Akcja · 8 min czytania
Milka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
[b]Milka[/b]
Kaa-bum. Kaa-bum. Monotonny rytm skanera usypiał Wojtka. Kaa-bum i pudełko lądowało na palecie. Kaa-bum i następne. Nie musiał patrzeć. Dźwięk skanera kierował nim, jak gwizdek sędziego zawodnikami na boisku. Czasami wyczuwał palcami niedomknięte pudełko, zamykał je machinalnie i podsuwał pod elektroniczne oko maszyny. Kaa-bum, mówił skaner i było w tym głosie coś głęboko kojącego, zapewniającego bezpieczeństwo, dającego sens światu. Wojtek czuł, że gdy skaner zamilknie, nastąpi Apokalipsa.
Dzwonek. Ostrzeżenie, że kończy się jedna i zaczyna kolejna warstwa tekturowych opakowań. Rzutem oka zweryfikował sygnał maszyny i szerokim ruchem całego ciała, tanecznie, przykrył pudełka płaskim prostokątem szarego kartonu. Przyglądał się chwilę równej powierzchni z satysfakcją polerującego posąg rzeźbiarza. Lubił tę część taśmy, jej ogon, wypluwający na paletę gotowy produkt. Układanie na niej schludnych, kolorowych kartonów miało w sobie coś finalnego, kończącego cykl pracy fabryki. Po długim procesie programowania i testowania, zamknięte w nich telefony komórkowe jechały do Włoch, Francji, Szwecji, Wielkiej Brytanii. Wojtek był ostatnim człowiekiem z fabryki, który dotykał błyszczących opakowań, kładł na nich palcami pożegnalny stempel.
Zadowolony wrócił do monotonnego głosu skanera i oglądania Milki.
Milka nudziła się jak mops. Nie to, żeby nie miała nic do roboty. Tak jak Wojtek, robiła swoje. Sprawdzała zawartość pudełek, zamykała, przesuwała do Wojtka. Inspekcja jakościowa w żargonie fabryki, a właściwie tylko rzut oka, czy wszystko zostało spakowane. Bateria gruba, bateria cienka, instrukcja obsługi, ulotka reklamowa, gwarancja, ładowarka, kabel do komputera, słuchawki. No i oczywiście telefon, bez tórego cała reszta byłaby nieprzydatnym nikomu badziewiem. Ciągle to samo. Rozpaczliwa nuda. Do końca tygodnia jeszcze dwa dni. Żeby chociaż ten Polak nie zamykał się tak w swoich myślach. Mógłby przecież powtarzać to, co powiedział jej w poniedziałek. Że jest piękna i mądra.
Część 22 / 2
Milka nie nazywała się Milka. Miała na imie Mulkiya, z dwoma kropkami nad u, jak niemiecki Umlaut, ale wymawiało się to inaczej, tak pokrętnie, że język zwijał się w spiralę. Inaczej, niż w niemieckim, inaczej, niż w jakimkolwiek ludzkim języku. Wojtek był przekonany, że turecki się do nich nie zaliczał, a Holendrzy chyba podzielali jego zdanie, gdyż wszyscy wołali na Mulkiyę Milky. Na swój prywatny użytek Wojtek spolszczył jeszcze Milky na Milkę. Przypatrywał sie jej wiele razy w ciagu dnia podziwiając trafność przezwiska. Bo też Milka była jak wielka tabliczka mlecznej czekolady. Z orzechami i rodzynkami. Równie dorodna i smakowita.
Wielkie, brązowe, sarnie oczy Orientu wydawały się wypełniać pół twarzy, a półkoliste cienie, schodzące do połowy nosa, czyniły je jeszcze większymi. Brwi były czarne, obfite, prawie zrośnięte, podpierające wysokie czoło regularnymi łukami. Włosy, grube i gęste, w połowie koloru miedzi, w połowie czarne, związane różową wstążką w koński ogon, lśniły w świetle fabrycznych jarzeniówek. Wojtek nie umiałby powiedzieć, która połowa była farbowana, która naturalna. Niewielki, zgrabny nos, krągły podbródek i pełne, lekko pociągnięte karminem wargi dopełniały obrazu Milki-piękności Wschodu, Milki-nimfy.
Miała brzoskwiniową skórę. Nie pokrytą pudrem, nawet nie opaloną. Naturalnie brzoskwiniową. Tryskającą zdrowiem i świeżością. Ręce i usta mężczyzn same się do niej wyciągały, tak jak ręce i usta spragnionych do chłodnego źródła. Pokryte cienką warstwą różu policzki dawały twarzy Milki nutkę perwersji i zachęty.
Piękno Milki poruszało w Wojtku pokłady wrażliwości, rywalilizując o lepsze z chucią, jaką budziły jej kształty.
Była wysoka, prawie wzrostu Wojtka. Wszędzie jej coś sterczało. Z…