Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 23 min czytania

Milczeć...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

MILCZEĆ......

Szedł wąską uliczką, spuściwszy lekko głowę. Starał się nie widzieć śmierdzących odpadków poniewierających się na chodnikach i przy krawężnikach. Wiatr beztrosko rozrzucał na wszystkie strony stery śmieci, resztki opakowań po-czymś-tam, strzępy gazet, pety i stare, zeschnięte liście. Ze zdziwieniem uświadomił sobie ich obecność i ostrożnie uniósł głowę. Rzeczywiście. Wzdłuż wąskiej i zaplutej uliczki stały rzadkim szeregiem drzewa. Teraz, w szybko zapadającym zmroku wyglądały fatalnie. “Jeszcze gorzej niż za dnia” – pomyślał ze złośliwą ironią, skierowaną przeciw...przeciw wszystkiemu, co go otaczało. Przeciw ołowianemu niebu, zarzyganym chodnikom, zapleśniałym ścianom budynków z liszajowatymi plamami wilgoci, przeciw zimnemu wiatrowi i przeciw ludziom, którzy od czasu do czasu mijali go. Mieli puste twarze, o oczach zdegenerowanych chamstwem, brutalną siłą i prawem pięści. Niektóre twarze patrzyły na niego nieco uważniej, dwie czy trzy chciały go wyraźnie zaczepić, ale szedł szybko, nie oglądał się i po krótkiej chwili twarze rezygnowały. Przechodził właśnie obok jednej z wielu bram, która w gęstniejącym mroku wyglądała jak tunel kolejowy. Kiedy mijał wejście, owiał go smród moczu, ekskrementów i rzygowin, którym przesiąknięte były ściany bramy. Poczuł raczej niż zobaczył jakiś ruch wewnątrz . Albo jakiś pijak, albo para, która z braku kawałka czystego miejsca przeżywa szał seksualnego zbliżenia w ciągu dziesięciu sekund. Albo ktoś z nożem w plecach, kto usiłuje wyczołgać się na ulicę. “Nikt ci tu nie przyjdzie z pomocą. Masz problem? Radź sobie sam. Tfu!” – Splunął z nagłym obrzydzeniem – “Co za kurewska uliczka!” Czerwone światło zatrzymało go gwałtownie. Przestępując z nogi na nogę czekał potulnie, aż zapali się zielone, choć nie jechał żaden samochód. Gliniarze byli tu nerwowi i cholernie szybcy w wyciąganiu pałki. Tuż za sobą, kątem oka zobaczył ruch. Złe przeczucie ścisnęło mu serce, ale nie zdążył nawet mrugnąć, gdy poczuł na ramieniu dotyk czyjejś ręki. Starał się zignorować zaczepkę, ale właściciel dłoni przechylił się nieco i wychrypiał: - Kopsnij szluga, koleś. Wraz z oddechem mówiącego buchnęła na niego cała gama smrodu z mijanej dopiero co bramy. “Więc to był on” – zdążył jeszcze pomyśleć, gdy wargi same ułożyły się i z ust wyrwały się słowa: - Ja...ja nie palę...proszę pana... Straszna, krostowata twarz odsunęła się odrobinę i nagle nieznajomy wybuchnął rechotliwym śmiechem. Przerażający odór, jaki bił od niego, porażał jak napalm, powalał na kolana. Zabłysło zielone światło. Chciał skorzystać z okazji i przejść na drugą stronę ulicy, ale krostowaty ścisnął go mocniej. Rękę miał taką, jakby od dziecka bawił się w zginanie podków. – Zara – warknął – chono tu na kwile. Pociągnął go w stronę załamania muru, gdzie cień rzucany przez wystające fragmenty budynku był szczególnie głęboki. Wiedział, że nie ma się nad czym zastanawiać. Gwałtownie wyrzucił prawą nogę do przodu, celując w podbrzusze przeciwnika. Krostowaty z wprawą udaremnił atak. Gorąca, aż parząca fala bólu przebiegła od kolana do stopy. Po czterech strasznych ciosach, które dla krostowatego stanowiły najwyraźniej dopiero rozgrzewkę, krztusząc się krwią z rozbitego nosa i popękanych warg, oddał portfel. Później postarał się jak najdokładniej zrealizować komendę krostowatego, aby “spierdalał stąd w podskokach”, choć z powodu dojmującego bólu brzucha, w który zainkasował dwa potężne ciosy, nie przyszło mu to łatwo. Biegnąc do domu, myślał tylko o jednym. Mariola wyjechała na dwa dni, więc będzie sam, nareszcie całkowicie wolny.

10.......

Słońce grzało niemiłosiernie, a kurz, podnoszony przez tysiące stóp wciąż wwiercał się w nos, pokrywał cały stragan grubą warstwą, osiadał nieprzerwanie na turbanie, na burnusie. Uśmiechnął się nieznacznie: chociaż pochodził z zupełnie innych stron, kochał to miejsce i absolutnie nie przeszkadzał mu ani kurz, ani słońce, ani cokolwiek innego. Chwilę później zobaczył Ich. Już z daleko było widać, że to turyści. Szli wolno, jakby od niechcenia, uważnie rozglądali się na boki. Raz po raz, wyciągniętymi rękoma pokazywali sobie coś nawzajem. Drugie mieli splecione w mocnym uścisku. Nawet z tej odległości widział na przegubie Jej dłoni cienką, chyba srebrną bransoletkę. Nagle, z niezachwianym przekonaniem, zdał sobie sprawę, że na pewno podejdą do niego.

9.......

Resztką sił dotarł do mieszkania. Otworzył pośpiesznie drzwi i wtoczył się do środka, zatrzaskując je jednym, mocnym pchnięciem. Klucze rzucił w róg przedpokoju i tak jak stał, w butach, w pokrwawionym płaszczu, wszedł do pokoju. Padł bez sił na fotel i skulił się najciaśniej, jak tylko mógł.

8.......

Rozpiął wszystkie guziki i włożył ręce do kieszeni, aby przytrzymać rozchodzące się poły płaszcza. Wiał lekki wiaterek, który przyjemnie chłodził twarz. “Jaka piękna pogoda” – skonstatował w duchu, patrząc z przyjemnością na wąską wprawdzie, ale zadbaną uliczkę. Po jezdni wolno toczyły się lśniące samochody o opływowych kształtach. Lubił się im przyglądać. Smukłe linie cieszyły wzrok, miały w sobie coś nieodparcie pociągającego, działały na niego tak, jak widok nagiej kobiety na erotomana. Nagiej, z delikatnym łańcuszkiem na szyi, albo przeźroczystym muślinem wokół bioder. “Perfekcyjna doskonałość zabija wyobraźnię” – pomyślał. Lubił tę uliczkę. Chodniki tchnące świeżością, zadbane drzewa eksplodujące natarczywą zielonością, ten klimat spokoju , ładu i bezpieczeństwa. Nieodmiennie wprawiało go to w doskonały humor. Dostrzegł znajomych, skłonił się lekko, poczym znów utkwił wzrok przed sobą, obserwując delikatną architekturę budynków, które zbiegając się w perspektywie, tworzyły jeden, doskonale zaprojektowany ciąg. Znajomi odkłonili się i przeszli dalej. Był im za to wdzięczny, chciał być teraz sam i spacerować po “swojej uliczce”.

7.......

Czuł się jakby był cały połamany, nic dziwnego zresztą: pół nocy spędził siedząc w kucki na podłodze, z nienaturalnie wykręconą głową, którą oparł o poręcz fotela i w tej pozycji już zasnął. Bolał go nos, żołądek pulsował bolesnym rytmem, a wokół oka nabrzmiała opuchlizna, która z pewnością nabrała już niezdrowego, sinego koloru. Przekręcił z wysiłkiem głowę, był gotów przysiąc, że wyraźnie usłyszał przy tym przeciągły skrzyp, jak przy otwieraniu źle naoliwionych zawiasów. Chwilę wpatrywał się bezmyślnie w zegar, zanim uświadomił sobie, która jest godzina. Do szkoły było już za późno. “A, chromolę ten cały syf” – pomyślał. Było mu już wszystko jedno. Tadek może wykombinuje jakieś zastępstwo. Dyrektor będzie się na pewno wściekał. “Niech mnie pocałuje w dupę!” – pomyślał w nagłym przypływie wściekłości na otaczającą go rzeczywistość. Dowlókł się do kuchni, gdzie wypił całą butelkę wody mineralnej. Później wrócił do pokoju, padł na fotel i przytulił się do obicia. Było takie miękki i przytulne.... Ze snu wyrwał go ostry dźwięk dzwonka. Klnąc półgłosem, przysunął telefon bliżej siebie i podniósł słuchawkę: - Słucham? – Warknął. – Alfred? No, stary, co jest? Dlaczego nie przyszedłeś? Dyrektor lata jak opętany. Mógłbyś przynajmniej uprzedzić, zadzwonić rano, czy coś..... – Tadek, przepraszam, ale wiesz, fatalnie się czuję... – Pochlałeś? No tak. Mariolki nie ma w domu, nareszcie masz trochę luzu, co? – Nie, tak ogólnie, później ci wytłumaczę – opowiadanie teraz wczorajszej przygody przerastało jego siły. – Jak chcesz. Ale lojalnie ci mówię: ostatni raz dałem się wrobić w taki numer. I uważaj: dyrektor na pewno do ciebie zadzwoni. Jeszcze dziś. – Dobra, dzięki, pogadamy później, cześć. Z ulgą odłożył słuchawkę. Dyrektor! Wściekły! Aaa, tam! Będzie się przejmował jakimś palantem. Przytulił się do fotola i kilka minut później znowu spał.

6.......

Widział Ich dokładnie, stali jakieś piętnaście metrów od niego. Ona miała piegowaty, lekko zadarty nos i niesamowite oczy o kolorze ametystu, On małą szramę na policzku. Cała twarz była czerwona od gorąca, ale blizna pozostała bielutka i natrętnie odcinała się od tła. “Jeszcze jeden ślad” – pomyślał. Kobieta odgarnęła z czoła niesforny kosmyk włosów, który przykleił się do spoconej skóry i pociągnęła towarzysza w lewo. Mężczyzna powstrzymał Ją delikatnie i chwilę mówił coś, kręcąc przecząco głową. W końcu jednak dał za wygraną, machnął z rozbawieniem ręką i dał się prowadzić kobiecie. Powoli zmierzali w stronę straganu.

5.......

Postanowił w ogóle rzucić szkołę. A na cholerę mu to?! Ma się męczyć? Za co? Dla kogo? Te głupie bachory, ten perfidny system przymusu odpracowania stypendium, które wziął dziesięć lat temu. O, nie! Żeby ten spaślun dyrektor mógł go poklepać po plecach i protekcjonalnym tonem powiedzieć: “Dobrze, kolego. Jestem z pana zadowolony”? I to w ten sposób, w jaki treser mówi do małpy, nakłaniając ją do jakiejś sztuczki, a w ręku trzymając banana? Do diabła z tym! Dyrektor zadzwonił około jedenastej. Alfred był już zdecydowany, ale szorstki głos z drugiej strony słuchawki odebrał mu pewność siebie. - No, co tam, panie Alfredzie? Już drugi dzień pana nie ma! Co pan sobie wyobraża!? – Eee... właśnie, panie dyrektorze. Właśnie, no...wracam z pogrzebu...niespodziewanie, tak...zupełnie niespodziewanie umarła mi babcia i właśnie... – Panie Kowalski! Czy pan robi ze mnie idiotę?! A może z siebie? Ile tych babć pan ma? W ciągu dwóch miesięcy uśmiercił pan już trzy. Ta jest czwarta. Czy pan ma po kolei w głowie? – Nieee...to znaczy tak, a właściwie... to znaczy, pogrzeb był ciotki, tylko, że to ciotka od strony matki, a jak pan wie... - Nie wiem!! – dyrektor ryknął. Musiał być nieźle zdenerwowany. Ten krzyk otrzeźwił go. “Co? Będziesz na mnie wrzeszczał, ty zakazana mordo!? – pomyślał z mściwą satysfakcją, bo już wiedział co będzie dalej. - Natychmiast ma pan przyjść do szkoły! Bo jak nie... – dyrektor zawiesił znacząco głos. Alfred tylko na to czekał. – Wiesz co, Mundek? – jak świat światem, nikt nie słyszał, żeby do dyrektora ktoś zwracał się w ten sposób, a Alfred powiedział to specjalnie ciepłym i pogodnym tonem. – Pocałuj ty mnie w dupę, dobrze? Zapadła długa i nieskazitelna cisza. “A może już kojfnął na serce?” – zastanowił się, nie bez złośliwej uciechy. – Cooo, co pan powiedział? – Zduszony charkot w niewielkim stopniu przypominał głos dyrektora. – Co jest, Mundek? Na uszy ci się rzuciło? Mam ci to wysłać mailem? – Pan...pan jest...ja pana... – Spokojnie, Mundek. Zapowietrzyłeś się. Wszystko przez ten pośpiech. Przełknij trzy razy ślinę i zacznij jeszcze raz. No, śmiało, poczekam. – Ja...ja...zwalniam pana! – A zapytałeś mnie, czy się zgadzam? A, zresztą, tym razem ci daruję. – Pan jest pijany. – Głos dyrektora wracał powoli do normy. Słychać było, że odzyskuje panowanie nad sobą. Westchnął. Dyrektor zaczynał reagować stereotypowo. Zabawa się skończyła. Nic nie mówiąc, odłożył delikatnie słuchawkę na miejsce i jeszcze przez chwilę wpatrywał się w nią, jakby miała przemówić ludzkim głosem. Albo głosem dyrektora. O, Boże, co za gówniany świat.

4.......

Dzieciaki wrzeszczały jak sto diabłów, ale nie przeszkadzało mu to zupełnie. Patrzył z pobłażliwa sympatią jak się popychają, przewracają, wściekają. Nieledwie ojcowskim okiem spoglądał na smarkaczy, którzy

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%