Melodramat · 22 min czytania
Miłość nie umiera nigdy cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W życiu niczego nie można być pewnym. Zdarza się, że uroczą sielankę gwałtownie przerywają ogromne kłęby ciemnych chmur, gdy innym razem, ku naszemu zaskoczeniu, zza złowrogich obłoczków wychodzi przejrzyste słońce. Zapewne nie raz w dzieciństwie doświadczyła podobnej mieszanki, jednak dopiero teraz, kiedy jestem świadoma swoich przeżyć zaczęła doceniać chwile ulotnego szczęścia. Zaczytując się w ckliwe romanse wielkich pisarzy wyobrażała sobie poukładane, spokojne życie u boku kochającego męża i gromadki dzieci. Przecież to takie proste - powtarzała po każdym nieudanym związku, który miał być tym ostatnim. W rzeczywistości nic nie było proste. Wyciągała wnioski, analizowała co było nie tak, czego zabrakło. Olśnienie naszło w momencie, kiedy w wieku 26 lat odnalazła jedynego. Brakowało miłości. Zwykłej, niewymagającej, czystej miłości. On - postawny, młody mężczyzna o ostrych rysach twarzy i zniewalającym uśmiechu. Z zawodu żołnierz, męski i twardy, aczkolwiek potulny i uczuciowy. Ideał - tak go w duchu nazywała. Zakochała się od pierwszego wejrzenia. Chciała by został mężem, kochankiem, przyjacielem i ojcem jej dzieci. W głębi duszy bała się, że on się jej nie należy. Miewała sny, że życie skończy u boku pobliskiego pijaczyny, błagając o trochę grosza, by wykarmić płaczące dzieci. Budząc się w środku nocy przytulała się do Ideału z ulgą stwierdzając, że to tylko zła mara. Była słaba,krucha, zakompleksiona i niepewna siebie. Nigdy nie potrafiła zrozumieć dlaczego. Miała kochającą rodzinę, ciepłą i pełną domowego ogniska. Oni w nią wierzyli, ona w siebie nigdy. Walczyła sama ze sobą, lecz na nic zdawały się próby pokonania mazgajstwa. Każda z nich kończyła się fiaskiem. Dlatego też wybór jej mężczyzny był dla niej co najmniej niezrozumiały. Może on też się zakochał, może podobam mu się taka jaka jestem? Może dla niego też jestem ideałem? - pytała siebie w myślach. Z czasem utwierdzała się w przekonaniu, że rzeczywiście tak jest. Zasypywał prezentami, komplementował, kreślił wspólną przyszłość. Z radości mogła góry przenosić. On też był szczęśliwy, miała wrażenie, że uczucia Ideału opanowała do perfekcji. Były zaręczyny i huczny ślub. Ideał, którego mogła zacząć nazywać Mężem był nie do zastąpienia. Codzienna, zwykła szarość dnia była niekończącym się celebrowaniem miłości. Kolacje we dwoje, romantyczne wypady za miasto, upojne noce. Byli dla siebie stworzeni. Brakowało jedynie dziecka. Nieśmiało sugerowała podczas wspólnych nocy, że radosny śmiech malucha dopełniłby ich oazę szczęścia. Długo nie musiała go prosić. On pragnął tego tak samo jak ona. Ciążę znosiła łagodnie, bez żadnych komplikacji. Całymi dniami szykowała się na przyjście malucha. Kupowała śliczne ubranka, dekorowała dziecięcy pokój i z uśmiechem na twarzy obserwowała rosnący brzuszek. Bez większych problemów urodziła dwie dziewczynki. Bliźniaki, Nicole i Monica. Ekscytacja mieszała się z przerażeniem. Będzie ciężko, dwoje dzieci na raz - rozkładała ręce teściowa. Mimo wcześniejszych obaw, razem z mężem dawali sobie świetnie radę. W ciągu dnia ona zajmowała się dziewczynkami, wieczorami odciążał ją mąż. Obserwując z jakim uczuciem utula je do snu, wiedziała, że ma wszystko o co w przeszłości drżała z obawy. - Dziewczynki rosną jak na drożdżach. Lada moment, a będzie trzeba szykować wyprawkę do szkoły - zagaiła przy śniadaniu do męża, który z ponurą miną wisiał nad talerzem. - Yhm, masz rację kochanie. Rosną, bo po tatusiu - z lekkim uśmiechem odgarnął kosmyk włosów. Gdy tylko miał zły humor, był nieobecny, małomówny i w niczym nie przypominał potulnego mężczyzny jakim był na co dzień. Jego spojrzenie odległe i złowrogie, mina zacięta i nieprzyjemna. Zamykała się wtedy w sobie i dawała mu czas. Nie pytała, nie prowokowała kłótni. Po kilku dniach humor wracał a wraz z nim normalne życie. Zazwyczaj winę przypisywała sobie. Niepewność i stare lęki dawały się we znaki zawsze wtedy, gdy coś działo się nie po jej myśli. - Masz jakiś problem, prawda? - zapytała wprost, niespodziewanie podniesionym głosem. Spojrzał na nią zdziwiony. Nigdy nie miała tyle śmiałości, by pytać bez ogródek. Często miała podejrzenia, że to problemy w pracy, o które pytać jej nie było wolno. Zawsze krążyła wokół tematu, sama gubiąc się jakiej odpowiedzi oczekuje. Wówczas udawał, że nie wie o co chodzi i sprawa umierała śmiercią naturalną. Tym razem miała wrażenie, że to coś poważnego, że zbyt długo trwa jego złowrogi nastrój. - Co się dzieje? Powiedz mi, proszę - powtórzyła, tym razem błagalnie. Spojrzał jeszcze raz. Wstał, włożył naczynia do zlewu i czule pocałował ją w policzek. Wyszedł. Tyle wygrała. Z wściekłości gotowała się w środku. Udało jej się wprost zapytać męża jaki ma problem. Normalnie piałaby z dumy, kolejny krok ku wymarzonej śmiałości. Uczyła się całe życie stanowczości i zdecydowanych decyzji. Te momenty burzyły całą wypracowaną siłę. Uważała to za pewnego rodzaju ułomność. Przecież to mój mąż, przecież mamy dzieci, powinniśmy rozmawiać o wszystkim - myślała. Jednak mimo usilnych prób, pewnego respektu nie potrafiła pokonać. - Mamuś, o której będzie tata? Miał nam przeczytać bajeczkę! - oburzona Monica nie dawała za wygraną. - Kochanie, miałaś już dawno spać. Jutro tata przeczyta bajkę, a teraz biegiem do łóżka - wyprostowanym palcem ponagliła córkę, która z naburmuszoną miną wróciła do pokoju. Kiedy miał wrócić później zawsze telefonował. Był dokładny i sumienny, zawsze robił tak jak być powinno. Perfekcjonista. Czasem jego skrupulatność doprowadzała ja do wściekłości. Wszystko musiało być zaplanowane. Godzina wyjścia, obiadu, odpoczynku. Spontaniczność?Dawno zapomniała znaczenie tego słowa. Dlatego dziś, kiedy kolacja dawno wystygła, a obiecana dziewczynkom bajka nie przebiegła zgodnie z planem, zaniepokoiła się. Wybrała numer telefonu męża i z gulą w gardle odliczała sygnały połączenia. Próbowała kilka razy. Cisza. Cisza w słuchawce, bo w pomieszczeniu, w którym przebywała rozległ się głośny i nieopanowany szloch. Próbowała zrozumieć nie jego, lecz siebie. Boję się własnego męża, boję się -powtarzała w myślach. Nigdy jej nie uderzył, nigdy nie obraził, wręcz przeciwnie, walczył o kompromis, porządek i spokój. Skąd lęk? Pytała wiele razy siostry. Zbywała ją śmiechem i wmawiała chorobę psychiczną. Masz wspaniałego męża i dwójkę uroczych córek, nie jedna dałaby się za to pokroić! - mawiała za każdym razem. Miała rację, wiedziała o tym, tylko co z tego, skoro obawy jej nie opuszczały, a nawet się pogłębiały. Czasem zastanawiała się, czy siostrzane żarty o jej obłąkaniu nie są aby ciut prawdziwe. Łóżko było zimne i puste. Sen powoli przychodził, mimo iż broniła się okrutnie. Czekała na telefon, na odgłos otwieranych drzwi, na jakikolwiek znak, że wszystko jest w porządku. Licząc kolejne minuty, przysnęła. Niepokój wygasł ustępując miejsca snom, które napawały ogromnym optymizmem. Z rozwianą czupryną biegła przez piękne i słoneczne miasto, uśmiech nie schodził jej z ust. Czuła, że frunie. Wszystko co ja otaczało było radosne, szczęśliwe. Ptaki, niebo, zieleń, chciała tam zostać, chciała tam żyć. Z przestrachem otworzyła oczy. Za oknem świtało. Lekka ciemność, która przerażająco mieszała się z ogromnym hałasem. Od razu skojarzyła, że w kuchni ktoś tłucze naczynia. Przebiegła nerwowym wzrokiem po pościeli. Nie było go. Zatrzęsła się w duchu. Usiłowała na szybko uświadomić sobie co się w tej chwili dzieje, upewniając się przy okazji, że to na pewno nie sen. Musiała go powstrzymać, zanim obudzą się dziewczynki. Szybkim krokiem wpadła do kuchni. Rozbijał ślubny serwis stołowy. Widziała jak po kolei lecą talerze, filiżanki, sosierki. W powietrzu unosił się ohydny smród alkoholu. Sparaliżowana od góry do dołu nie czuła nic, nic oprócz spływających po policzkach wielkich jak śniegowe kule łez. Nie wiedziała jak długo stała patrząc jak niszczy całą zastawę, nie wiedziała czy zorientował się, że jest i go obserwuje. W momencie kiedy otwierał kolejną szafkę emocje dały upust. Przeeeeeestań! - krzyknęła z całych sił. Rzuciła się energicznie na podłogę zbierając w pośpiechu tłuczone kawałki szkła. - Bez wątpienia obudziłeś dziewczynki, na pewno są przerażone. Przecież nie mogą tego zobaczyć - łkała raniąc ręce ostrymi odłamkami. Miała wrażenie, że jej nie słyszy, patrzył tylko szeroko otwartymi oczami na to co robi. Po chwili, bez najmniejszego słowa wyszedł z kuchni, kierując się do pokoju córek. Jego zachowanie było niewytłumaczalne, a on nieprzewidywalny, dlatego odruchowo podniosła głowę i nasłuchiwała, czy aby nic im nie grozi. Dom ogarnęła cisza, spokojna i głęboka. Na zewnątrz wstawało słońce, takie samo jak we śnie, a jednak nie dawało tyle ukojenia. Zwykły poranek. Normalnie wstałaby, jak zwykle wcześniej, zrobiła śniadanie dla wszystkich. Kanapki do pracy dla męża, ulubione drożdżówki dla córek. Normalnie napiłaby się kawy, przejrzałaby codzienną prasę i ze spokojem czekała na godzinę pobudki reszty domowników. Dziś nic nie było normalnie. Lekko uchylając drzwi pokoju córek zauważyła, że zasnął. Wyglądali jak z obrazka. Po środku łóżka czuły tata oblepiony małymi rączkami z każdej strony. Uśmiechnięte buźki powodowały ciepły ucisk w sercu. Połykając grochy łez powoli, aby ich nie zbudzić wysunęła się z powrotem do kuchni. Sprzątając bałagan, zastanawiała się czy kiedykolwiek dowie się dlaczego. Głowa pękała od nadmiaru myśli, emocji i wrażeń. Skąd było w nim tyle agresji, nie potrafiła zrozumieć, a co dopiero przyjąć do świadomości i pozostawić bez wyjaśnienia. Wiedziała, że tym razem będzie inaczej. Tym razem dowie się o co chodzi, nie pozwoli się zbyć ani nie zadowoli półprawdą, wymyśloną na poczekaniu, tak aby uspokoić jej myśli. Postanowiła, że tym razem to ona będzie górą w rozmowie, która miała niebawem nastąpić. Musiała w końcu brać pod uwagę również siebie, bo nieustające kołatane myśli powoli doprowadzały ją do szaleństwa. Z dumą spojrzała na porządek, który wydawał się być bardziej dokładny niż przed szaleńczą zabawą jej męża. Tylko górna półka, na której do tej pory trzymała zastawę, straszyła pustką. Pomyślała, że zagospodaruje ją w inny sposób. Chwiejnym i zmęczonym krokiem ruszyła do sypialni w poszukiwaniu telefonu. Leżał na stoliku obok łóżka. Usiadła spokojnie na jego krawędzi i trzęsącą ręką wybrała numer do administracji z oddziału wojskowego jej męża. Wojskowy oddział regionalny Sił Powietrznych, słucham - po dwóch sygnałach usłyszała miły, aczkolwiek stanowczy, kobiecy głos. Dzień dobry. Z tej strony Amanda Baunder żona Henrika Baunder'a, dzwonię aby poinformować, że mąż dostał dzisiaj wysokiej gorączki i nie jest w stanie przyjść do pracy - starała się przemyślanie składać zdania, aby nie wyczuła jej zdenerwowania i nie rozpoznała, że kłamie. W słuchawce usłyszała lekkie…