimi panowała cisza.

Zuza miała ochotę powiedzieć wszystko.

O Polsce.

O Marku.

O ciąży.

O Amsterdamie.

O pracy, której się wstydziła.

Słowa zatrzymały się jednak w gardle.

Nie potrafiła.

Jeszcze nie.

---

Kiedy odprowadzał ją do końca ulicy, Tarik zatrzymał się.

– Dobranoc, Zuza.

– Dobranoc.

Patrzył, jak odchodzi.

Był przekonany, że idzie do zwykłej nocnej pracy.

Nie wiedział, że za rogiem skręci do klubu, gdzie każdej nocy walczyła nie tylko o pieniądze, ale także o zachowanie resztek własnej godności.

A Zuza, idąc w stronę migających neonów, czuła, że sekret, który nosi w sercu, z każdym dniem staje się cięższy.

Bo wiedziała, że prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. I nie miała pojęcia, czy ich znajomość zdoła ją przetrwać.

Przejście do tęsknoty za rodziną dobrze pokazuje, że Zuza, mimo wszystkich wydarzeń, nadal pozostaje córką, która bardzo cierpi z powodu rozłąki.

# Rozdział 19. Mamo...

Jesień powoli zaglądała do Amsterdamu.

Poranne mgły unosiły się nad kanałami, a chłodny wiatr coraz częściej przypominał Zuzy o zbliżającej się zimie.

Po pracy wróciła do wynajętego pokoju później niż zwykle.

Tarik napisał wiadomość, pytając, czy wszystko u niej w porządku.

Nie odpisała od razu.

Nie miała siły rozmawiać z nikim.

Usiadła na łóżku i otworzyła niewielkie pudełko, które woziła ze sobą od wyjazdu z Polski.

W środku leżało kilka starych fotografii.

Na jednej z nich była jeszcze małą dziewczynką.

Stała obok swojej mamy na plaży nad Bałtykiem. Obie śmiały się do aparatu, a wiatr rozwiewał im włosy.

Zuza delikatnie przesunęła palcem po zdjęciu.

– Mamo...

Od wielu tygodni próbowała nie wracać myślami do domu.

Nie chciała myśleć o Polsce.

O osiedlu.

O Marku.

Ale najbardziej brakowało jej właśnie matki.

Przypomniała sobie niedzielne obiady.

Zapach rosołu unoszący się w całym mieszkaniu.

Herbatę, którą mama zawsze stawiała na stole, zanim Zuza zdążyła o nią poprosić.

I to jedno zdanie, które słyszała od dziecka.

– Cokolwiek się stanie, zawsze możesz wrócić do domu.

Po jej policzkach popłynęły łzy.

– A jeśli już nie umiem wrócić? – wyszeptała.

---

Wyjęła telefon.

Odnalazła numer mamy.

Palec zatrzymał się nad zieloną słuchawką.

Wystarczył jeden dotyk.

Usłyszałaby jej głos.

Może płacz.

Może radość.

Może pytania, na które nie potrafiłaby odpowiedzieć.

Telefon zadrżał w dłoni.

Nie nacisnęła.

Zablokowała ekran i odłożyła go na stolik.

– Jeszcze nie...

Bała się, że jeśli usłyszy głos matki, cała siła, którą budowała przez ostatnie miesiące, rozsypie się w jednej chwili.

---

Następnego dnia Tarik zauważył, że Zuza jest wyjątkowo cicha.

– Coś się stało?

Przez chwilę milczała.

– Dzisiaj śniła mi się mama.

– Dawno ją widziałaś?

– Bardzo dawno.

– Tęsknisz?

Zuza tylko skinęła głową.

– Każdego dnia.

Tarik usiadł obok niej.

– Dom to nie tylko miejsce. To ludzie, których nosimy w sercu.

Zuza uśmiechnęła się smutno.

– Chciałabym wierzyć, że mama jeszcze na mnie czeka.

– Gdybyś była moją córką, czekałbym każdego dnia.

Te słowa sprawiły, że znowu napłynęły jej łzy.

---

Tego samego wieczoru, setki kilometrów dalej, mama Zuzy siedziała przy kuchennym oknie w swoim mieszkaniu w Polsce.

Na parapecie stało zdjęcie córki.

Każdego wieczoru spoglądała na nie z nadzieją.

– Gdzie jesteś, córeczko? – powiedziała cicho.

Nie wiedziała, czy Zuza jest bezpieczna.

Czy ma co jeść.

Czy jest sama.

Jedno wiedziała na pewno.

Nieważne, co wydarzyło się w jej życiu.

Nieważne, jakie decyzje podjęła.

Dla matki zawsze pozostanie ukochaną córką.

A matczyne serce, choć zranione i pełne niepokoju, nigdy nie przestało czekać na dzień, w którym usłyszy pukanie do drzwi i zobaczy Zuzę stojącą na progu domu.Przedstawienie tej sytuacji jako próby podporządkowania i ucieczki może być mocnym, dramatycznym wątkiem, pod warunkiem że nie romantyzuje przemocy ani handlu ludźmi.

# Rozdział 20. Cena wolności

Amsterdam tej nocy tonął w deszczu.

Krople uderzały o szyby klubu, zagłuszając muzykę dochodzącą z sali. Zuza kończyła kolejne spotkanie i marzyła już tylko o tym, żeby wrócić do swojego pokoju.

Była zmęczona.

Coraz częściej zadawała sobie pytanie, ile jeszcze wytrzyma.

---

Od kilku tygodni zauważała jednego klienta.

Przychodził regularnie.

Nigdy nie prosił o nikogo innego.

Zawsze pytał tylko o Zuzę.

Był dobrze ubrany, mówił spokojnym głosem i sprawiał wrażenie człowieka, który jest przyzwyczajony do dostawania tego, czego chce.

Przedstawił się jako Victor.

Pewnego wieczoru, gdy zostali sami przy stoliku, położył na blacie niewielkie pudełko.

W środku znajdowała się droga bransoletka.

– To dla ciebie.

Zuza zamknęła pudełko.

– Nie mogę tego przyjąć.

– Dlaczego?

– Bo nie chcę.

Victor uśmiechnął się, jakby nie usłyszał odpowiedzi.

– Jeszcze zmienisz zdanie.

---

Z każdym kolejnym tygodniem stawał się coraz bardziej natarczywy.

Przynosił kwiaty.

Biżuterię.

Drogie perfumy.

Zuza za każdym razem odmawiała.

Nie chciała być niczyją własnością.

Nie chciała niczego być winna.

---

Pewnego wieczoru przypadkiem usłyszała rozmowę za drzwiami biura właściciela klubu.

– Zapłacę, ile trzeba – powiedział Victor.

– To nie jest takie proste – odpowiedział właściciel.

– Każdy ma swoją cenę.

– Ona nie jest rzeczą.

– W takim razie przekonaj ją.

Zapadła cisza.

Zuza poczuła, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz.

Nie czekała ani chwili.

Odeszła spod drzwi tak cicho, jak tylko potrafiła.

Serce biło jej jak oszalałe.

---

Tej nocy nie zmrużyła oka.

W głowie wciąż słyszała jedno zdanie.

*"Zapłacę, ile trzeba."*

Po raz pierwszy od dawna poczuła prawdziwy strach.

Nie przed biedą.

Nie przed samotnością.

Ale przed utratą własnej wolności.

---

Następnego dnia spakowała do plecaka wszystkie swoje rzeczy.

Nie było ich wiele.

Kilka ubrań.

Zdjęcie mamy.

Fotografia z dzieciństwa.

Telefon.

I niewielka suma pieniędzy.

Postanowiła odejść.

Bez pożegnania.

Bez informowania kogokolwiek.

---

Kiedy kończyła zmianę, wymknęła się tylnym wyjściem.

Deszcz padał coraz mocniej.

Przyspieszyła kroku.

Jeszcze tylko kilka ulic...

Jeszcze tylko dojść do dworca...

Nagle usłyszała za sobą głos.

– Zuza!

Odwróciła się.

Kilka metrów dalej stał Victor.

– Nie uciekaj.

Nie odpowiedziała.

Zaczęła biec.

Mijała kolejne ulice, niemal wpadając na przechodniów.

Deszcz utrudniał widoczność, a oddech stawał się coraz cięższy.

W końcu wbiegła do oświetlonego holu dworca.

Ludzie spieszyli się na pociągi.

Tłum dawał jej chwilową osłonę.

Odwróciła się.

Victora już nie było.

Ale nie miała pewności, czy zrezygnował.

Czy tylko czeka na następną okazję.

---

Kilka minut później drżącymi dłońmi wybrała numer Tarika.

– Halo?

– Tarik...

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Zuza... co się stało?

– Boję się.

To były tylko dwa słowa.

Ale Tarik od razu usłyszał, że nigdy wcześniej nie brzmiały tak rozpaczliwie.

Bez zadawania kolejnych pytań odpowiedział:

– Zostań tam, gdzie jesteś. Jadę po ciebie.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy Zuza uwierzyła, że nie musi uciekać całkiem sama.

# Rozdział 21. Amelia

Biuro Amelii znajdowało się na piętrze, z dala od hałasu dochodzącego z sali.

Panowała tam cisza.

Na ścianach wisiały drogie obrazy, a na biurku stały kryształowe figurki kotów. Były wszędzie – na półkach, parapecie i komodzie. Amelia uwielbiała koty. Mówiła, że tylko one są naprawdę lojalne.

Ludzi traktowała inaczej.

Dla niej byli przede wszystkim źródłem zysku.

---

Amelia miała około pięćdziesięciu lat.

Zawsze elegancko ubrana.

Zawsze opanowana.

Nigdy nie podnosiła głosu.

Nie musiała.

Jedno jej spojrzenie wystarczało, by wszyscy milkli.

W świecie, który stworzyła, liczyły się tylko trzy rzeczy.

Pieniądze.

Kontrola.

Władza.

Reszta była dla niej jedynie przeszkodą.

---

Kiedy Victor po raz kolejny pojawił się w klubie i poprosił o rozmowę z Amelią, przyjęła go z uprzejmym uśmiechem.

– Słyszałam, że bardzo interesuje pana Zuza.

– Chciałbym, żeby spotykała się wyłącznie ze mną.

Amelia oparła się wygodnie w fotelu.

– To nie jest prosta sprawa.

– Płacę więcej niż inni.

Na biurku położył kopertę.

Amelia nawet do niej nie zajrzała.

– To zaliczka – powiedział Victor.

Dopiero wtedy przesunęła kopertę w swoją stronę.

Na jej twarzy pojawił się ledwie zauważalny uśmiech.

– Porozmawiam z nią.

---

Wieczorem Amelia wezwała Zuzę do biura.

– Usiądź.

Zuza od razu wyczuła, że coś jest nie tak.

– Jeden z naszych stałych klientów złożył propozycję.

– Jaką?

– Chce, żebyś była dostępna wyłącznie dla niego.

– Nie.

Odpowiedziała natychmiast.

Amelia zmarszczyła brwi.

– Nawet nie wysłuchałaś szczegółów.

– Nie interesują mnie.

– Oferuje bardzo dużo pieniędzy.

– To niczego nie zmienia.

Przez chwilę obie patrzyły sobie w oczy.

– Zastanów się – powiedziała chłodno Amelia. – Takiej okazji możesz już nie mieć.

– Nie chcę być od nikogo zależna.

– W tym świecie każdy od kogoś zależy.

– Ja nie chcę.

Amelia westchnęła.

Nie lubiła, gdy ktoś jej odmawiał.

---

Po wyjściu Zuzy długo siedziała sama.

Powoli otworzyła kopertę.

W środku znajdowała się suma, której większość ludzi nie zarabiała przez wiele miesięcy.

Spojrzała na stojącą na biurku porcelanową figurkę kota.

– Ludzie są dziwni... – mruknęła do siebie. – Jedni płacą fortuny za złudzenia, inni uciekają przed pieniędzmi.

Schowała kopertę do szuflady.

Nie zamierzała łatwo zrezygnować z tak dochodowego układu.

---

Tego samego wieczoru Zuza wyszła z klubu wcześniej niż zwykle.

Zadzwoniła do Tarika.

– Możemy się spotkać?

– Oczywiście. Co się stało?

– Chcę stąd odejść.

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.

– W takim razie znajdziemy sposób.

Po raz pierwszy od wielu tygodni Zuza wypowiedziała te słowa na głos.

– Chcę odzyskać swoje życie.

Nie wiedziała jeszcze, że Amelia nie należała do ludzi, którzy łatwo rezygnowali z czegoś, co uważała za korzystne dla swoich interesów.:::

Oto kolejny rozdział, w którym napięcie stopniowo narasta.

# Rozdział 22. Złota klatka

Następnego ranka Zuza nie przyszła do pracy.

Wyłączyła telefon i przez kilka godzin siedziała w małej kawiarni na obrzeżach Amsterdamu.

Nie potrafiła przestać myśleć o rozmowie z Amelią.

Coraz wyraźniej czuła, że nie chodziło już o propozycję.

To był plan.

A ona miała być jego częścią.

---

Tymczasem w biurze klubu Amelia spokojnie przeglądała dokumenty.

– Nie przyszła? – zapytała.

– Nie – odpowiedział ochroniarz.

– Telefon?

– Wyłączony.

Amelia odłożyła okulary.

Nie wyglądała na zdenerwowaną.

Wręcz przeciwnie.

– Znajdzie się.

Ludzie bez pieniędzy zawsze wracają.

Jeden z pracowników spojrzał na nią niepewnie.

– A jeśli nie?

Na twarzy Amelii pojawił się chłodny uśmiech.

– Każdy czegoś potrzebuje. Dachu nad głową. Jedzenia. Poczucia bezpieczeństwa. Wystarczy poczekać.

---

Victor nie miał jednak zamiaru czekać.

Wieczorem ponownie zjawił się w klubie.

– Gdzie jest Zuza?

– Dzisiaj jej nie ma.

– Chcę z nią porozmawiać.

– Nie wiemy, gdzie jest.

Victor zmarszczył brwi.

– Proszę dać mi znać, gdy tylko się pojawi.

Odwrócił się i wyszedł.

Amelia obserwowała go przez okno.

– Im bardziej mu zależy, tym więcej zapłaci... – powiedziała cicho do siebie.

---

Zuza tymczasem siedziała z Tarikiem nad kanałem.

Od kilku minut milczeli.

W końcu odezwała się pierwsza.

– Boję się.

– Wiem.

– Nie chcę tam wracać.

– To nie wracaj.

– To nie takie proste.

Opowiedziała mu o rozmowie z Amelią.

O pieniądzach.

O Victorze.

O swoim strachu.

Tarik słuchał uważnie.

Nie przerywał.

Kiedy skończyła, powiedział spokojnie:

– Nikt nie ma prawa decydować za ciebie.

– A jeśli mnie znajdą?

– To nie będziesz sama.

Zuza spojrzała na niego.

Od dawna nikt nie powiedział jej tych słów z taką pewnością.

---

Tego wieczoru Tarik zabrał Zuzę do niewielkiego mieszkania swojego przyjaciela, który wyjechał służbowo na kilka dni.

– Możesz tu zostać, dopóki nie znajdziemy czegoś bezpieczniejszego.

– Nie chcę robić ci problemów.

– Pomaganie komuś w potrzebie nie jest problemem.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy Zuza zasnęła spokojniej.

Nie wiedziała jednak, że pod klubem Amelia oglądała nagrania z kamer monitoringu.

Na jednym z nich wyraźnie było widać, jak Zuza kilka dni wcześniej odjeżdża z Tarikiem.

Amelia zatrzymała obraz.

– Więc to ty... – powiedziała, patrząc na ekran.

Zapisała numer rejestracyjny samochodu.

Zamknęła laptop.

– Znajdziemy was.

Bo dla Amelii nie chodziło już tylko o pieniądze.

Nie lubiła przegrywać.

I zrobi wszystko, by odzyskać kontrolę nad sytuacją.

# Rozdział 23. Ślad

Marek nie spał już trzecią noc z rzędu.

Na stole leżała stara fotografia. On i Zuza siedzieli na ławce nad jeziorem, uśmiechnięci, jakby świat nie mógł ich niczym zaskoczyć.

Długo patrzył na zdjęcie.

– Jeśli jeszcze żyjesz... odnajdę cię – wyszeptał.

Kilka dni wcześniej sprzedał motocykl, który od lat stał w garażu. Nie miał wielu oszczędności, ale wiedział jedno.

Nie potrafił dłużej czekać.

Postanowił pojechać do Amsterdamu.

---

Matylda odprowadzała go do autobusu ze łzami w oczach.

– Synku... a jeśli jej tam nie będzie?

– Przynajmniej będę wiedział, że zrobiłem wszystko.

– Uważaj na siebie.

Objęła go mocno.

– I pamiętaj... nie wracaj z poczuciem winy. Niezależnie od tego, co znajdziesz.

Marek tylko skinął głową.

---

Po kilkunastu godzinach podróży wysiadł na dworcu Amsterdam Centraal.

Miasto tętniło życiem.

Tysiące ludzi.

Setki języków.

Dziesiątki ulic prowadzących w nieznane.

A on miał tylko jedno zdjęcie Zuzy i nadzieję.

---

Pierwsze dni były bezowocne.

Pytał w polskich sklepach.

Zaglądał do barów, w których pracowali Polacy.

Rozwieszał małe kartki z jej zdjęciem i numerem telefonu.

Większość ludzi rozkładała ręce.

– Przykro mi, nie kojarzę.

Każda taka odpowiedź odbierała mu kolejną cząstkę siły.

---

Pewnego popołudnia trafił do niewielkiej kawiarni prowadzonej przez starsze małżeństwo z Polski.

Właścicielka długo przyglądała się fotografii.

– Chyba... chyba kiedyś ją widziałam.

Serce Marka zabiło mocniej.

– Gdzie?

– Nie jestem pewna. Była z jakąś Polką. Wysoka blondynka... Klara chyba miała na imię.

– Wie pani, gdzie ją znajdę?

Kobieta pokręciła głową.

– Niestety nie. Widziałam je tylko raz.

Dla Marka był to jednak pierwszy prawdziwy ślad.

---

Tymczasem Zuza siedziała z Tarikiem nad kanałem, nieświadoma, że zaledwie kilka kilometrów dalej Marek chodzi tymi samymi ulicami.

– O czym myślisz? – zapytał Tarik.

– O Polsce.

– Chcesz tam wrócić?

Zuza długo milczała.

– Chciałabym cofnąć czas.

Tarik spojrzał na spokojną taflę wody.

– Czasu nie cofniemy. Możemy tylko zdecydować, co zrobimy jutro.

---

Wieczorem Marek wrócił do taniego hostelu.

Na łóżku rozłożył mapę miasta.

Czerwonym długopisem zaznaczał miejsca, w których już był.

Nagle zadzwonił telefon.

Nieznany numer.

– Halo?

– Czy pan szuka kobiety o imieniu Zuza?

Marek zamarł.

– Tak...

Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza.

– Wydaje mi się, że widziałem ją kilka dni temu.

Marek zerwał się z łóżka.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuł, że los być może daje mu jeszcze jedną szansę.

Nie wiedział jednak, że ktoś inny również szuka Zuzy.

Amelia.

I była gotowa zrobić wszystko, by odnaleźć ją przed nim.

# Rozdział 24. O krok

Marek wybiegł z hostelu tak szybko, że zapomniał zamknąć za sobą drzwi.

– Gdzie pan ją widział? – zapytał do telefonu.

– Niedaleko Westerparku. Była z ciemnowłosym mężczyzną. Rozmawiali po angielsku. Nie znam jej, ale rozpoznałem ją ze zdjęcia, które pokazywał pan w polskim sklepie.

– Kiedy to było?

– Trzy dni temu.

Marek podziękował i zakończył rozmowę.

Trzy dni.

To niewiele.

Ale w Amsterdamie mogło oznaczać wieczność.

---

Przez następne dwa dni przemierzał okolice Westerparku.

Zaglądał do kawiarni.

Pytał sprzedawców.

Pokazywał zdjęcie Zuzy.

Większość ludzi tylko uprzejmie kręciła głową.

– Nie przypominam sobie.

Mimo zmęczenia nie zamierzał się poddać.

---

Tego samego popołudnia Zuza siedziała z Tarikiem na ławce nad kanałem.

Od kilku dni nie wracała do klubu.

Nie odbierała telefonów.

Nie odpowiadała na wiadomości.

– Myślisz, że oni przestaną mnie szukać? – zapytała.

Tarik spojrzał przed siebie.

– Nie wiem.

– Boję się wyjść sama.

– Rozumiem.

– Czuję, jakbym cały czas przed kimś uciekała.

Tarik delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.

– Nie możesz uciekać przez całe życie.

---

Kilka ulic dalej czarny samochód zatrzymał się przy chodniku.

Za kierownicą siedział Victor.

Na miejscu pasażera Amelia.

– To tutaj widziano ją ostatnio – powiedział Victor.

Amelia zdjęła okulary przeciwsłoneczne.

– Nie interesuje mnie, ile to potrwa.

Znajdź ją.

Victor skinął głową.

Oboje wysiedli i ruszyli w przeciwnych kierunkach.

---

Wieczorem Marek usiadł zmęczony na ławce w Westerparku.

Po raz pierwszy od przyjazdu poczuł zwątpienie.

– Może naprawdę jest już za późno...

Schował twarz w dłoniach.

W tym samym momencie po drugiej stronie alei Zuza i Tarik szli powoli w stronę wyjścia z parku.

Między nimi było zaledwie kilkadziesiąt metrów.

Rozdzielał ich żywopłot, grupa spacerowiczów i dzieci bawiących się na placu zabaw.

Marek podniósł głowę dokładnie w chwili, gdy Zuza odwróciła się, odpowiadając Tarikowi na pytanie.

Ich spojrzenia mogły się spotkać.

Ale nie spotkały.

Zuza skręciła w boczną alejkę.

Marek ruszył w przeciwną stronę.

Minęli się.

Tak blisko, że wystarczyłoby jedno spojrzenie więcej.

---

Kilka minut później telefon Amelii zadzwonił.

– Mam informację – odezwał się mężczyzna po drugiej stronie.

– Słucham.

– Ta Polka, której szukacie... podobno widziano ją z Irańczykiem. Mieszka gdzieś w zachodniej części miasta.

Amelia uśmiechnęła się chłodno.

– W końcu zostawiła ślad.

Schowała telefon do torebki.

– Teraz już nam nie ucieknie.

Nie wiedziała jednak, że nie tylko ona zbliża się do Zuzy.

Los również zaczął coraz mocniej splatać drogi wszystkich bohaterów.

Każdy następny krok mógł zdecydować o ich przyszłości.

Oto kolejny rozdział, w którym napięcie rośnie, a losy bohaterów zaczynają się coraz mocniej splatać.

# Rozdział 25. Nieznajomy

Następnego ranka Amsterdam obudził się skąpany w słońcu.

Dla większości mieszkańców był to zwyczajny dzień.

Dla Marka był kolejnym dniem poszukiwań.

Miał coraz mniej pieniędzy. Hostel opłacony był tylko do następnego wieczora. W kieszeni zostało mu zaledwie kilkadziesiąt euro.

Nie zamierzał jednak wracać do Polski.

Jeszcze nie.

– Dopóki mam siłę chodzić, będę jej szukał – powtarzał sobie.

---

Zuza od kilku dni nie wychodziła sama.

Tarik nalegał, by była ostrożna.

– Jeśli naprawdę ktoś cię szuka, nie ryzykuj.

– Nie chcę całe życie się ukrywać.

– To nie ukrywanie się. To przeczekanie.

Zuza westchnęła.

– Jestem zmęczona ciągłym strachem.

---

Po południu Tarik wyszedł do pracy.

– Wrócę za kilka godzin. Zamknij drzwi i nikomu nie otwieraj.

– Dobrze.

Kiedy został sama, Zuza usiadła przy oknie.

Patrzyła na ludzi spacerujących ulicą.

Każdy dokądś szedł.

Każdy miał swój cel.

Tylko ona czuła, że od miesięcy stoi w miejscu.

Po godzinie nie wytrzymała.

Założyła kaptur, okulary przeciwsłoneczne i wyszła.

Potrzebowała choć na chwilę zaczerpnąć powietrza.

---

Kilka ulic dalej Marek zatrzymał się przed małą piekarnią.

Kupował najtańszą bułkę, kiedy usłyszał za sobą kobiecy głos.

– Przepraszam... pan jest z Polski?

Odwrócił się.

Była to starsza kobieta, która pracowała w sklepie obok.

– Tak.

– To pan pokazywał zdjęcie tej dziewczyny?

Marek natychmiast wyjął fotografię.

– Tak. Widziała ją pani?

Kobieta przyjrzała się zdjęciu.

– Jestem prawie pewna, że kilka dni temu kupowała tutaj chleb.

Serce Marka zaczęło bić szybciej.

– Sama?

– Nie.

– Z kim?

– Z ciemnowłosym mężczyzną.

Marek poczuł ukłucie zazdrości, ale szybko je odsunął.

Najważniejsze było to, że Zuza żyła.

– Wie pani, dokąd poszli?

– Nie.

– Dziękuję.

Wyszedł niemal biegiem.

Kilkaset metrów dalej Zuza weszła do niewielkiej księgarni.

Od dawna marzyła, by choć na chwilę zapomnieć o wszystkim.

Przeglądała książki, kiedy zadzwonił telefon.

To był Tarik.

– Gdzie jesteś?

– W księgarni.

– Wracaj.

– Co się stało?

Po drugiej stronie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Między Polską a Amsterdamem 15- finału — czytnik · opowiadania