Fantastyka · 7 min czytania
Miłość dosięga nawet bogów
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Noc bezsenną mam dziś - zatęsknioną. W zamyśleniu rozmawiam z Księżycem; Liczę dni, godziny, minuty... i sekundy - sekundy też liczę.
Wszystko wydarzyło się późnym wieczorem, na przełomie września i października Roku Pańskiego 2004 na opustoszałej drodze międzystanowej numer 684 niedaleko hrabstwa Westchester w stanie Nowy Jork. Miałem za sobą naprawdę parszywy dzień i cieszyłem się, że wreszcie dobiega końca. Z chwilą kiedy dostałem od niej tę pamiętną wiadomość byłem już cokolwiek daleko od tego całego wielkomiejskiego zgiełku. Napisała, żebym się trzymał, że będzie dobrze i inne pierdoły tego typu, które mówi się, kiedy chce się kogoś dobić albo nie ma się nic więcej do powiedzenia. Jeżeli gdzieś tam, w okolicach splotu słonecznego, tliła się we mnie jakaś zagubiona iskierka nadziei, to dogasła w ułamku sekundy. Wyjąłem ręce z kieszeni. Wciąż czułem ciepło naszych splecionych dłoni. Ktoś kiedyś napisał, że najfajniejsze w trzymaniu się za ręce jest to, że po chwili zapominasz, która dłoń jest twoja. Mimo, iż minęła zaledwie godzina, kiedy to w pośpiechu opuszczałem jej mieszkanie, to powoli gdzieś umykało mi to uczucie. Obok mnie przejechał jakiś zabłąkany rowerzysta, który szeptał coś pod nosem. Nawet nie zauważyłem, że mam niezasznurowane buty. W ogóle był to taki zwariowany wieczór: zimno jak diabli, przydrożnych latarni jak na lekarstwo, a ilekroć człowiek wchodził w jakiś zakręt, miał wrażenie, że znika. Gdzieś w oddali rozległo się szczekanie psa. Na tle tej prawie już zimowej ciszy jego głos, zwielokrotniony przez echo i strach, rozbrzmiewał jak ogromny gong. - Zapewne ktoś wraca właśnie do domu – pomyślałem w duchu. Odetchnąłem głęboko i przyśpieszyłem kroku. Było już dobrze po 23-ej, a ja miałem przed sobą jeszcze spory kawałek drogi. Zza chmur nieśmiało wyłaniał się księżyc. Była pełnia. Zatrzymałem się i usiadłem pod monumentalną sekwoją. Odruchowo zapaliłem papierosa. Płomyk błysnął spod sfatygowanej przykrywki mosiężnej zapalniczki. Przyglądałem mu się przez dłuższą chwilę. Marzyłem, że jakiś przyjazny dżin zmaterializuje się z chmury wirującego dymu i przekaże mi jakąś dobrą nowinę. Wtem usłyszałem niezwykle osobliwy dźwięk. Jakby odgłos pękających pneumatycznych kości. Moim oczom ukazał się małych rozmiarów człowiek, o posturze małpy kataryniarza, który, jeżeli przyjrzeć mu się dokładnie, to przypominał starego Chińczyka, wyjętego rodem z bazaru w Chinatown. W blasku księżyca wydawał się świetlisty i upiorny, jakby spowijało go zimne, naelektryzowane futro. Spojrzałem w dół na jego nagie stopy. Były żółte. Obdarzył mnie uśmiechem właściciela podejrzanego baru, witającego regularnego klienta. - Wielkie Jabłko – wycedził przez zęby. Mówił niezbyt wyraźnie, ale za to z widocznym przejęciem. - Przepraszam? - No, Wielkie Jabłko – zdziwił się – tak tubylcy mówią na Nowy Jork. Nie wiedziałeś? - Nie – odparłem łamiącym się ze strachu głosem – w zasadzie to nie jestem stąd. A tak właściwie to kim jesteś, jeśli można zapytać? Po chwili namysłu, odparł z wyczuwalną nutą samozadowolenia: - Jestem, czym będziesz, a czym jesteś byłem. Nie od razu dotarł do mnie sens tego, co powiedział. Bardziej niepokoił mnie jego zaczepny