Komedia · 16 min czytania
Mieszanka humorów wybuchowa
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Co z tego, że lało? Mi tam deszcz ani trochę nie przeszkadzał - wprost przeciwnie, było oczywiste, że nie zrezygnuję z wyprawy do miasta tylko ze względu na fakt, iż będę mokra niczym ryba już po kilku minutach. Mając na myśli "miasto" mam na myśli centrum Częstochowy, w której mieszkam. Jednakże mój dom znajduje się raczej na peryferiach (czytaj "zadupiu") miasta więc raczej cieszyłam się myślą, że połażę po sklepach w centrum, co zdarza się rzadko (zaledwie raz na tydzień) gdyż niestety nie mam czasu na częste wycieczki i zwiedzanie własnego miejsca zamieszkania. Koniec roku szkolnego zbliżał się nieubłaganie w związku z czym musiałam naprawdę dużo czasu spędzać na nauce (tzn. załamywaniu głowy nad niektórymi przedmiotami). Tego dnia (jakże pięknego zresztą...) byłam radosna niczym skowronek i naprawdę nic nie mogło mi owego humoru zepsuć. No, prawie nic. Mama była na tyle miła, że przed samym wyjściem (stałam już w drzwiach) zdążyła na mnie nakrzyczeć za bałagan w pokoju i nieodrobione lekcje. Co z tego, że była sobota... Tak więc po drodze na przystanek kopałam wszystkie okoliczne kosze na śmieci, które wtoczyły mi się pod nogi (czytaj "żadne" - w mojej jakże cudownej dzielnicy nie ma koszy na śmieci), w ostateczności wyżyłam się na słupie, za to, że nie chciał mi zejść z drogi, po czym zaczęłam podskakiwać z bólu aż jakieś małe dziecko poczęło klaskać z radochy. Widzicie? Sam mój widok raduje dzieci a co dopiero charakter... - Co się gapisz smarkaczu?!!! Nie widziałeś mnie jeszcze kiedy jestem wkurzona!!! I uwierz mi - nie chcesz mnie wtedy widzieć!!! Po tym jakże pięknym tekście i jakże uroczym biegu chłopaczka (już po pierwszych słowach wziął nogi za pas) od razu mi ulżyło. Dochodząc do przystanku miałam wyśmienity humor. Ale niestety - szczęśćie nie trwa wiecznie. Pomimo moich usilnych wysiłków nie udało mi się zatrzymać autobusu... Nie zadziałała nawet perswazja a'la wykręcanie spódnicy z wody - wredny kierowca nie tylko zamknął mi drzwi przed nosem ale jeszcze na dodatek mnie ochlapał. I fakt, że tego ostatniego i tak nie było widać (deszcz zrobił swoje) nie ma tu nic do rzeczy. Znowu kipiała ze mnie chęć mordu. Tym razem jednak znalazłam kosz na śmieci. Miałam ochotę uczynić z nim to, co zazwyczaj pokazują w mangach ale niestety - życie nie jest takie łatwe - kopnięcie zrobiło tyle, że panicznie bolała mnie noga. Kosz stał dalej na swoim miejscu... Dochodząc do wniosku, że wejście pod daszek i tak mi nic nie pomoże, wyładowywałam złą energię łażąc w kółko w okolicy przystanku. Kiedy nadjechał następny autobus byłam już całkowicie wyładowana z gromów, które wcześniej żarzyły się w moich oczach. Z uśmiechem weszłam po schodkach do pojazdu i nawet nie „pogłaskałam” słupka od kasownika glanem kiedy ten ostatni nie chciał mi skasować przemokniętego biletu. Wszystkie miejsca były zajęte więc stanęłam sobie przy owym niedobrym kasowniku. Jechało mi się bardzo dobrze aż do momentu kiedy wpadłam na genialny pomysł. Dokładniej rzecz ujmując wyjęłam z torby książkę i zaczęłam ją czytać tym samym ujmując nieco mojej jakże wrażliwej na wszelkie ataki z zewnątrz, czujności... Wiem, że piszę nieskładnie ale proszę, nie czytajcie tego zdania setki razy doszukując się w nim sensu... Bo pewnie go tam nie znajdziecie jak i zresztą w większości głupot jakie tu wypisuję... I jechałam sobie taka zaczytana i nawet o dziwo nie traciłam humoru ale niestety - coś musiało mi przecież przerwać te piękne chwile... Czymś okazał się wyjątkowo wredny zakręt, który pojawił się nagle na drodze autobusu i ni stąd ni zowąd spowodował spustoszenie... Mam na myśli fakt, iż w momencie skręcania zareagowałam zbyt późno i nie zdążyłam się mocniej chwycić przez co poleciałam w pięknym wprost stylu w tył. Powpadałam na kilkoro pasażerów kolejno się od nich odbijając i w rezultacie wylądowałam na kolanach jakiegoś młodzieńca. Ów młodzieniec spojrzał na mnie z dezaprobatą co momentalnie wyprowadziło mnie z równowagi. Jak on śmie patrzeć na mnie w taki odrażający sposób?! Zakręt się skończył jednak ja nie tylko nie wstawałam ale na dodatek zaczęłam patrzeć na chłopaka jak na robaka, którego przecież mogę tak łatwo zdeptać... - Rozumiem, że Ci wygodnie, ale może jednak pomyślałabyś też o innych? - wyrzucił z siebie z sarkazmem ten śliczny robaczek. Zauważyłam, że jest całkiem przystojny - brunet o stalowobłekitnych oczach. Jego kłaki układały się nad wyraz uroczo na tej jakże przemądrzałej główce... - Wygodnie? Na twoich kościstych kolanach? Jeszcze czego... - rzuciłam ironicznie po czym wstałam dając mu tym samym do zrozumienia, że po prostu działam z opóźnieniem. Dopiero po chwili doszłam do wniosku, że to jednak nie był najlepszy pomysł... - Od razu lepiej! Zamiast czytać te bzdurne kryminały patrzyłabyś lepiej przed siebie, piękna. - Piękna? Tobie chyba najwyraźniej zależy na popsuciu mi humoru doszczętnie... - rzuciłam zastanawiając się jednocześnie czy ze mnie kpił czy mówił serio. - A co? Skoro tak bardzo tego chcesz mogę mówić brzydka... - odparł tonem wyjątkowo lekceważącym. - Wole pierwszą wersję... ciekawe dlaczego...? A co do moich kryminałów to lepiej czytać to niż nic, zresztą one pobudzają szare komórki do pracy... Tobie by się przydało parę takich "kryminałowych" sesji... - Bardzo śmieszne ale chyba nie skorzystam, ja wolę książki naukowe... - Tak...? A jakie na przykład? - spytałam żywo zainteresowana tematem. O mojej złości do całego świata totalnie zapomniałam. - Różne, co mi wpadnie w łapy - odparł patrząc na mnie jakimś dziwnym wzrokiem w którym nie dostrzegłam ani śladu ironii ani niczego podobnego. - To znaczy, że powieści w ogóle nie czytasz? - pytałam dalej niczym dziennikarz albo detektyw. - Czytam i to nawet często ale raczej nie kryminały... wolę coś bardziej wartościowego... - Co coś przekazuje jak to się mówi? Stek bzdur i tyle. Jeśli człowiek chce to wszędzie znajdzie jakieś przesłania nawet w kryminałach. A jeśli komuś nie zależy to nie dostrzeże ich nawet w najwspanialszych utworach. Ja czytam ogólnie wszystko co uda mi się zdobyć. Nie tylko takie bzdety jak to. - Wiem, a z tamtym to może i masz trochę racji. Inteligentny człowiek zresztą sam większość tych "niby" przesłań wymyśli... - Co wiesz? - Że nie czytasz tylko kryminałów. - Skąd? - pytałam dalej nie zważając na nic. W międzyczasie zdążyłam przyjrzeć się mojej ofierze bliżej. Włosów niestety długich nie miał ale za to był ubrany całkowicie na czarno, miał kostkę i piękne, podrapane glany... - Widziałem nie raz jak się obracasz na tej rurce z książką w ręku... A tytuł nie tak trudno dostrzec... Chociaż niektórzy z nas nie zauważają nawet, że zakręt się zbliża... - Powiedziałabym raczej, że nie zakręt się zbliża tylko my do zakrętu ale skoro tak bardzo ci zależy... Podobno z wariatami nie należy się kłócić... - Nieźle – stwierdził, po czym się roześmiał. W tym samym momencie dostrzegłam, że właśnie odjeżdżaliśmy z przystanku, na którym powinnam wysiąść. - O cholera! - rzuciłam czując, że znowu daje o sobie znać mój jakże mile widziany pech. - Co się stało? - spytał zdziwiony chłopak. - Powinnam tam wysiąść... - wyrzuciłam z siebie czując, że znowu usłyszę jakiś wspaniały tekst. O dziwo nie myliłam się... - Mówiłem, że szczególnie spostrzegawcza to ty nie jesteś? No ale skoro tak to będziesz musiała trochę połazić po deszczu... No, chyba, że nie masz tam nic szczególnego do roboty? - Właściwie to nie mam, po prostu co sobotę jeżdżę nałogowo do centrum i dzisiaj również wyszłam z domu bardziej nawykowo niż z potrzeby... - To nie jest źle, możesz sobie…