Fantastyka · 18 min czytania
Miłość silniejsza jak śmierć
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Monika i Marcin kochali się. O tym wiedzieli prawie wszyscy: i najbliżsi i znajomi a nawet zupełnie obcy ludzie. Od najmłodszych lat zawsze widziano ich razem. I pasowali do siebie. To potwierdziło wiele osób. Niektórzy dodawali, że byli podobni do siebie fizycznie. Tragedia wydarzyła się w piątkowy wieczór. Czternaście dziewczyn i nauczycielka spłonęły żywcem w szkole. Wśród nich Monika. Nie udało się uratować żadnej z chórzystek przygotowujących się na niedzielny koncert. Ogień strawił kompletnie cały budynek i osoby wewnątrz. Nie dało się nawet zidentyfikować zwłok, gdyż jak podano w raporcie nie było żadnych zwłok do identyfikacji. Nie stwierdzono też ile osób spłonęło. Powołana komisja mająca zbadać przyczyny pożaru faktycznie niewiele miała pracy. Dyrektorka szkoły od dawna monitowała do władz o zabezpieczenie przeciwpożarowe budynku i to ostatecznie uznano za przyczynę pożaru, chociaż nikt z Wioski w ten powód nie wierzył. Nie znaleziono ani jednej osoby, która widziałaby początek pożaru. Kilka osób, pierwszych świadków mówiły o dużym zaawansowaniu pożaru. Jak zeznał miejscowy piekarz ogień pełzał po całej elewacji budynku. Ktoś inny dodał, iż nie widziano szkoły a jedynie ogień pokrywający budynek. Mówiono we Wiosce, że ogień płonął w … dół. Ale czy była to zasługa wiatru? Piątkowy wieczór wszyscy pamiętali pogodny i bezwietrzny. Czy Marcin wiedział, że Monika jest wewnątrz budynku? Na pewno, bo gdzie mogła być? W tym rozgardiaszu i panice mało, kto zapamiętał. Widziano go jak stał. Dopiero następnego dnia do niektórych ludzi dotarł fakt nienormalnego zachowania Marcina. Bo tylko stał i nic nie robił. Nawet nie próbował gasić pożaru jak robili inni. A później wcale nie rozpaczał. Jedynie matka Moniki usiłowała rozmawiać z nim o ile można mówić o rozmowie w obliczu takiej tragedii. -On stał jak słup soli. Patrzył i stał. Ja wiem, że nic się nie dało zrobić, to znaczy później zrozumiałam. Wtedy myślałam, że oszaleję. Ludzie biegali, płakali, słyszałam wrzaski. Wszyscy próbowali gasić ogień. A Marcin stał. W pewnej chwili rzuciłam się na niego, biłam na oślep, kopałam, pchałam. Wiem, byłam w szoku. Nikt nie mógł nic zrobić, więc tym bardziej on. Ale wtedy myślałam inaczej. Przecież tak bardzo kochali się z Moniką. Później zrozumiałam. Ta tragedia w nim się działa. Czy nie przyszło mi do głowy, że Moniki tym razem nie było w szkole na próbie? Nie. Nie myślałam o tym. Lubiła śpiewać i była osobą obowiązkową. Nigdy nie opuściła lekcji w chórze, więc niby, czemu wtedy? Pewnie, że chciałabym, ale to było niemożliwe. Strażak znalazł Marcina następnego dnia o świcie. Leżał nieprzytomny w trawie obok wypalonej po szkole ziemi. Strażak przysięgał, iż Marcin leżał w pozycji, jakie przyjmują spalone ciała. Charakterystyczne ułożenie zgięciowe kończyn. Widział już wiele ofiar pożaru i był pewny tego co mówi. Wydało mu się to nienaturalne. Jednak jego słów nie potwierdził personel przybyłej karetki pogotowia: ani lekarz, sanitariusze czy kierowca. Zasłaniali się niepamiętaniem. Lecz nie zaprzeczali. Tak mogło być. Jedynie nie zwrócili uwagi. Kto by pamiętał taki drobiazg po tragedii jaka dotknęła Wioskę. W piątkowy wieczór każdy z Wioski stracił kogoś bliskiego. Marcina przewieziono na pogotowie. Już miejscowy lekarz stwierdził, że to coś więcej niż omdlenie. Zastosowano kilka tradycyjnych metod przywracania do przytomności, ale nie pomogły. Pacjent zdradzał oznaki życia, lecz trwał w śpiączce. Został szybko przetransportowany do kliniki Stan Marcina wzbudził sensację w środowisku lekarskim. Nie było zgodności, co do diagnozy. Część lekarzy opowiadało się za komą, inni za bardzo głęboką katatonią. Dwóch lekarzy wysunęło hipotezę, że Marcin tkwi w śmierci klinicznej, chociaż stan utrzymywał się zbyt długo na ten rodzaj śmierci. Bo mózg Marcina funkcjonował zaś reszta procesów życiowych została spowolniona. Tak rejestrowała aparatura. Jeden z profesorów, zajmujący się długi okres przypadkiem Marcina prosząc o anonimowość powiedział: -Często dzisiejsza wiedza medyczna nie dociera do ludzkich schorzeń. Nazwałbym to przypadkami chorób czy stanów chorobowych z przyszłości, których na obecnym etapie nie da się nijak zdefiniować. Tak bym to ujął. Marcin przeleżał nieprzytomny dwa lata. Personel kliniki przyzwyczaił się do agonalnej śpiączki pacjenta. Prognozy przebudzenia pacjenta po tak długim okresie nie były optymistyczne. Więc wywołało zdumienie, gdy któregoś ranka ożył. Pielęgniarka dokładnie zapamiętała ten dzień. Takie wydarzenie na oddziale! Weszła, by rutynowo sprawdzić aparaturę a Marcin leżał z otwartymi oczami. Ucieszyła się. Ten chłopak wyglądał smutno i przygnębiająco. Przez okres rekonwalescencji nic szczególnego nie wydarzyło się. Badania nie wykryły żadnych odchyleń. Organizm Marcina funkcjonował prawidłowo. Jedynie chodził niczym robot, ale jak powiedział jeden z lekarzy, nie było w tym nic niezwykłego, gdyż dwa lata leżał. Również informacja o tak długiej zapaści nie wywołała u Marcina żadnej widocznej reakcji. Przyjął spokojnie jakby wiedział. Po jakimś czasie został wypisany. Klinikę opuścił rankiem zaś w Wiosce pojawił się dopiero popołudniem. Nikt nie wie gdzie przebywał i co robił kilka godzin w mieście. Autobus do Wioski jechał około godziny. Pięć godzin Marcin musiał gdzieś spędzić. W autobusie jadącym do Wioski nie został rozpoznany. Żaden z pasażerów nie zwrócił uwagi na bladego i wymizerowanego młodzieńca. Dopiero kioskarka w Wiosce rozpoznała Marcina, mimo że minęło ponad dwa lata od wypadku. Pani pracująca w kiosku lubiła obserwować przyjezdnych o ile nie pojawił się klient. Kiosk usytuowano na wprost przystanku autobusowego. W południe ludzie raczej odpoczywają a nie kupują, więc od razu rozpoznała. Marcina. Mało się zmienił jedynie schudł. Chwilę postał na placyku. Mrużył i zasłaniał oczy, chociaż dzień był pochmurny. Kioskarka podkreślała kilkakrotnie, gdyż zachowanie Marcina zdradzało jakąś anomalię. Postępował jak w czasie słonecznego dnia po wyjściu z ciemnego pomieszczenia. Gdy skończył ruszył w stronę rzeki. Kobieta z kiosku obstawała, że poszedł w stronę rzeki. Jednakże idąc w stronę rzeki musiałby przejść przez centrum Wioski. A tego nikt nie zauważył. Zaś w miejscu, gdzie kiedyś stała szkoła widziało Marcina kilka osób. Chociażby urzędniczka z gminy. -Jakby czegoś szukał. Nie wiem, dlaczego miejsca nie zagospodarowano. Staram się zrozumieć. Tam wydarzyła się tragedia. I powinna być jakaś tablica. Ale zostawić wypaloną ziemię? I postawić tylko krzyż? To kłuje w oczy. Przypomina. Tak jestem za tym by coś z tym miejscem zrobić. Każdy tego chce, ale nikt nic nie mówi i nikt nic nie zrobił. Jakby bali się. Zmowa milczenia? Nie. Myślę, że władze nie chcą narażać się bliskim ofiar. Nie o tym mówię? Więc widziałam Marcina. Chwilę przyglądałam się, co robi. Patrzył w górę. Wyciągał ręce i jakby czegoś szukał, dotykał. Kucał. Co chwilę zmieniał położenie. Miałam wrażenie, że szuka czegoś na ostatniej półce niewidocznej i wysokiej, trzeba się wspiąć na palce, głowa w bok, a palce ręki na oślep macają za punktem zaczepienia. On tak robił. A przecież tylko przeczesywał powietrze. Nie mylę się. Jak ktoś zachowuje się inaczej niż wszyscy od razu rzuca się w oczy. Potem już zachowywał się normalnie. Stał i wyglądał na zatopionego w modlitwie. Gdybym znała Marcina zagadałabym. Nie zawarliśmy nigdy bliższej znajomości. Mężczyzna pracujący w sklepie był pierwszym, z którym Marcin rozmawiał. Obaj znali się już wcześniej. Marcin długo myszkował w rupieciarni. Jak zauważył sprzedawca wyglądało, że szuka czegoś konkretnego. Na oferowaną pomoc grzecznie aczkolwiek stanowczo odmówił. Również nie przejawiał ochoty na rozmowę, chociaż sklepikarz usiłował nawiązać dialog. Dopiero, kiedy w jego rękach pojawiła się srebrna kula zmienił się. Sprzedawca nie mógł sobie przypomnieć, kto przyniósł kulę i czy tak naprawdę była srebrna i do czego służyła. Tak wyglądała i długo już leżała, bo nikt wcześniej nie był zainteresowany zakupem. Marcin chciał pożyczyć kulę. Powiedział, że nie ma pieniędzy, ale odda ją za dwa dni. Sprzedawca dał mu ją. W imię dawnej znajomości. Zresztą nikt i tak by jej nie kupił. Sklepikarz śmiał się, ale w pewnym momencie rozmowy z Marcinem poczuł, że musi dać mu kulę, bo jak nie, to stanie się coś strasznego. Na koniec spytał Marcina, do czego potrzebna kula, na co ten niezwykle poważnie odparł: do kontaktu. Dziwnym wydaje się, że Marcin nie odwiedził najpierw Staruszków bądź rodziny Moniki. Ale musiał mieć w tym jakiś cel. Później widziano go w…