Psychologia · 20 min czytania
Międzypłciowe potyczki bojowe
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Według Klary, Michałek rzadko kiedy przypominał mężczyznę. Owszem, posiadał te wszystkie przymioty, które czyniły go przedstawicielem płci męskiej i pozwalały chlubić się mianem potomka Adama. Sęk w tym, że przymiotów kobiecych posiadał chyba jeszcze więcej. Michałek należał do tego unikalnego gatunku mężczyzn, którzy dbają o siebie. To znaczy, że oprócz standardowego zestawu Prawdziwego Twardziela, oprócz wody, mydła i używanej odświętnie maszynki do golenia posiadał również arsenał Mężczyzny Zniewieściałego. Zestaw ten, złożony dodatkowo z dezodorantu, kremu przeciwko grzybicy stóp oraz kompletu skarpetek na każdy dzień tygodnia, pozwalał mu na uplasowanie się o szczebel wyżej w hierarchii społecznej w stosunku do tych wszystkich pospolitych samców, którzy zmuszeni byli prać swoje skarpetki w ciągu tygodnia. On prał je jedynie w weekendy. Michałek poruszał się wśród nowinek świata mody i urody z gracją godną lwicy na safari, prychając z uznaniem bądź dezaprobatą na to, co pojawia się na targu próżności. Jego wysmakowany gust nie pozwalał łączyć mu fioletu z czerwienią, używać kosmetyków z nadmiernymi domieszkami składników chemicznych oraz patrzeć na ludzi pozbawionych świadomości w zakresie salonowego życia. Jako przykład osoby, całkowicie pozbawionej jakiejkolwiek zdolności kreowania własnego wizerunku, najczęściej stawiał Klarę. Według Michałka, Klara rzadko kiedy przypominała kobietę. Jej wyczucie smaku w kwestii doboru kolorystycznego ubioru pozostawało w dalekiej i głębokiej sprzeczności z tym, co wyznawał Michałek. Krótko mówiąc, Klary nie interesowało to, czy łączy spódnicę w fioletową kratkę z bluzką w czerwone groszki, dokładając do tego złote buty na koturnie i czarną bandamkę na głowę. Co więcej: ona się tym zupełnie nie przejmowała, co już absolutnie bulwersowało Michałka, doprowadzając go wręcz do szewskiej pasji i wielu bezsennych nocy. I tak jak on odczuwał pewną niewypowiedzianą tkliwość w stosunku do niej, tak ona darzyła Michałka ukrytym szacunkiem. Oczywiście, żadne z nich przenigdy by się do tego nie przyznało. Pomimo, że ich przyjaźń wystawiana była na liczne przeszkody, ta dwójka dzielnie trwała u swego boku. Nie wiedzieli tylko, czy z prawdziwej potrzeby przebywania ze sobą czy dlatego, że nikt inny nie chciał przebywać w ich towarzystwie. Problem bycia nonkonformistą polega na tym, że powyżej pewnego poziomu awangardy nie ma się już znajomych. - Na litość boską, Klaro!- jęknął Michałek. – Mogłabyś używać chociaż podstawek pod szklanki! Poranne słońce wpadało do kuchni. Połączenie rustykalnego charakteru mebli ze starego, ciężkiego drewna z modernistycznym oświetleniem oraz bliskowschodnimi akcentami w postaci pstrokatych makat na ścianie i poduszek rzuconych na ławie, pozwalało odczuć spierającą się w tym wnętrzu energię domowników. Michałek siedział przy stole i jadł śniadanie. Kanapki razowego chleba, posmarowane pastą z soczewicy popijał filiżanką zielonej herbaty, lekko już wystygłą, co go delikatnie zirytowało. Gdy zobaczył, jak Klara nalewa wrzątku do kubka i przy tym niedbale rozlewa wokół wodę, poczuł jak jego oddech przyspiesza, a zęby zaciskają się coraz ciaśniej. Wziął jednak głęboki oddech, policzył do dwudziestu począwszy od co drugiej liczby parzystej, a następnie wstecz od co trzeciej liczby nieparzystej i postanowił spokojnie wyjaśnić jej powody, dla których nie powinna stawiać gorących szklanek bezpośrednio na blat. - Chociaż?!- Klara wykrzywiła się w grymasie, wyrażającym powątpiewanie w zdrowe zmysły Michałka, a jednocześnie pomieszanym z poranną sennością. Wspinając się na palcach, sięgnęła do górnej półki po słoik z cukrem, otworzyła go i powąchała. Słodko-mdły, lekko wilgotny zapach brązowych kryształków zdawał się być tym, co ją w pełni zadowala. Wsypała dwie łyżeczki cukru, powoli zamieszała i odłożyła łyżeczkę, nie przejmując się tym, że wycieka spod niej jasnobrązowa strużka. Zadumała się przez chwilę i postanowiła dosypać jeszcze jedną łyżeczkę. Powtórzyła więc cały rytuał, zakończony głośnym odgłosem przełykanej kawy. Zmarszczenie brwi, mówiące, że chyba jednak przesadziła z ilością cukru, nie przeszkodziło jej w powolnym degustowaniu się napojem. Michałek przyglądał jej się z narastającym zgorszeniem. Szalę goryczy dopełniał zapach świeżej kawy będący aromatem, którego wręcz nie znosił. Klara podrapała się po boku i usiadła na ławie naprzeciwko Michałka. Ten spojrzał na nią jak matka szykująca się do prawienia morałów, gdy wraca się nad ranem z zamglonym spojrzeniem, mówiąc, że to tylko dwa piwa. - Robią się plamy na drewnie, jak tak stawiasz te kubki, gdzie popadnie. - Ty, Michałek, daj spokój. Nie masz się czego czepiać z rana?- Klarę zirytowała perspektywa braku możliwości spokojnego wypicia kawy, bo znała Michałka i wiedziała, że jeśli tylko znajdzie sobie jakiś problem, to nie może przestać gderać. A poranek, zaczynający się w sposób taki jak ten, właśnie to sugerował. - No to zobacz sama. Pod wpływem ciepła odciskają się takie kółka- sięgnął po argument merytoryczny, sądząc, że może przemówi to do wyobraźni dziewczyny. Jego herbata już całkowicie wystygła, a leżąca na talerzyku, nadgryziona kanapka czekała, aż ją dokończy. Michałek najwyraźniej porzucił jednak zamiar jej zjedzenia, mając ważną misję do spełnienia. Powaga tej chwili wymagała nawrócenia Klary na właściwe tory adekwatnego zarządzania gospodarstwem domowym. Kanapka musiała zaczekać. - Odciska to ci się chyba w głowie od nadmiaru czasu- odcięła się Klara. Przysunęła sobie w swoją stronę leżący talerzyk z niedokończoną kanapką, pociągnęła nosem i z ukontentowaniem stwierdziła, że w takim razie śniadanie ma gotowe. – Nie jesz już tego? – i nie czekając na odpowiedź podniosła kanapkę do ust, zagłębiając zęby w maziowatej gęstwinie pasty i lekko suchych skórek chleba. Jej wyraz twarzy po tym, jak przełknęła kawałek, sprawił Michałkowi dziką satysfakcję. Poczuł, że odpłacił jej za ten gorzko-kwaśny smród kawy i ostentacyjne łamanie zasad użytkowania kuchni. A ranek zapowiadał się tak wspaniale. Miał umówione bardzo obiecujące spotkanie w sprawie pracy, na którą bardzo liczył. Zdawał sobie sprawę, że w jego obecnej sytuacji przebieranie w ofertach jest opcją, delikatnie mówiąc, mało realną. Niemniej jednak, praca przy rozdawaniu ulotek była dla jego godności haniebnym i bolesnym kopniakiem oraz dowodem drwiny życia. On, Michałek, miał misję do spełnienia i było to nawet coś znacznie bardziej istotnego, niż uczenie Klary jak prawidłowo stawiać kubki na stole. Przeznaczeniem Michałka była walka o ideały. Zrozumiał to już dawno. Już na studiach, urządzając pikiety w obronie praw szczurów wykorzystywanych haniebnie w eksperymentach laboratoryjnych wiedział, że jego rolą jest uświadamianie tych, którzy tej świadomości są pozbawieni. - Fuj... Nie możesz jeść czegoś normalnego? – wzdrygnęła się Klara, przepłukując usta kawą. Odsunęła od siebie talerzyk z niesmakiem, jakby kanapka była co najmniej spleśniała. Oznaczało to, że będzie zmuszona przygotować sobie śniadanie sama. Westchnęła ciężko. Michałek udał, że nie słyszy jej pytania. Rozłożył się na oparciu, zaplatając ręce na brzuchu. - Idę za chwilę na spotkanie w sprawie pracy. Jako account manager. - Dupont...co? – podniosła z powątpiewaniem wzrok znad kubka. - Ekant menedżer- wycedził przez zęby, żeby dobrze zrozumiała. – Czyli przedstawiciel handlowy, dyletantko. Jakaś nowa, duża firma szuka ludzi energicznych, rzetelnych i komunikatywnych. Z możliwością awansu. W dodatku oferują firmowy samochód. - Rozumiem, czyli będziesz pracował jako Wciskacz Kitu – dodała rezolutnie Klara, po czym zauważyła przytomnie- przecież ty nie masz prawa jazdy. - Masz, nie masz. Przecież niektórzy jeżdżą i bez tego.- wstał, zabierając ze stołu naczynia do zlewu, po czym zmoczył gąbkę i zabrał się za wycieranie blatu. Najpierw na mokro, żeby zebrać wszystkie okruszki, a następnie za pomocą czystej szmatki na sucho.- Przesuń się- poinstruował Klarę, która posłusznie podniosła ręce z kubkiem do góry. - To tak jak w politce, niektórzy nie mają matury, a rządzą....- zamyśliła się Klara. - No, widzisz. Bo u nas się ceni ludzi z pomysłami. Obrotnych. Muszę już iść. Nie nakrusz, bo będziesz sprzątać. – Michałek zaglądnął do teczki, sprawdzając jej zawartość. Po upewnieniu się, że jest w niej wszystko co trzeba (CV- jest, chusteczki higieniczne- są, portfel- jest, plastry na otarcia – są, jakieś długopisy, telefon i masa papierków po gumie do żucia- z tym trzeba będzie zrobić porządek po powrocie), poprawił krawat i wyprostował się. Klara czuła, że Michałek nie chce się przyznać nawet sam przed sobą, że jest zdenerwowany. Wiedziała, że bardzo liczy na tę pracę i bała się, że ewentualna porażka może wpędzić go we frustrację. Michałek od czasu odebrania dyplomu i oblania do dętki tytułu magistra, był bezrobotny. Michałkowa teoria względności głosiła, że on szuka pracy, ale praca nie szuka jego. Klara podejrzewała, że jest raczej na odwrót. Przed Michałkiem mnożyły się niezliczone trudności, gdy tylko otwierał gazetę na stronie z ogłoszeniami o pracę. A to za daleko, to na umowę- zlecenie, to nienormowany tryb pracy, a to tylko kobiety i to w dodatku o miłej aparycji, a to coś innego. Wszystkie te powody były oczywiście niepodważalne i absolutnie uniemożliwiające podjęcie pracy. Żadna oferta nie była dla niego wystarczająco dobra. - Tylko nie mów od razu wiesz czego, bo się wystraszą- rzuciła mu Klara, ładując głowę do lodówki w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się do zjedzenia. Oprócz resztek pasty z soczewicy i ususzonego pomidora, była jeszcze puszka tuńczyka w oleju i kawałek żółtego sera o niewiadomej dacie przydatności do spożycia. Postanowiła zaryzykować i zrobić sobie z nim kanapki. Wykorzystując nieuwagę Michałka, zajętego końcowym poprawianiem fryzury w lustrze, zabrała talerzyk z kubkiem i poczłapała do swojego pokoju. Usiadła przed cicho pracującym komputerem, a po