Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

duchy · 22 min czytania

Mieszkanie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Masz pan tu klucze! Nasze rzeczy zabierzemy w ciągu kilku dni. Człowieku! Tu się nie da mieszkać! - grubasek niemal eksplodował. - Dobrze Jasiu, że nie przelałeś zadatku - równie korpulentna jak małżonek połowica krzykacza, mimo iż wyraźnie wystraszona, nie zapomniała o praktycznej stronie zerwania umowy. - Wszystko się tu sypie. Nawet prądu nie ma w łazience, trzeba sobie przyświecać latarkami. Andrzej był znudzony. Podobna sytuacja powtarzała się za każdym razem. - Przecież mówiłem, że mieszkanie jest do remontu. Meble są stare, może je pan spokojnie wyrzucić. - Co mi pan tu z remontami! To, że są stare to małe piwo, gorzej, że się same ruszają! Człowieku! Tu straszy! Tak, dobra, OK. Jędrek zmęczony przymknął oczy. Nie słuchał już tłuściocha. Nie był zaskoczony. Byłby nawet zdziwiony, gdyby się wreszcie udało. Machinalnie schował klucze do kieszeni. Zamknął drzwi za wystraszona parą. Słyszał ich cichnące kroki na schodach. Ciekawe dlaczego nie zjechali windą? Może jej też się bali. Nawiedzony blok z upiornym dźwigiem osobowym...Wszedł do pokoju. Wszędzie widać było ślady niemal panicznej ucieczki. Rozbebeszone śpiwory na łóżku, nie wypita kawa w szklankach, jakieś pokruszone ciasteczka. W kącie dwie otwarte turystyczne torby. W kuchni było nie lepiej. Zaczęli chyba jeść śniadanie. Na stole leżały jednorazowe talerzyki i sztućce, otwarte konserwy i słoik z ogórkami Niezły bajzel. Sprawa światła w łazience rzeczywiście była irytująca. Ilekroć zmieniał żarówkę - przepalała się. Widać gdzieś w instalacji było zwarcie. Para grubasów poradziła sobie zbierając z całego domu lampki i łącząc je istną plątaniną kabli i przedłużaczy. Andrzej mało się nie zabił zahaczając o jeden z nich. Zaczął sprzątać. Mieszkanie faktycznie było zaniedbane. Może nie tyle zaniedbane, co wymagające inwestycji. Problem leżał w tym, że Andrzej chciałby raczej zarobić na nim parę groszy, niż te grosze, na których mu zresztą nie zbywało, w nie ładować. Meble pamiętały lata pięćdziesiąte, a w najlepszym przypadku trącały następną dekadą. Ściany pokrywały archaiczne, wzorzyste papierowe tapety, jakimś cudem prezentując się nie gorzej niż w latach swej świetności. Andrzejowi to nie przeszkadzało. Uważał nawet, że ów wystrój miał specyficzny styl. Bez przykrości spoglądał na ciężkie kredensy i komody, okrągły stół na prawdziwie słoniowych nogach. Nieco mniej sentymentu czuł do ogromnej, rozchwierutanej szafy, ofornirowanej na wysoki połysk. To mieszkanie miało po prostu swój niepowtarzalny, naftalinowy charakter. Odziedziczył je po ciotce Leokadii. Było to dosyć zaskakujące wydarzenie. Właściwie nie była to jego prawdziwa ciotka. Była daleką kuzynką babki, piątą wodą po kisielu. Leokadia straciła męża i prawie całą rodzinę w powstaniu, jedyna córka umarła młodo. Osamotniona kobieta bardzo przywiązała się do przyszywanych krewnych. I vice versa. Jędrek uwielbiał przesiadywać u "ciotki Lodki". Spędził niezliczone godziny w mieszkaniu z widokiem na zielone wały i fosę Cytadeli. Właściwie nie powinien się dziwić, że trafił mu się nieoczekiwany spadek. Kochała go jak własne dziecko, a po za nim chyba rzeczywiście nie miała komu zostawić swego życiowego dorobku. Westchnął ciężko. Fajnie, że ciotka o nim pamiętała, ale miał z tego powodu więcej kłopotów niż pożytku. Próbował wynająć lub sprzedać dar, ale wszystkie próby kończyły się mniej więcej tak jak dzisiejsza. Nie bardzo wiedział co o tym myśleć. Coś musiało być na rzeczy, wszyscy chętni po najwyżej kilku dniach lub nocach, uciekali gdzie pieprz rośnie. Niestety administrator nie chciał czekać na czynsz do czasu znalezienia podnajemcy. Andrzeja nie stać było na utrzymywanie dwóch mieszkań. Pozbierał dobytek niedoszłych lokatorów w jedno miejsce. Poszedł do kuchni. Wstawił wodę. Pożyczył sobie herbatę od uciekinierów. Zapalił papierosa. Wrócił do pokoju. Popatrzył na ściany obwieszone zdjęciami w ozdobnych ramkach. To było wszystko, co z pozostało ciotce z przeszłości. W honorowym miejscu na komodzie, stało zdjęcie męża, tuż obok ich ukochanej córki, Magdy. Andrzej podniósł fotografię do oczu. Ta sama. Oglądał ją milion razy. Ładna. Wrócił do kuchni. W przedpokoju potknął się o swoje własne buty. Jak zwykle zostawił je tam gdzie zdjął. Jeden z kawalerskich nawyków. Dla porządku pchnął je nogą pod ścianę. Sięgnął do popielniczki. Papieros zgasł. Przyjrzał mu się z bliska. Nie zgasł. Był zgaszony. Bardzo dokładnie. Wręcz połamany. Co jest...Wczesne objawy miażdżycy? Posłodził herbatę. Podszedł do okna. Popatrzył ma soczystą zieleń Cytadeli. Kiedy był mały lubił obserwować wojskowe samochody, pojawiające się i znikające w tunelu Bramy Powązkowskiej. Kiedyś na jej terenie znajdował się wysokiego szczebla sztab wojskowy. Później miano tu przenieść Muzeum Wojska Polskiego, ale jak zwykle te plany gdzieś się rozmyły. Napił się herbaty. Tfu! Skrzywił się z obrzydzeniem. Cholera, jaka słodka! Nie przypominał sobie by ją dwa razy posłodził. Jednak skleroza. Odstawił szklankę na stół. Diabli nadali! Udało mu się rozlać trochę płynu na blat. Bezwzględnie musiał zapalić. Wypluł ulepek do doniczki. Po chwili namysłu tak samo postąpił z resztą naparu. Miał nadzieję, że fikus przeżyje tą gorącą słodycz. Coś cicho stuknęło w przedpokoju. Kogóż tam niesie? Nie spodziewał się gości. Odłożył papierosa na krawędź doniczki. Wyjrzał. Nic nie było słychać. Może ktoś za drzwiami... Nacisnął klamkę. Były Zamknięte. Zdziwił się. Był prawie pewien, że nie przekręcał zamka. Wyjrzał przez wizjer. Klatka była pusta. Postał chwilę pod drzwiami. Wzruszył ramionami. Odwrócił się i osłupiał. Mogło się zdarzyć, że zamknął wejściowe drzwi odruchowo, ale z całą pewnością nie postawił butów tak schludnie w szafeczce. Nigdy tego nie robił. Drgnął nerwowo. Kątem oka zarejestrował jakiś ruch. Jakby szybki cień odciął na chwilę dopływ światła wpadającego z pokoju na korytarz. Zamarł na moment. Nasłuchiwał. Nic. Oprócz szumu lodówki, stłumionego śpiewu ptaków za oknem i głośniejszego niż zwykle stukotu serca, panowała zupełna cisza. Nie było co tak stać. Wkroczył ostrożnie do pokoju. Wszystko wyglądało normalnie. Chyba dostawał głupawki z tego gorąca. Otarł dłonią czoło. Było nieludzko duszno. Skierował się w stronę balkonowych drzwi. Prawie do nich dochodził, gdy zahaczył o coś stopą. Poleciał bezwładnie do przodu. Na szczęście balkon był mały. Gdyby nie to, najbliższe tygodnie spędziłby u protetyka, a tak, przyjął energię zderzenia z barierką na łokcie. Przez chwilę zawisł do połowy wychylony na zewnątrz. Psiakrew, wysoko. Malowniczo wyglądałby rozmazany na betonowym podjeździe, otoczony klombami usianymi kolorowym kwieciem. Masując łokieć poszukiwał wzrokiem winowajcy. Znalazł. Stary antenowy przewód. Sam go tędy poprowadził całe wieki temu. Odbiór był tu zawsze kiepski, ale ciotka i tak rzadko oglądała telewizję. Dostawał szału próbując uzyskać jakiś w miarę przyzwoity obraz. Dziwne. Był pewien, że odłączył go od telewizora. Psiakrew, chyba naprawdę się Starzał. Dobra, co z tą herbatą. Pić mu się chciało. Masując łokieć popatrzył na stół... Przez moment miał zamiar założyć buty i wyjść. Po chwili jednak postanowił podjąć wyzwanie. Rozlana herbata została pieczołowicie wytarta, a szklanka stała na spodeczku użycie którego nawet nie przyszłoby mu do głowy. Gdzieś zniknął też papieros zostawiony w doniczce. A, jest. Leżał grzecznie obok brata bliźniaka, w popielniczce. OK, trzeba będzie coś z tym zrobić - pomyślał.

Postanowił nie wracać do domu. Robiło się późno, a do pracy miał stąd nawet bliżej. Bezceremonialnie zepchnął na podłogę śpiwory strachliwej pary. Znalazł poduszkę i parę koców. Zapadający letni zmierzch pogrążał w cieniu coraz większe fragmenty pokoju. Przez chwile zastanawiał się, czy nie zostawić gdzieś zapalonego światła, ale w końcu postanowił po męsku stawić czoła nieznanemu. Zagrzebał się w swoim barłogu. Myślał, że nie będzie mógł usnąć, lecz już po chwili poczuł jak ciążą mu powieki. Na granicy snu usłyszał dobiegający z łazienki hałas. Uśmiechnął się rozbawiony. Znał ten odgłos. Było to uderzenie opadającej deski klozetowej. Nigdy jej nie opuszczał. To kolejny z przywilejów kawalerskiego życia.

Obudziły go szepty. Wsłuchiwał się w nie, nie do końca obudzony, oszołomiony snem. Otworzył oczy. Obserwował sufit przez półprzymknięte powieki. Pływały po nim niewyraźne, ruchliwe cienie. Przez dłuższą chwilę próbował się zorientować gdzie jest. Aha, już wiedział... Zmarzł. Podciągnął koc pod brodę. Od balkonu ciągnął zimny podmuch. Andrzej zostawił otwarte drzwi przed snem; wtedy było duszno i gorąco. Nie chciało mu się wstać by je zamknąć. Wiatr szarpał firanką. Podfruwała niemal pod powałę. Podświetlane ulicznymi latarniami, targane podmuchami liście, rzucały migotliwe refleksy na ściany. Zamknął oczy. Przetaczając się leniwie na bok, spojrzał przelotnie w kierunku balkonu. Zamarł. Firana przestała się szarpać. Falowała lekko. Mimo hulającego wiatru zwisała całkiem pionowo. Dziwne... Zaniepokoił się naprawdę, gdy zobaczył jak wybrzusza się i układa w sposób zupełnie nienaturalny. Wyglądała jakby ciasno opinała ciało ukrytego za nią człowieka. Szepty zaczęły się wzmagać. Nie były już subtelne, raczej natarczywe i niepokojące. Stawały się głośniejsze niż odgłosy wiatru z zewnątrz. Nagle ażurowy materiał uniósł się, jakby zsunął się po ukrytej pod nim sylwetce. Zimno stało się wręcz przenikliwe. Andrzej zdumiony obserwował chmurkę pary wydobywającą mu się z ust. Firanka opadła, nie widział jej teraz wyraźnie. Mrugnął oczami. W szczycie łóżka coś stało. Ciemny, zwiewny kształt, stworzony z mglistych kłębów, pływających łagodnie w zimnych podmuchach. Migotliwe światła ulicy przeświecały przez niego, delikatnie przyćmione. Fantom zbliżył się posuwiście do nóg Andrzeja. Stał przez chwilę, po czym zaczął płynąć nad łóżkiem w jego stronę. Jędrek nie był przestraszony, raczej był pewien, że właśnie siwieje w skrajnym przerażeniu. Schował twarz pod koc. Gdy po chwili wyjrzał, niemal wrzasnął w panice. Tuż nad jego twarzą pływało i falowało... No właśnie... Coś. Szara masa, kłębiąca się jak delikatnie wydychany dym papierosowy. Przymrużył oczy. Nie, nie zdawało mu się. Na granicy widzialności błyskały w niej maleńkie, prawie niedostrzegalne ogniki. Nie wiedzieć czemu te rozbłyski zupełnie go uspokoiły. Było w nich coś wyciszającego, rozkosznie kojącego. Niemal hipnotyzującego. Bezkształt powoli osunął się na niego. Ogarnął go natychmiast nieznośny chłód; czuł jak szron osiada mu na brwiach i rzęsach. Zaczął się trząść. Naraz z lodowatej chmury…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Mieszkanie — czytnik · opowiadania