Akcja · 8 min czytania
Miejsca do których wracamy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sranie w banie – pomyślała – jedno wielkie kurewskie sranie w banie! Tym razem myśli znalazły ujście w prawej ręce, której zaciśnięta z całych sił dłoń opadł na deskę rozdzielczą samochodu. Nie poczuła bólu, jej ciało i umysł znosiły gorsze tortury. Gdyby była w nastroju mogłaby nawet puścić wodze wyobraźni i wyobrażać sobie miłosne pieszczoty o tak miłym natężeniu bólu. Nagle przed autem cos szybko przebiegło wpadając w ostry snop światła, który rzucały reflektory auta. Cholerni nocni biegacze- mamrocząc przekręciła kluczyl w stacyjce uspokajając silnik i wyłączając światła. Zapaliła górną lampkę i skierowała wewnętrzne lusterko na twarz chcąc ocenić szkody jakie wyrządził płacz i kilkugodzinna awantura. Nie było źle, otarła łzy z drobinkami tuszu z policzka, przeczesała palcami grzywkę. Czuła jak dosięga ją otchłań kaca, te kilka whisky z lodem, które wypiła parowały niezwykle szybko z jej głowy ustępując miejsca stresowi który zaczynał wcale nie powoli paraliżować ją całą. Dodatkowo fakt, że pierwszy raz w życiu prowadziła samochód pijana wywołał w jej ciele, a konkretnie w brzuchu uczucie zapadania się całego świata do środka. Coś jak wir wciągający wodę po kąpieli: kręci się powoli w kółko, nie można się niczego złapać, zero gruntu pod nogami aż nagle pochłania ją czarna otchłań paniki. Spoko, oddychaj, powtarza jak mantrę. Nawet gdybyś miała tu spać… Co w tym wielkiego? Zamkniesz drzwi od środka, nie wygląda na to, żeby ktoś tu był – powtarzała sobie w myślach rozglądając się po miejscu w którym się zatrzymała wybierając przypadkowy zjazd z głównej drogi. Parking na może trzydzieści aut po jednej stronie, a po drugiej wielkie bramy i hale zakładów produkcyjnych. Co kilkanaście minut słychać szczęk metalu, odpalanych samochodów, męskich śmiechów zapewne z żartów na poziomie, typu kiedy dziewczynę można nazwać słonecznikiem? Kiedy ma nasienie na twarzy. Parsknęła nerwowym śmiechem, delikatnie się rozluźniając i pomyślała, że może po prostu wróci tam, skąd przyjechała… Podniosła powoli oczy i spojrzała prosto w nie w lustrze. Echo dzisiejszych wydarzeń powróciło w jej jeszcze podpitej głowie. Znowu usłyszała, że jest głupia, że nawet jeśli ktoś w ogóle ją zechce to i tak długo nie wytrzyma, że jedyne co potrafi to niszczyć… DOŚĆ. Zakręciło jej się w głowie i ścisnęła mocno udo, żeby zdusić szloch który urywanymi spazmami i tak wydarł się z jej wnętrza. Po kilkudziesięciu minutach bezdechu i skrywania w sobie narastającej paniki, przed nocą w samochodzie zaparkowanym na jakimś wypizdowie, przed ludźmi którzy mogli jej zrobić krzywdę (ale nie tymi, których podniesione i lekko agresywne głosy co jakiś czas dobiegały do jej uszu, przed ludźmi w życiu, wszystkimi) i przed tym, że to prawda. I nikt nie sprosta jej wymaganiom. Rozłożyła fotel, położyła na tyle wygodnie na ile mogła. Powoli uspokajała oddech i wyciszała swoje ciało, starając się choćby zdrzemnąć. Po kilkunastu minutach, ciemność i ciszę przerwały światła niebieskich kogutów oraz wyjące policyjne syreny. Jak zwierzę obudzone w ciemnym zaułku przez drapieżnika, nie mając pojęcia co się dzieje. Przerażona wyprostowała się i ujrzała tuzin policjantów wyskakujących z trzech dużych radiowozów. Jej cyniczny, niekontrolowany umysł jak zwykle podpowiedział, jej że jak to jest możliwe, że kurwa ktoś wysyła brygadę antyterrorystyczną przeciwko jednej ledwo zawianej ale za to bardzo zapłakanej kierowczyni. Odwróciła głowę, żeby zobaczyć co się dzieje. Policjanci mieli ciężkie buty, czarne kobinezony, kominiarki i o rany chyba naprawdę mają noktowizory! Policjanci…