Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 30 min czytania

MIĘSNO-KOSTNA UKŁADANKA CZ. II

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Część II

Dominika R. siedziała na skrzynce. Chodzące i piszczące naokoło szczury, były jej jedynymi towarzyszami już od dwunastu miesięcy. Od momentu gdy stało się TO. Trzymała na rękach swojego ulubieńca. Mówiła na niego Adasow. Bardzo go lubiła i on wyraźnie czuł się lubiany przez nią. Nie był może tak inteligentny jak reszta szczurów (zjadał własne odchody i często, bez powodów, pakował się w bójki z innymi), jednak zawsze przychodził pierwszy, jak tylko dziewczyna dostała jedzenie od NIEGO. Najczęściej było to czerstwe pieczywo, posmarowane margaryną. Czasami, gdy miał dobry humor, ojciec dorzucał jeszcze kawał spleśniałego sera. Adasow wcinał właśnie resztki chleba, podane na delikatnej dłoni Dominiki. Gdyby dziewczyna wzięła teraz innego szczura na ręce, Adasow, wściekły z zazdrości, zaczął by się z nim bić i jak zwykle by przegrał. Stracił tak kiedyś jedno oko, dlatego Dominika nie zwracała uwagi na inne szczury, gdy karmiła jego. Nigdy jej jednak nie ugryzł. Po posiłku uciekał do swoich kumpli by kopulować i wracał kolejnego dnia o tej samej porze.

"On zabił mamę."

"Nienawidzę go."

"Kiedyś rozwalę ten jego durny, tłusty łeb."

Nigdy nie śmiała się zaatakować swojego ojca. Choć przez rok samotni, jej nienawiść do potwora nie zmalała nawet o kroplę, to bała się go. Miał wielki świecący łeb, potężne tłuste łapy i przerażające oczy. To tymi łapskami zamordował Weronikę R. - matkę Dominiki - jedyna osobę, która dała jej coś w rodzaju miłości. Choć sama nie była święta, choć Dominika dobrze wiedziała że matka daje dupę, aby potem mieć za co walić w kuchni najtańszą wiśniówę, to dziewczyna kochała ją. Do domu przychodziły czasem koleżanki Weroniki - burdelmamy emerytki, by pić, palić najbardziej śmierdzące papierosy na planecie i plotkować. Nawet te stare kurwy z iq < 100, były jej bardziej przyjazne niż ojciec. Edward R. brał jedynie leki antypsychotyczne, choć każdy, nawet najgorszy psychiatra, od razu zakwalifikowałby jego przypadek jako konieczny do leczenia w placówce zamkniętej. Czasem, a nawet częściej nie łykał tabletek, bo wolał ostro popić. Na nieszczęście był na tyle rozumny, że wiedział, że farmaceutyki o działaniu psychotropowym wraz z alkoholem, mogą spowodować nagły zgon. Nie łykał tabletek już od tygodnia, a agresja kumulowała się w nim coraz bardziej. Pewnego poniedziałku, wparował do mieszkania o piątej nad ranem. Dziwnie się zachowywał. Weronika wylazła w białej, starej podomce, z niedbale założonymi wałkami na głowie. Spytała Edwarda, gdzie był i czy zażył Promazynę. Po chwili podomka była zaprawiona krwią, a kobieta leżała w kącie jęcząc i trzymając się za nos. - GDZIE TY JEBANA KURWO SCHOWAŁAŚ MOJE PIENIĄDZE? - wrzeszczał potwór, wywalając naokoło wszystkie rzeczy. Szukał jak wściekły. - Ja.... ich nie mam Edek! - krzyknęła z przerażeniem Weronika. CHLAS! - i z drugiej dziurki od nosa bryznęła krew. Co było dalej Dominika nie pamięta, bo straciła przytomność, waląc głową o ścianę. Robiła to specjalnie, zawsze gdy przewidywała awanturę. Traciła przytomność z dwóch powodów. Po pierwsze, nie mogła znieść odgłosów wyzwisk, jęków i bicia. Po drugie, ojciec czasem po awanturze wchodził do jej pokoju by wyżyć na swojej córce resztki wściekłości. Potem, gdy skatował już matkę i swoje dziecko, siadał w kuchni przy stole i ryczał. - O Jezusie! O Jezusie! - ogromne, ściśnięte, wybrudzone krwią dłonie, trzymał przy szarych jak ludzkie prochy ustach. To był ostatni dzień gdy Dominika straciła przytomność samowolnie. Pamięta, jakby to było wczoraj, że kiedy oprzytomniała, usłyszała dźwięk otwieranych drzwi i szelest worka, w którym dobrze widziała co się znajduje. Edward R. porżnął swoją żonę piłą elektryczną, podłączoną do kontaktu w łazience. Dominika słyszała wszystko. Siedząc skulona w kącie swojego pokoju, sparaliżowana strachem, czuła nawet zapach palonej na skutek tarcia piły, tkanki kostnej. Potem była ciemność i fetor podziemi. Dominika zaczęła płakać. Mogła co prawda uciec. Potrafiła nawet wydostać się z pomieszczenia w którym zamknął ją ojciec. Codziennie to zresztą robiła. Chodziła i nasłuchiwała rury kanalizacyjne. Ucieczka z podziemi wiązała się jednak z bardzo dużym ryzykiem. Nie miała nawet dokąd iść. Ojciec był jej prawnym opiekunem i w każdej chwili mógł ją ukarać, tak jak jej matkę. Bała się łysego potwora i jego gniewu, bardziej niż świadomości że będzie musiała do końca jego dni żyć w ciemnościach (o ile sama wcześniej nie umrze). Dziewczyna posiadała niemal nadprzyrodzoną zdolność. Potrafiła rozróżniać dźwięki dochodzące z różnych mieszkań i dokładnie wiedziała z których one pochodzą. Znała liczbę mieszkańców w każdym z nich, ich imiona, toaletowe zwyczaje. Była zdolna też stwierdzić, czy sika mężczyzna, czy kobieta. Najczęściej jednak nasłuchiwała rurę, która przechodziła przez jej dawne mieszkanie. Na podstawie dźwięków, które słyszała, potrafiła wizualizować obraz danej czynności. Umiała także rozróżnić kroki (szczególnie wyraźne były te w wannie). Niedawno doznała szoku, gdy wysłuchała że w mieszkaniu oprócz złego ojca, jest ktoś jeszcze. Od śmierci matki nie zarejestrowała innych niż jego kroków, siły strumienia moczu i kaszlnięć. Tym razem był tam ktoś inny i pojawiał się w łazience regularnie, z różną niż ojciec częstotliwością. Była już tego pewna, gdy usłyszała trzy kichnięcia pod rząd. Olbrzym kichał bardzo rzadko, a jak już, to najwyżej dwa razy pod rząd i z dużo głośniej.

Kiedy Ernest skradał się w ciemnościach do kuchni, przypomniał sobie że wcześniej zapomniał wyłączyć lampkę w komórce. Szoku doznał, gdy będąc na miejscu, zauważył że lampka jest wyłączona.

"Ja nie zgasiłem... nie zgasiłem tego światła..."

Odwrócił się szybko. Potwora nie widział w kuchni, choć był pewny że stoi gdzieś obok, w ciemnościach - wielka góra mięsa. Teraz trząsł się jeszcze bardziej niż przedtem.

"On szykuje na mnie zasadzkę. Psychol chce się zabawić...." - pomyślał z przerażeniem, i patrząc co chwilę do tyłu, zaczął szukać klucz.

Racjonalny, ścisły umysł studenta matematyki, błagał Boga by monstrum nie schowało klucza do któregoś ze słojów, jakby Bóg był istotą z krwi i kości, od którego wszystko zależy.

"Zaraz mnie złapie tymi swoimi wielkimi łapskami i zacznie dusić."

Chłopak był w trakcie przeszukiwania trzeciej półki licząc od dołu, kiedy nagle wyczuł że znalazł to czego szukał. Poczuł małą ulgę, ale strach przed nieuniknionym spotkaniem z wielkoludem nie zmalał. Pospiesznie zgasił światło i zamknął drzwi.

"Co On chce zrobić? Na co czeka?"

Ernest szedł długimi, wąskimi schodami w dół. Nie klucz, ale parę kluczy, a jeden z nich do masywnych, drewnianych drzwi, które przed chwilą otworzył, znalazł tam, gdzie podpowiedział mu głos z wanny - w komórce między słojami, w których zalane oszczędnymi porcjami formaliny, znajdowały się kawałki ludzkiego ciała. Cuchnąca starością piwnica, rozciągała się pod wielką kamienicą, jak lochy z najstraszniejszych koszmarów. Korytarze były szerokie i wysokie. Jedyne źródło światła stanowiła jak na razie żarówka zamontowana tuż przed wejściem, jednak chłopak wiedział że wkrótce będzie musiał iść w całkowitym mroku. Prawą i lewą ręką szukał przełącznika, jednak dotąd takowego nie znalazł. Pokonawszy dziesięć metrów, doszedł do skrzyżowania dwóch korytarzy. Nie miał bladego pojęcia czy iść w lewo, prosto, czy też w prawo. Starał się zarejestrować jakiś dźwięk pochodzący od uwięzionej dziewczyny, ale w piwnicy panowała grobowa cisza, jeżeli nie liczyć odzywających się czasem szczurów. W końcu zdecydował że pójdzie w lewo. Korytarz był znacznie dłuższy niż poprzedni. Idąc w gęstniejący mrok, zdawał się już tylko na wyobraźnię. W pewnym momencie doznał olśnienia. Przypomniał sobie, że w kieszeni spodni nosi pewien przedmiot, który może bardzo ułatwić mu pokonywanie drogi. Pospiesznie zaczął szukać pomiędzy pierdołami, których zawsze miał pełno: gumą do żucia, kluczami, zapalniczką, prezerwatywą, małym notatnikiem, chusteczkami, monetami... oraz tandetnym połączeniem długopisu i miniaturowej latarki. Wyciągnął długopis i włączył latarkę. Światło dawała marne, jednak droga i tak stała się o niebo łatwiejsza.

Dominika stała przy drzwiach pomieszczenia w którym trzymał ją ojciec. Bała się wyjść, ponieważ nie była pewna czym był usłyszany przed chwilą trzask. Jej twarz miała wyraz nadziei i przerażenia. Nadzieję wykreślały usta, a przerażenie zdradzały oczy. Pamiętała, że zdarzało się, że jej ojciec, szczególnie wtedy gdy schodził wściekły, zatrzaskiwał za sobą główne drzwi. Marzyła by umysł ją tym razem oszukał. Wkrótce, dziewczyna usłyszała kroki dochodzące z oddali. Ktoś do niej szedł. Powoli. Zaczęła wariować. W tej części korytarza pełno było różnych gratów: skrzynek, kół od rowerów, połamanych wózków dziecięcych i inwalidzkich, słoików i butelek. Kiedy Ernest doszedł do zakrętu, usłyszał w oddali trzask zamykanych drzwi. Za jego serce złapała zimna łapa strachu i wpiła w mięsień swe lodowate szpony. Instynkt kazał mu uciekać. Panicznie biegł przed siebie, uważając aby nie potknąć się o jakiś przedmiot. Dobiegł do kolejnego zakrętu, a potem do miejsca w którym korytarz łączył się z innym, na kształt litery T. Stanął i zaczął uruchamiać w mózgu swoją pseudolosową maszynę. Kolejny raz wypadło że ma iść w lewo. Biegł dalej, ale usłyszał głos instynktu, który mówił że chyba się pomylił i bardzo przeprasza. Nagle zarejestrował wołanie o pomoc dochodzące z bardzo daleka. Mimo że dziewczęcy głos był cichy, wyraźnie dostrzegał w nim czarne nuty strachu. Zaczął biec z powrotem, aż minął wejście do korytarza, którym wcześniej przyszedł. Biegł sprintem i mijał kolejne drzwi prowadzące do prywatnych piwnic. Było ich coraz więcej. Więcej było też różnej grubości rur. W końcu zauważył że głos, jest bardzo wyraźny. Dotarł do wielkiego pomieszczenia w kształcie kwadratu. Znajdowało się tam wyjątkowo dużo przewodów hydraulicznych, elektrycznych, oraz przymocowanych do ścian liczników i skrzynek. Ernest spostrzegł, że oprócz korytarza którym właśnie wbiegł, do pokoju prowadzą także trzy inne drogi: na zachodzie, północy i wschodzie. Łatwo było mu ocenić z którego miejsca dochodzi głos dziewczyny, bo wejście do jej celi znajdowało się już niedaleko. Poszedł w prawo i gdy minął drugie drzwi, usłyszał głośny ryk pochodzący z gardła olbrzyma. - JAK CIE DORWĘ, TO ZAKATRUPIĘ NA ŚMIERĆ!!! - ZAJEBIĘ CIĘ TY CHUDA KURWO!!!- ryknął z jeszcze większą siłą olbrzym. Głos miał potworny. Wydawało się, że wydobywał się z jego wielkiego brzucha, jak z jaskini w której składał ofiary z fragmentów ludzkiego ciała. Następnie, basowe dudnienie, zastąpił cienki psychodeliczny śmiech. Łysol śmiał się jak opętany. Tryumfował pieśnią chorego człowieka. Zdawało się, że przy tym napadzie, dążąc do swego celu, rozwala wszystko co napotyka na drodze. Ernest słyszał odgłosy rozbijanych o ścianę skrzynek i tłuczonych butelek Dziewczyna zaczęła głośno płakać.

Ernest dotarł do drzwi za którymi znajdowała się cela. Nie pamiętał jakim kluczem otworzył poprzednie, więc znowu musiał "losować". Wybrał niewłaściwy. Zdenerwował się. Drżącą ręką walczył z zamkiem używając już dobrego klucza, gdy nagle zobaczył że jedna z desek stanowiących obicie starych, drewnianych drzwi uchyla się, a za nią następna. Zostawił zamek i pomógł wyjść drobnej, niemal wychudzonej dziewczynie. Stanęła koło niego. Miała brudne ręce, a na twarzy czarne smugi. Była piękna, nawet mimo licznych uszczerbków na zdrowiu jakich doznała w tej ciemni. Posiadała długie, czarne włosy, a nad dużymi, szczerymi oczyma, górowały delikatne brwi. Jej wiek trudno było oszacować, ale nie wyglądała na dziecko. Chłopak stwierdził że ma 16, albo najwyżej 18 lat i nie mógł uwierzyć że jest produktem takiego potwora. Dominika stała przed Ernestem z otwartymi ustami. Ręce miała wyciągnięte przed siebie i cała drżała. Starała się coś powiedzieć. - Uspokój się bo nie damy rady mu uciec - wyszeptał chłopak, złapał ją za rękę i dał sygnał do ucieczki. Wtedy dziewczyna jakby trochę otrzeźwiała z szoku. - P.. ppp p pom...pom... pomożżesz mi? - spytała, jakby nie mogła uwierzyć w to co widziała przed sobą. - Jasne, po to tu jestem, ale teraz musimy jak najszybciej wydostać się z piwnicy. Kroki wielkoluda były coraz głośniejsze, a naprzemienne, wściekłe wrzaski i śmiechy nie ustawały. Dziewczyna powiedziała że dobrze zna podziemia i pobiegła pierwsza. Kiedy dotarli do kwadratowego pomieszczenia z rurami, skierowali się w północną część korytarza. Biegli ostrożnie. Potężne sutereny łączyły kilka kamienic. Dominika wybrała okrężną drogę, którą łysa bestia prawie nigdy nie chodziła. Myślała że w ten sposób ominie chorego ojca. Pamiętała że droga ta w pewnym momencie zakręcała i można było dojść z powrotem do głównych drzwi. Dziewczyna odwróciła się do Ernesta i dała mu do zrozumienia że są już na półmetku. W pewnym momencie, głos wielkoluda ucichł. Chłopak odwrócił się, ale w ciemności nie mógł wiele dostrzec. Stwierdził że potwór nie biegnie za nimi. "Zawrócił. Szykuje zasadzkę.... po co wybraliśmy okrężną drogę? Pewnie już czeka przed wejściem. " Ernest zdał sobie sprawę że zbliża się nieuniknione spotkanie z potworem. Nagle zobaczył że po prawej stronie jest przejście. Dziewczyna właśnie je mijała, kiedy wyskoczył ON. Zagrodził jej drogę. Nie śmiał się już. Bydlak był wściekły. Złapał przerażoną Dominikę jak marionetkę i silnym ciosem położył na ziemię. Następnie, popatrzył na Ernesta, który stał jak wryty. - Czekaj, czekaj, już ja ci pokażę - łysol wymówił to powoli, groźnym, ochrypłym od wrzasków głosem. Chłopak zaczął rozglądać się w poszukiwaniu broni, ale nie dostrzegł nawet butelki. Zaczął biec z powrotem i popatrzył do tyłu, aby upewnić się czy wielkolud podąża za nim. Pamiętał, że niedawno mijali jakby wnękę w ścianie, gdzie był wciśnięty stary wózek inwalidzki. Pokonał dwadzieścia metrów najszybciej jak potrafił i gdy znalazł się przy wnęce, zaczął do niej włazić, dopóki ściana nie stanowiła oporu. Teraz mógł liczyć tylko na adrenalinę, oraz na to, że biegnący za nim potwór go nie zauważy i nie wpadnie na pomysł że ktoś mógł się ukryć we wnęce. Ernest zgasił latarkę, dzięki której dostrzegł stojący koło niego ciężki, żelazny pręt. Wielkolud się zbliżał. Chłopak wiedział że ma tylko jedną szansę na wykonanie ataku. Zacisnął obiema dłońmi znalezioną przed chwilą broń. Ręce miał spocone i tarcie między nimi, a prętem, było bardzo małe. Kiedy w pewnym momencie przeleciała koło niego wielka masa, wyskoczył z ukrycia i sieknął z całej siły w mięsisty kark olbrzyma. Potwór zatrzymał swój bieg i gdy się odwrócił, Ernest zamachnął ponownie. Poczuł dziwną ulgę, gdy usłyszał chrzęst łamanej kości. Zrobił krok w tył i zamachnął jeszcze raz. Tym razem nie udało mu się. Kiedy walnął prętem w ziemię, silne…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%