Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 42 min czytania

MIĘSNO-KOSTNA UKŁADANKA CZ. I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część I

Akdemik Linijka był najbardziej obskurnym domem studenckim we Wrocławiu. Wzniesiony jeszcze przez socjalistycznych obywateli PRL, piętnastopiętrowy wieżowiec, poszarzały od smogu jaki wydycha z siebie miasto, niczym nałogowy palacz. Kiedyś - hotel robotniczy. Obecnie - ostatnie miejsce, w którym chciałby się znaleźć student. Komuna w betonowych płytach. Raj dla alkoholików i narkomanów. Ernest P. miał już serdecznie dość tego burdelu na resorach. Niemal codzienne imprezy, na których czy chciał, czy nie chciał - uczestniczył, i straszliwa mieszanina zapachów: smrodu niemycia dwóch współlokatorów, wódki i marihuany, zbliżały jego wytrzymałość do granicy, której przekroczenie ryzykuje się wylądowaniem w szpitalu psychiatrycznym. Tego dnia, ta granica została przekroczona, gdy po powrocie z nocnej pracy w "ryjcu", zastał w swoim łóżku obrzyganą pościel, a na niej jakiegoś ziomka, którego nigdy przedtem nawet nie widział. To nie miejsce dla spokojnego, pracowictego studenta matematyki. Ernest już od dwóch tygodni myślał o zmianie zakwaterowania. Znalezienie nowego lokum nie było może trudne, ale bardzo czasochłonne, tym bardziej, że zbliżała się, niczym potężna fala - sesja, którą będzie musiał pokonać na takim jachcie, jaki udało mu się zbudować podczas całego semestru. Po nieprzespanej nocy, której resztę spędził w tym samym miejscu, gdzie wcześniej studiował algebrę abstrakcyjną, wrócił na dwunaste piętro, aby przygotować sobie mocną kawę. Z kubkiem wypełnionym czarną siekierą skierował się do pokoju. Na jego łóżku już nikt nie leżał. Nie było też brudnego posłania, ale zapach pozostałości po imprezie jeszcze się nie wywietrzył. Z łazienki wyszedł Bartek - jeden z mieszkańców trzyosobowego pokoju. - Sorki Erni... Adrian miał kłopot z kumplem. Wiesz... paliliśmy trochę, a tamten był już nieźle zaprawiony .... - w skacowanym, obojętnym głosie, słychać było jednak nuty wstydu i zakłopotania. - Musieliście go kłaść kurwa u mnie? - Ernest rzadko wybuchał i jeszcze rzadziej używał wulgaryzmów, ale tego śmierdzącego poranka po prostu nie mógł znaleźć odpowiednich wyrazów żeby wyrazić swoją wściekłość. - Tamten gościu był wielki jak dąb. Jak się pierdolnął u ciebie, to jak mieliśmy go ruszyć? Poza tym, był jakiś nadpobudliwy. Adrian mówił mi że dziewczyna go rzuciła czy coś... Daliśmy twoją pościel do pralni. - Dobra, daj spokój. I tak się stąd wynoszę. Od dwóch tygodni szukam czegoś, ale dzisiaj to pieprzę zajęcia i idę do miasta po jakieś oferty. Powiedz Adrianowi, że może sobie spać w tej pościeli razem ze swoim brudnym kumplem. - Ale się chyba na mnie nie wkurzyłeś Erni? Co miałem zrobić? Też byłem pijany i ledwo widziałem co się dzieje... - Mówię ci, daj już spokój - powiedziawszy to już nieco spokojniejszym głosem, zaczął przygotowywać bagaże.

Po spakowaniu połowy rzeczy, Ernest pojechał na Plac Grunwaldzki, gdzie mieściła się jego uczelnia. Tuż przy wejściu, znajdowało się sporo ofert. Większość jednak stanowiły pokoje dwuosobowe, w mieszkaniach studenckich. Postanowił, że tym razem będzie mieszkał sam. Święty spokój przez następne trzy tygodnie, był dla niego pragnieniem, jak oaza na środku pustyni. Zapisał jeden numer niezbyt ciekawej oferty, którą potraktował jako rezerwę na wypadek gdyby nic nie znalazł, po czym skierował się do czytelni w poszukiwaniu kolegów. Radka - swojego najlepszego współpracownika podczas przeżywania roku akademickiego, spotkał tuż przy wejściu, koło automatu z najohydniejszą kawą rozpuszczalną na świecie. - Cześć Radek! - Siemanko Ernest. - Słuchaj... będziesz dzisiaj na wykładach z mikroekonomii? Muszę szukać stancji. - Jasne. Zrobić ci od razu ksero notatek? - Dzięki. I jak bym się spóźnił na ćwiczenia, to też zrób. Jutro ci oddam kasę. - OK... a co tak nagle chcesz zmienić miejsce? - Mam już dosyć tego akademika, a szczególnie niektórych jego mieszkańców. Próbowałem rozwalić jakieś zadanka na ćwiczenia, ale chyba ty dzisiaj będziesz musiał latać do tablicy. - Nie martw się. Coś tam zrobiłem. Też ci wyszła taka duża macierz w piątym zadaniu? - Nie pamiętam... pogadamy później, teraz muszę lecieć. To nara. - Trzymaj się. - Aha, i kup sobie dzisiejszą Gazetę Wrocławską! - wykrzyknął na koniec Radek. Egzamin z mikroekonomii przerażał Ernesta, odkąd zobaczył statystyki zdawalności z lat ubiegłych. Innym powodem było to, że prowadzący wykłady dr hab Jan Ziębibroda, przechodził właśnie męski odpowiednik menopauzy. Na ćwiczeniach był wyjątkowo złośliwy i robił kosmiczne kolokwia.

Z wydziału matematyki, pojechał tramwajem do siedziby Zrzeszenia Studentów Polskich. Tam, na wielkiej korkowej tablicy, wisiały posortowane oferty. Jedyne co go interesowało to: 1x1, cena =< 300zł, bez dodatkowych opłat. Za taką cenę, nie liczył na komfortowe warunki, ale nie to było dla niego najważniejsze. Teraz liczyła się tylko spokojna przechowalnia na czas sesji. Zapisał numery telefonów sześciu ofert, które spełniały jego specyfikację, po czym skierował się do najbliższej budki telefonicznej.

Oferta nr 1. - Dzień dobry. Dzwonię w sprawie ogłoszenia... - Nieaktualne!

Oferta nr 2. ... Cichy głos mężczyzny - Ale tylko dziewczyny... i nie więcej niż 20 lat. ...

Oferta nr 3. ... - Tak, jest miejsce dla kogoś takiego jak Pan. - Dobrze, a mogłaby mi pani podać dokładny adres? - Psie Pole, Ulica Torfowa 16 c. - Trochę daleko, ale jeżeli można to... - nie skończył mówić, kiedy kobieta wrzasnęła do słuchawki. - Wy studenci, to sami nie wiecie czego chcecie! Albo pan bierze, albo nie truj mi dupy! Jestem cały dzień. - Dobrze, postaram się być gdzieś tak za godzinę - odpowiedział najuprzejmiej jak potrafił, i odłożył słuchawkę. Skierował się w stronę Galerii Dominikańskiej - najbardziej znanego centrum handlowego we Wrocławiu. Szedł tam zawsze, gdy nie miał pojęcia jaką linią dotrzeć do celu. Mógł także liczyć na uprzejmość ludzi, którzy zawsze chętnie tłumaczyli każdemu drogę. Niespotykana życzliwość wrocławian, była dla Ernesta symbolem wspaniałego miasta nad Odrą. Chłopak cenił Wrocław nie tylko ze to, ale także za ciekawą jego zdaniem architekturę i oczywiście ładne dziewczyny, które latem wprost wypełniały rynek. Nie znał jednak innej strony tego miasta. Nie miał pojęcia o istnieniu dzielnic, w których uprawiane jest prawdziwe zło; gdzie patologia lęgnie się w starych, powojennych blokach, a po ulicach chodzą produkty alkoholu i narkotyków. Przed wejściem do tramwaju, kupił polecaną przez Radka Gazetę Wrocławską. Wielki napis na stronie tytułowej wręcz krzyczał, że miała miejsce jakaś tragedia.

STUDENCI INFORMATYKI UNIWERSYTETU WROCŁAWSKIEGO POZBAWIENI INSTYTUTU

Na okładce było zdjęcie kawałka gruntu, na którym kiedyś najwyraźniej coś stało. Nie czytając reszty komentarzy, Ernest wskoczył do tramwaju i zajął miejsce. Szybko odnalazł w gazecie odpowiednią stronę.

Przedwczoraj, w godzinach wieczornych, siła wiatru dała się we znaki mieszkańcom północnej części Wrocławia i okolic. Nikt nie został zabity. Do rannych należy pięć osób (...) . . . "bla bla bla" . . . (...) największą szkodą jaką wyrządziła wichura, jest utrata instytutu informatyki, który został wprost wywiany z gruntu. Uniwersytet Wrocławski przeżywa klęskę. Oto fragment wywiadu z władzami uczelni. Na pytania naszej redaktor Anny Świerzbickiej, odpowiada dyrektor II prof dr hab Leon Pochwalski.

A.S. Czy podczas burzy, w instytucie był ktoś obecny?

L.P. Można założyć że nikt.

A.S. Przepraszam, co oznacza "można założyć" ?

L.P. To znaczy ... logicznie myśląc... mógł być obecny woźny, ale jemu chyba nic się... dzięki Panu Bogu nie stało!

A.S. Na ile szacujecie straty?

L.P. Jak pani śmie? ... MI zadawać takie pytanie? Matematyka, nie polega na wykonywaniu obliczeń, lecz na przeprowadzaniu rozumowań!

A.S. No dobrze, zadam to pytanie komuś innemu. Możemy jednak się domyślać że straty były bardzo duże. W końcu komputery to drogie urządzenia.

L.P. Nam komputery i tak nie są potrzebne!

A.S. A jak poradzicie sobie ze studentami, którzy obecnie nie mają przysłowiowego dachu nad głową?

L.P. Zajęcia będą prowadzone w Instytucie Matematyki. Pomoc zaoferował także Wydział Fizyki i Astronomii, który posiada zresztą świetne zaplecze techniczne.

A.S. Czy na pewno starczy miejsca dla wszystkich?

L.P. Będziemy dawać nieco bogatsze listy zadań - śmiech - i studenci będą musieli więcej pracować w domku. Zrezygnujemy z repetytoriów, kursów które moim zdaniem i tak są niepotrzebne, oraz z części wykładów. Największym naszym problemem jest duża liczba pierwszoroczniaków, ale niech mi pani uwierzy, że ten problem sam się rozwiąże po sesji która już tuż! tuż! - uśmiech - Myślimy nawet z Jurkiem - dziekanem wydziału, że w tym roku problem ten powinien się rozwiązać jeszcze lepiej niż w zeszłym.

Nie godzinę, ale dwie, zajęły Ernestowi dojazd i szukanie domu o podanym adresie. Kiedy znalazł się w spokojnej dzielnicy willowej na północy Wrocławia, poczuł że tego właśnie potrzebuje: brak nadmiernego dymu, cisza, spokojni właściciele domków jednorodzinnych. Jednym słowem - raj do nauki. Stanął pod furtką i zadzwonił. Po chwili, przed drzwiami prowadzącymi do skromnej willi, pojawiła się nie - spokojna, starsza pani, ale znerwicowana, nieuprzejma starucha. - Aaaa... to pan! Tędy! - machnęła ręką, nawet się nie przyglądając swojej nowej ofierze. Ernest przedostał się przez zardzewiałą bramkę i poszedł śladami właścicielki za tył domku. Przeszedł przez zaniedbany ogródek, a następnie stanął koło kobiety, która właśnie szukała kluczy w kieszeni starej, zmordowanej, różowej podomki. Do obitych aluminium drzwi "posesji", prowadziło sześć stopni w dół. Schodząc coraz niżej, Ernest czuł narastający zapach wilgoci, a kiedy kobieta otworzyła drzwi (szarpiąc się trochę z - jak mówiła - "nieposłusznym zamkiem"), z wnętrza dziupli wydobył się jeszcze silniejszy odór staroci i przegnicia. Właścicielka zapaliła światło, gdyż w środku panowały grobowe ciemności. - To jest miejsce na kuchnię - rzekła kobieta. "Miejsce", oznaczało że takową kuchnię trzeba sobie sprawić. Pokazała mu jeszcze pokój: ciasna, prawie że ślepa klitka. Wewnątrz stały stara kanapa i stolik. - Krzesło pan dostanie - powiedziała kobieta i Ernest prawie nie wybuchnął śmiechem, gdyż gdyby jeszcze wstawiła fotel, nie było by się w sposób poruszać. Nagle, zza ściany wydobył się silny warkot silnika. Chłopak stwierdził, że był to trabant. Kobieta wyraźnie poczuła się zakłopotana - A niech to licho! Niech się pan nie przejmuje. To tylko mój mąż. On ciągle coś majstruje przy tym gracie. Trzeba ino krzyknąć. Wtedy baba wrzasnęła potworną siłą. -EEE! STARY! CICHO TY BĄDŹ!!! JA TU GOŚCIA MAM! IDŹ ZAŻYĆ LEKI! Garaż przedzielony na dwie części, dwa metry pod ziemią, do tego wilgoć i para starych wariatów. Chłopak nawet się nie zastanawiał. Wyszedł dziękując uprzejmie, ale "do widzenia" nie usłyszał. Zamiast tego, salwę przekleństw i szczekanie psów w okolicy.

Była godzina 17.00. Ernest, potwornie zmęczony i wściekły, siedział na ławce koło automatu telefonicznego i przeglądał oferty zamieszczone w "Autogiełdzie". Pozostałe trzy ogłoszenia z ZSP, okazały się nieaktualne, natomiast cena z oferty, którą znalazł w uczelni, była zbyt wysoka (gdy przez telefon usłyszał 450 zł/mies. + pomoc dla starszej pani, od razu odłożył słuchawkę). Kiedy skończył przeglądać gazetę, stwierdził że tylko wyrzucił trzy złote w błoto. Czuł zdenerwowanie. Wydawało mu się że znowu napotkał na szereg niesprzyjających zdarzeń, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Nie miał zamiaru spędzić kolejnej nocy w Linijce. Postanowił że teraz, cokolwiek znajdzie, weźmie bez względu na warunki. Wstał z ławki i skierował się w stronę pobliskiego baru, o niespecjalnie przemyślanej nazwie "Trzmiel". W środku nie pachniało zbyt dobrze, toteż zamówił tylko lurowatą herbatkę i wywalczył podania jej w plastikowym kubku. Na dworze pociemniało. Chłopak wiedział że musi działać szybko, gdyż z każdą godziną miasto będzie coraz bardziej niebezpieczne, a kolejne dni na uczelni miał wypełnione po brzegi zajęciami. Zmęczone ciało i umysł podpowiadały, żeby dał sobie spokój, że jak dotąd niczego nie znalazł, to już koniec, tym bardziej, że większość normalnych kwater została już zajęta. Rozwiązywanie w tej chwili listy zadań z matmy, byłoby dla niego rozkoszą, w porównaniu z męczącym podróżowaniem po mieście. Po wyjściu z baru, ciśnienie które panowało w jego pęcherzu, wyraźnie dało mu znać, że nadzeszła pora na odlewanie. Po drugiej stronie ulicy, zobaczył bramę w starej, poniemieckiej kamienicy. Taką, w której dzieją się najgorsze rzeczy. Nie miał wyboru. Popatrzył na zegarek: 18.10. "Czas leci jak zwariowany" - stwierdził i pomyślał o ciepłym domu w którym się wychował, o tym jak bardzo chciałby teraz tam być. Poszedł w stronę przejścia dla pieszych. Brama była wielka, prowadziła na ogromne podwórko i cholernie śmierdziało w niej moczem. Gdyby Ernest znalazł się w środku dziedzińca, zostałby otoczony setką wielkich okien, które obserwowałyby jego, niczym oczy ceglastego potwora, hodującego swe patologiczne dzieci. Często oglądał takie slumsy w programie "997" i wolałby już raczej powrócić do akademika, niż zamieszkać w jednym z tych schizofrenicznych lokali. Sikając, obserwował porysowaną ścianę: niedbałe graffiti, zboczone rysunki i przekleństwa z błędami ortograficznymi. Były na niej również poprzyklejane reklamy i ogłoszenia osób prowadzących nieco mniej oficjalną działalność gospodarczą. Zauważył także karteczkę z powycinanymi na dole paskami. Wywieszka sporządzona była ręcznie, niedbałym, pospiesznym pismem.

"Wynajmę pokój dla jednej osoby w bloku na piątym piętrze. Dobre warunki. Cena: 240zł/mies. Ulica Oleśnicka 3/10"

Wrażenie zrobiła na nim cena. Co prawda, nie było napisane czy opłata obejmuje także rachunki, ani jak w rzeczywistości wyglądają "dobre warunki", to jednak chłopak zdecydował się przyjrzeć ofercie dokładniej. Ustawił nawet poprzeczkę oznaczającą "minimum standardu" niżej, byleby tylko znaleźć coś tego dnia i jak najszybciej wyprowadzić się z akademika. Wyrwał jeden pasek z adresem i wyszedł na ulicę. Nie miał pojęcia gdzie się dokładnie znajdował, ani gdzie jest szukana lokacja. Z plecaka wyciągnął podręczną mapę Wrocławia, tak żeby łatwiej byłoby mu nawiązać konwersację z jakimś przechodniem. Zobaczył że do przejścia zbliża się młoda dziewczyna. Nie była żującą gumę blondynką o wyzywającym image'u, toteż postanowił spytać. - Przepraszam... - zwrócił się, gdy zbliżyła się na tyle blisko, aby mogła go zauważyć. - Tak? - Czy mogłabyś mi powiedzieć, gdzie się dokładnie znajduję? Jest już ciemno i nie widzę tu żadnej tabliczki z nazwą ulicy. - To ulica Kluczborska... a jakiego adresu dokładnie szukasz? - Hm... - popatrzył jeszcze raz na karteczkę. - Oleśnickiej 3 - przeczytał. - To gdzieś w pobliżu. Mogę zobaczyć mapę? - spytała. Chłopak rozłożył mapę i oboje zaczęli szukać. Po chwili dziewczyna rzekła. - O tutaj - wskazała placem. - Widzisz? Zaraz po drugiej strony ulicy na której się znajdujemy. - Wielkie dzięki - powiedział i posłał jej nieudany, zmęczony uśmiech wdzięczności. - Nie ma za co - odpowiedziała dziewczyna, a następnie poszła w swoją stronę. Z tymi jego zmordowanymi oczyma za parą szkieł, oraz nieogoloną, spoconą gębą, nie miał nawet szans na nic więcej. Pomyślał, że może wreszcie los zaczyna mu sprzyjać. "Jeszcze tylko parę kroków i będę pod właściwym adresem." Przyjął do wiadomości fakt, że oferta mogła być przestarzała, ale nie potrfaił zmarnować okazji i nie sprawdzić jej, będąc prawie na miejscu. Po trzech minutach, stał przed domofonem dużej, pięciopiętrowej, kamienicy, wyglądającej jak przerośnięty dom grozy. "Nie oceniaj książki po okładce" - przypomniał sobie znane przysłowie i zadzwonił pod numer 10. Długo nikt nie dobierał, więc zadzwonił jeszcze raz. Zrezygnowany, chciał powrócić do akademika, kiedy nagle z głośnika dobiegł cichy, chrapliwy głos. - Kto? - Dobry wieczór. Znalazłem ofertę, która wskazuje na to że chce pan wynająć pokój - prawdę powiedziawszy, wahał się czy użyć zwrotu "pan", ale sądząc po odpowiedzi trafił dobrze, bo głos okazał się męski. - Tak. Zamierzałem wynająć ... dla jednej osoby. A kim pan jest? - mężczyzna miał dziwny głos. Był cichy, jakby przybity, wcale nie zachęcający do wizyty w jego mieszkaniu. - Studiuję na uniwersytecie. Chwilę nikt nic nie odpowiadał, ale gdy Ernest usłyszał ciche bzyczenie w zamku drzwi, potraktował to jako "można wejść".

Klatka schodowa była pogrążona w ciemności. Chłopak stał chwilę i macając ścianę, szukał włącznika, aż w końcu zrezygnował, gdyż czuł że tylko brudzi sobie ręce nie wiadomo czym. "Piąte piętro. Boże, jak ja tam dojdę w tych ciemnościach?" Nie widział zupełnie nic. Tylko czerń. Klatka schodowa musiała być sporych rozmiarów, gdyż echo dopowiadało na każdy jego krok. Miał moment, że chciał zawrócić, ale coś go ciągnęło do przodu. Szedł powoli, starając się słuchać intuicji, która miała mu podpowiadać jak zbudowane są takie domy. Nagle, nieoczekiwanie potknął się i poleciał do przodu. W chwili upadku, wyciągnął jednak ręce do przodu, chroniąc w ten sposób wybicie zębów o krawędź drewnianych schodów. Wstał ostrożnie i już miał zawracać do wyjścia, gdy nieoczekiwanie rozproszyło się światło oraz towarzyszący temu dźwięk przełącznika dochodzący daleko z góry. Pospiesznie zaczął wchodzić, aby zdążyć przed automatycznym zgaszeniem. Na piętrach panowała niemal szpitalna czystość, a wszystkie drzwi prowadzące do mieszkań wyglądały na bardzo solidne i posiadały wizjery. Z każdym stopniem powietrze stawało się cięższe, a jego serce biło szybciej. Na trzecim piętrze nie mógł już znieść odgłosu tylko swoich kroków. Dziwna była istna cisza o tej porze, o której zwykle rozkręca się nocne życie. Żadnego pijackiego bełkotu, kłótni małżeńskich, dźwięków brykających dzieci, ani nawet odgłosu radia, czy telewizora. Zaczął wchodzić na ostatnie piętro. Stopnie były jakby mniej wytarte, ściany jeszcze czystsze. Ani śladu obecności młodocianych dewastatorów. Wreszcie, potwornie zsapany, znalazł się na samej górze. Zobaczył parę drzwi, które tak jak na poprzednich piętrach, prowadziły do dwóch, leżących naprzeciwko siebie mieszkań. Popatrzył na jedne z nich, nad którymi wisiał numer 9. Były najbardziej masywne z tych jakie dotąd widział i pomyślał że ktoś musiał wydać niemałe pieniądze za takie zabezpieczenia. Obiekt jego poszukiwań był nieoznaczony, jednak Ernest doskonale wiedział gdzie znajduje się właściwe mieszkanie. Dzwonka jednak nie było, więc zapukał mocno, używając do tego resztek sił. Czuł jak ktoś go chwilę obserwuje przez soczewkę, po czym zaczyna przekręcać zamki: najpierw jeden, potem drugi. Drzwi uchyliły się, ukazując czarną szparę wielkości dziesięciu centymetrów. Ernest zauważył, że zabezpiecza je jeszcze żelazny łańcuch. Tuż nad nim, zobaczył wielkie, szare, wybałuszone oko mężczyzny, które z wielką precyzją przyglądało się swojemu gościowi. Po chwili obserwacji, nieznajomy zamknął drzwi, ściągnął łańcuch i ponownie otworzył, zapraszając chłopaka do środka. Ernest wystraszył się tego, że znajduje się pomiędzy lękiem wejścia do obcego mieszkania, a ucieczką. Poza ogromną gałką oczną wystającą z ciemności, niewiele dostrzegł, dopóki nie znalazł się w długim korytarzu. Właściciel szybko zamknął drzwi i włączył niezbyt rozświetlającą pomieszczenie lampę, którą stanowiła żarówka wisząca na przewodzie z sufitu. Tuż przed Ernestem, stał potężny, łysy facet. Jego skórzasta głowa spoczywała na silnie umięśnionym karku, zlewającym się z byczym garbem, a lodowato zimne oczy wciąż obserwowały przybysza. Długie i cienkie usta były ułożone w linii prostej. Ernest stał jak kołek przed dębem i nie wiedział co mówić. W końcu jednak odważył się zacząć rozmowę i spokojniejszym, ostrożniejszym niż zwykle głosem rzekł. - Ofertę znalazłem w bramie - chciał powiedzieć na jakiej ulicy, ale nazwa wyleciała mu z głowy. - Nie dzwoniłem, bo skończyła mi się karta - dodał i z przerażeniem zauważył że bredzi z nerwów, bo na ogłoszeniu i tak nie było numeru telefonu. - Ja tu jestem zawsze - odrzekł powoli wielkolud. To ostatnie słowo wypowiedział wyjątkowo dziwnie. Ciszej. - Mam pokój dla kogoś takiego jak ty - powiedział, a następnie odwrócił się wokół swojej osi. Ernest poszedł za właścicielem w prawo. Odwrócił się jeszcze do tyłu i spostrzegł uzbrojone w potężne zamki drzwi. Korytarz tonął w mroku z każdym metrem. W mieszkaniu, podobnie jak na zewnątrz, panowała istna cisza. Szli w kierunku samotnych drzwi na samym końcu korytarza. Właściciel przygotował jeden z kluczy, który był przymocowany do mosiężnego okręgu, po czym użył go w rozluzowanym, poobijanym zamku. Następnie powolnym krokiem wszedł do pomieszczenia i zapalił światło. Stojąc na środku sporego pokoju, nie używając żadnych słów, zapraszał do środka. Był…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%