Romans · 33 min czytania
Miłość, football i dobre jedzenie cz. I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
ROZDZIAŁ 1: ¡BIENVENIDO A MADRID!
- Mówi kapitan Bronisław Kowalski. Witam państwa ponownie, właśnie wylądowaliśmy na lotnisku Madryt-Barajas. Mamy godzinę dziesiątą piętnaście, temperatura na zewnątrz wynosi trzydzieści pięć stopni Celsjusza. W imieniu swoim i całej załogi dziękuję państwu za lot i życzę miłego pobytu w Hiszpanii. Płynący z głośników głos pilota zagłuszyły oklaski większości pasażerów samolotu. Ja akurat nie klaskałam, zbyt zajęta siłowaniem się z uparcie zaklinowanym zapięciem pasa bezpieczeństwa. Gdy w końcu się uwolniłam, duża część osób już stała i powoli zaczęła wyjmować swoje bagaże ze schowków na górze. - Gotowa? – usłyszałam podniecony głos Magdy, swojej najlepszej przyjaciółki. Kiwnęłam głową i Magda podała mi torebkę, swoją szybko zarzuciła na ramię. Po chwili powoli szłyśmy już do wyjścia, żegnane przez uśmiechnięte stewardessy w niebiesko-białych mundurkach. Weszłam na schodki i od razu uderzyło mnie parne powietrze, musiałam też zmrużyć oczy przez silne słońce. Stanęłam na płycie lotniska i poczułam, jak robi mi się piekielnie gorąco, mimo, że ubrana byłam w rybaczki i bluzkę na ramiączkach. A cienia na takim odsłoniętym terenie próżno było szukać. Gdy już autobus podwiózł nas do wejścia na terminal i kiedy załatwiłyśmy odprawę oraz odebrałyśmy bagaż, Magda poleciała do toalety, więc, chcąc nie chcąc, usiadłam na metalowej ławce i pilnowałam naszych bagaży. W hallu było na szczęście przyjemnie chłodno, z radością przyglądałam się przez chwilę jego fikuśnemu, futurystycznemu, żółtemu sklepieniu i zabieganym osobom przelewającym się w tłumie. Moja mama zawsze twierdziła, że spokojne siedzenie i obserwowanie ludzi ją odpręża, i musiałam uznać, że miała rację. Naprawdę cieszyłam się z faktu, ze jestem w Madrycie. Może w końcu w moim życiu zacznie się coś dziać, bo do tej pory było nudne, szare i ponure jak pochmurne, zimowe, polskie dni. Wszystko niby było tak, jak powinno być: skończyłam studia, miałam świetną rodzinę i przyjaciół, ale brakowało mi czegoś, co nadałoby sens tej mojej egzystencji, popychało do przodu. Naprawdę miałam nadzieję, że wreszcie zaświeci mi w życiu hiszpańskie słońce, które przyniesie nadzieję. Chociaż… czy było po co się łudzić? Czy robienie sobie nadziei miało sens?
Z rozmyślań wyrwał mnie płacz małego chłopca, który trzy metry obok stłukł kolano. Nim jednak podbiegła do niego zdenerwowana matka, wróciłam do swoich spraw. Wyjazd do Madrytu był nagłym impulsem. Magda, moja przyjaciółka jeszcze z gimnazjum, zadzwoniła tydzień temu i oznajmiła, że jej zwariowana ciotka z Hiszpanii jedzie na szaloną, miesięczną podróż po Afryce, i zostawia mieszkanie, którym ktoś musi się w tym czasie zająć. Padło na nią, więc zaproponowała mi wspólne wakacje w Madrycie. Nie widziałam powodu, by się nie zgodzić, właśnie obroniłam magistra z biologii, a żadnej konkretnej pracy, poza dorabianiem w księgarni, jak na razie nie znalazłam. Poza tym miałam odłożone trochę pieniędzy. Na szczęście nie musiałyśmy płacić rachunków, bo ciotka Magdy w zamian za opiekę nad mieszkaniem pozwoliła nam mieszkać ten miesiąc za darmo. Magda szybko wróciła, oczywiście szeroko uśmiechnięta. W przeciwieństwie do mnie zawsze była pewną siebie optymistką, upartą i nie przejmującą się błahostkami. Od zawsze tego jej zazdrościłam, podobnie jak figury, długich, ciemnych włosów i naturalnie opalonej skóry. Można powiedzieć, że byłam przeciwieństwem Magdy: od zawsze blada, z ciemnoblond włosami, które ani nie były proste, ani nie układały się w ładne loki, i z okularami. Jeśli chodzi o to ostatnie, to gdy byłam nastolatką bardzo ten fakt mi przeszkadzał, ale ostatnio na szczęście niektóre modele oprawek, jak na przykład „kujonki”, stały się modne, więc przestałam się przejmować. Chociaż nie na tyle, by nie mieć w zapasie szkieł kontaktowych, które głównie zakładałam na wieczorne wyjścia do miasta, pubu czy na imprezę. Ale parę rzeczy u siebie lubiłam. Na przykład duże, piwne oczy, ładną cerę czy gęste włosy, które po potraktowaniu prostownicą czy lokówką wyglądały nawet sensownie.
Nie bez trudności zdołałyśmy zataszczyć walizki na postój taksówek przed lotniskiem. Dorwałyśmy jedną z wielu, biały samochód z czerwoną kreską na przednich drzwiach. - ¡Buenos días damas! – powitał nas wesoło śniady kierowca w średnim wieku, z wielkimi okularami przeciwsłonecznymi od Versace, najprawdopodobniej podróbką. - Buenos días – odpowiedziałyśmy, po czym Magda kontynuowała już do angielsku: - Chciałybyśmy się dostać do Alcobendas, na Calle del Camino Nuevo. - Się robi! – kierowca odpowiedział, po czym wysiadł i pomógł nam zapakować walizki do bagażnika. - To skąd to señoritas są? – zapytał z akcentem, gdy wyjechaliśmy na główną ulicę. - Z Polski. - A, Polonia! No tak, a señoritas wiedzą, że my tu kochamy Polki? – zachichotał, poprawiając lusterko ręką, na której lśnił wielki złoty zegarek. - Coś nam się obiło o uszy – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem, zastanawiając się czy to też podróbka, czy hiszpańscy taksówkarze naprawdę dość dobrze zarabiają. Najprawdopodobniej to pierwsze. Przez jakiś czas jechaliśmy przez dość nudną i jednostajną okolicę z gdzieniegdzie pojawiającymi się zabudowaniami, po czym wjechaliśmy w jakąś dzielnicę pełną domków willowych z basenami. - O kurczę… - wyrwało się po polsku Magdzie, gdy przyglądała się rezydencjom. Kierowca jej nie zrozumiał, ale zorientował się, że jest zdziwiona. - Jesteśmy teraz w La Moraleja. To takie nasze Beverly Hills – wyjaśnił w momencie, gdy wyprzedzała nas jakaś limuzyna. – To w sumie dość duża dzielnica, mieszkają tu też VIPy, na przykład znani piłkarze, jak Victor Cristian Fernandez. No i są tu pola golfowe. Magda dalej gapiła się z otwartymi oczami na mijane rezydencje, jakby miała nadzieję, że zobaczy Victora Cristiana Fernandeza wsiadającego do swojego najnowszego porsche. Stłumiłam śmiech, po czym popatrzyłam na szalik i plakietkę z przodu. - Jest pan kibicem? - Si, si – pokiwał głową. – Real Madrid. Wczoraj wygrali, widziały to señoritas? Po paru minutach opowiadania o jakimś ważnym ostatnim ligowym meczu taksówkarz zatrzymał się przed apartamentowcem o rdzawych ścianach, z wielkimi oknami i szerokimi, białymi balkonami. - No, fiu fiu! Nie wiedziałam, że ciotula ma tutaj takie mieszkanko – wyszeptała Magda, wysiadając i obejmując wzrokiem blok. - Nie? – zapytałam zdziwiona, stając obok niej. - Wiesz przecież, że kuzynka mojej mamy zawsze była trochę hm… specyficzna, mało kontaktowała się z rodziną, właściwie to tylko z nami. Nie wiedziałam co na to odpowiedzieć, więc zapytałam czy ma klucze. - Jasne, że mam – wyjęła klucze z torebki, po czym zwróciła się do taksówkarza: - Gracias señor. Ile się należy? Wymienił sumę, szybko mu zapłaciłyśmy, po czym wyjął nasze walizki, pokłonił się teatralnie i odjechał. - No to idziemy. Przeszłyśmy przez obsadzoną zielonymi cedrami alejkę, po czym Magda wbiła przy wejściu jakiś kod i weszłyśmy do chłodnego hallu z marmuru. Wspięłyśmy się na piętro po polerowanych schodach z ciemnego marmuru i po chwili stałyśmy już przed drzwiami mieszkania numer cztery. Magda przekręciła klucz i weszłyśmy do środka, rozglądając się zadziwione po urządzonym z gustownym przepychem przedpokoju. - O kurcze! Widzisz to, Anka? – pisnęła do mnie przyjaciółka, po czym zniknęła za rogiem korytarza. Niewiele myśląc otworzyłam pierwsze lepsze drzwi. Łazienka. Weszłam do środka, gapiąc się na swoje odbicie w wielkim lustrze. - Którą chcesz sypialnię? – usłyszałam. - Obojętne! – odkrzyknęłam, oglądając wielką wannę z hydromasażem. - OK! To ja biorę niebieską, a ty weź tą żółtą. Zwiedzałam dalej. Mieszkanie cioci Magdy okazało się apartamentem z długim hallem, wielką kuchnią, dwoma obszernymi sypialniami, luksusową łazienką i przestronnym, jasnym salonem. Okna w całym mieszkaniu biegły od ściany do sufitu, a balkon i pokoje przystrajały girlandy kwiatów. Pomieszczenia były jasne, a meble nowe i wygodne. Wróciłam do hallu, dziwnie się czując w takim apartamencie, i zaciągnęłam walizkę do mniejszej sypialni, chyba przeznaczonej dla gości, ale równie pięknej jak ta pierwsza. Ściany pokoju były żółte jak płatki słonecznika, podobnie jak miękki dywan pod moimi stopami. Meble, w tym łóżko, wykonane były z ciemnego drewna, a drzwi szafy zamienione zostały w wielkie lustro. No i wszędzie te kwiaty…
Po pięciu minutach przyleciała do mnie Magda z szerokim uśmiechem na twarzy. - Patrz, co znalazłam - wyjąkała, podając mi kartkę papieru i rzucając się na pomarańczową kanapę. Zerknęłam na napisany ładnym charakterem pisma liścik.
Część 22 / 2
Kochane dziewczyny! Zostawiam wam klucze i numer rejestracyjny do mojego chevroleta. Tylko go nie rozbijcie! Drugiego samochodu, BMW, proszę nie ruszać! P.S. I nie wysadźcie mieszkania w powietrze
- ¡Bienvenido a Madrid! – zaczęła się chichrać Magda. – Kocham moją cioteczkę! Wiesz, już myślałam, że będziemy musiały szukać metra. Pokręciłam rozbawiona głową. - A co złego jest w metrze? Poza tym nie wiem czy to dobry pomysł jeździć wszędzie samochodem. A co jak go rozbijemy? Poza tym benzyna nie jest teraz tania, a kasy musi nam wystarczyć na miesiąc. - No tak, masz rację – Magda pokiwała niechętnie głową. – Ale parę razy możemy się chyba przejechać? Widziałaś basen na tyłach? - Nie… - odparłam, wkładając do szafy parę czarnych japonek. – A ty się już rozpakowałaś? Magda machnęła lekceważąco ręką. - E tam, kto by się tym przejmował. Jesteśmy w Madrycie! Właśnie, jakie mamy plany na dziś? - A bo ja wiem – wzruszyłam ramionami. – Może pozwiedzamy centrum? Zjemy jakieś tapas, krewetki czy coś? - I trzeba kogoś wyrwać, nudno mi samej – stwierdziła Magda, marszcząc czoło i robiąc naburmuszoną minę. Od liceum zawsze miała jakiegoś chłopaka, ale z ostatnim zerwała dwa tygodnie temu i teraz była sama. – Szkoda, że nie jestem blondynką, Hiszpanie wolą blondynki. Pod tym względem masz łatwiej. - “Ay, ay, ay, ay Ay mi amor Ay mi morena De mi corazon” – zanuciłam znany motyw z filmu „Desperado”. - Dobra, dobra, ja wiem swoje. A ty kiedy sobie kogoś znajdziesz? Ciągle tylko sama i sama. - Wszystko w swoim czasie – stwierdziłam tylko, czując lekki uścisk pod sercem. Nie miałam ochoty o tym rozmawiać, a Magda na szczęście nie męczyła dalej tematu. - Uwierzysz, że jesteśmy w Hiszpanii? Szkoda tylko, że Madryt nie leży na morzem – westchnęłam. - Nooo. Ale tu i tak mamy full atrakcji. Chodź, weźmiemy prysznic, coś zjemy, podlejemy te kwiatki i idziemy na miasto!
Przez trzy następne dni zwiedzałyśmy Madryt. Udało nam się zobaczyć główne atrakcje, czyli place Puerta del Sol i Plaza Mayor, Pałac Królewski, Pałac Kryształowy, budynek Metropolis, Gran Via, jedną z głównych ulic miasta pełną sklepów, knajp i wieżowców, i elegancką Calle de Selano. Wieczorami bawiłyśmy się w dyskotekach, barach czy pubach. I kierowca miał rację, Hiszpanie chyba naprawdę kochali Polki, bo jakoś zawsze znaleźli się jacyś, którzy z chęcią dotrzymywali nam towarzystwa. Dwóch nawet nie kryło, że są zainteresowani kontynuowaniem znajomości, ale szybko gasiłam ich zapał i nie zostawiałam nawet numeru telefonu. Czwartego dnia wstałam wcześnie rano, Magda jeszcze odsypiała wczorajszą dyskotekę. Mi się jakimś dziwnym trafem nie chciało spać, w sumie wręcz przeciwnie, byłam jakaś dziwnie niespokojna. Usnęłam może na godzinę, potem tylko wierciłam się zdenerwowana. Po krótkim namyśle postanowiłam odwiedzić targ El Rastro w centrum, była akurat niedziela, a właśnie w ten dzień tygodnia targ był czynny. Było daleko, ale miałam ochotę na samotny spacer, zakupy i przejażdżkę metrem, nawet jeśli musiałam jechać z przesiadką. Przez chwilę rozmyślałam w co się ubrać. Nie chciało mi się stroić, a na zewnątrz było strasznie gorąco, stanęło więc na letniej jasnej sukience w kwiatki i japonkach. Jednak gdy stanęłam przed lustrem, zawahałam się co do kiecki. Ja, jak zwykle blada, w kremowej sukience wyglądałam nie za bardzo, a już na pewno znacznie odcinałam się od opalonych Hiszpanek. W końcu machnęłam ręką, gdyż nie miałam siły się przebierać, delikatnie się umalowałam, spięłam włosy w kucyk, założyłam swoje bezoprawkowe okulary, zarzuciłam na ramię dużą plecioną torbę, po czym, uprzednio nakreśliwszy krótki liścik do Magdy, wyszłam z domu. Po tym, jak wysiadłam na stacji La Latina, szybko znalazłam się na El Rastro. Ludzi póki co nie było dużo, tak, że spokojnie mogłam się przejść po targu i pooglądać wystawione towary. A było tego pełno: ubrania, buty, biżuteria, wyroby ręczne, jedzenie, pocztówki i wszelakiego rodzaju pamiątki. Aż mi się w głowie zakręciło. Wpadłam nagle na pomysł, żeby znaleźć stoiska z jedzeniem, bo chciałam zrobić jakąś sałatkę i coś dobrego na obiad. Udało mi się to dopiero po pół godzinie, a następne trzy kwadranse spędziłam na wybieraniu i kupowaniu produktów. I tak, z niezłą ilością i różnorodnością owoców, serem queso manchego, szynką jamón, winem, oliwą i świeżymi krewetkami w torbie mogłam ruszyć z powrotem na stację metra. Z ulgą wydostałam się z targu, gdyż ścisk się zrobił nieziemski. Byłam już niedaleko La Latina i próbowałam jeszcze upchać do ciężkiej torby siatkę z pomarańczami, kiedy do kogoś dobiłam. Pomarańcze oczywiście wysypały się z siatki i potoczyły po chodniku. - I’m sorry – wyjąkałam automatycznie, nie mogąc przypomnieć sobie, jak powiedzieć „przepraszam” po hiszpańsku. - Nic nie szkodzi. Pomogę może… - usłyszałam słowa wypowiedziane z lekkim hiszpańskim akcentem, takim głosem, że aż poczułam skurcz serca. Musiałam podnieść wzrok i w tym momencie ze świstem wciągnęłam powietrze, po czym wstrzymałam oddech. Przede mną stał wysoki na ponad metr osiemdziesiąt młody mężczyzna z wesołym błyskiem w cudownych brązowych oczach. Włosy, jasnobrązowe, poprzetykane gdzieniegdzie pasemkami ciemnoblond, niedbale opadały mu na czoło, a na ustach igrał delikatny uśmiech. Poza tym markowa koszulka bez rękawów ukazywała umięśnione ramiona pokryte tatuażami. Nie miałam pojęcia co na mnie tak zadziałało, czy te błyszczące oczy, czy nieziemski uśmiech. Pewnie i to, i to, razem z całą resztą. Czułam, jakby świat wokół mnie przestał istnieć, a serce waliło mi jak oszalałe. I nie pomagało to, że wiedziałam kto stoi przede mną. Takie moje szczęście, albo i pech, że patrzyłam prosto na Javiera Garcię, czołowego obrońcę Realu Madryt. Wyglądałam pewnie przy tym jakbym była niespełna rozumu, a co gorsza nie mogłam się zmusić do wypowiedzenia ani słowa. Zobaczyłam nagle, że podaje mi pomarańczę i całą siłą swojej woli zmusiłam swój mózg do działania. - Dziękuję – wyjąkałam dziwnie wysokim głosem, wrzuciłam pomarańczę do torby i czym prędzej zaczęłam odbierać od niego drżącymi rękami resztę owoców. Naprawdę miałam ochotę zapaść się pod ziemię. - Nie ma za co – ponownie się uśmiechnął, tym razem szeroko i łobuzersko. Mało brakowało, a bym zemdlała. Kiedy już odzyskałam wszystkie pomarańcze i odeszłam dość daleko, odwróciłam się. Po prostu musiałam to zrobić. Zobaczyłam jak do Javier podbiegają do niego jakieś trzy rozchichotane nastolatki i błagają o zdjęcie. On, bardo zadowolony, oczywiście nie oponował, a po wszystkim odjechał swoim czerwonym ferrari.
Naprawdę nie wiedziałam jak dotarłam do mieszkania. Po prostu w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że stoję w hallu. - O, jesteś wreszcie! – Magda wypadła ze swojej sypialni i chciała mi zabrać torbę z zakupami, ale gdy tylko mnie zobaczyła, stanęła jak wryta. - Rany Boskie, Anka, co ci się stało? Zdałam sobie sprawę, że muszę się ogarnąć. - Nic, chodź, rozpakujemy to… to wszystko. I pomaszerowałam do kuchni. - Jak to nic? – Magda od razu poleciała za mną, wyraźnie zaniepokojona. – Wyglądasz jakbyś… Nie skończyła, tak jakby zabrakło jej słowa do porównania. Ciężko westchnęłam i położyłam torbę na drewniany stół w kuchni. Nie dam rady więcej udawać, poza tym w ogóle mi to udawanie nie wychodziło. - Okej, wiesz kogo widziałam w centrum? - Kogo? – Magda zmarszczyła brwi, chyba zdziwiona, że mogłam znać kogoś mieszkającego w stolicy Hiszpanii. - Javiera Garcię – wyrzuciłam z siebie w końcu. - Kogo? – wyjąkała Magda, przez chwilę nic nie rozumiejąc. Po chwili jednak coś…