Melodramat · 14 min czytania
Miłość umiera ostatnia roz. 3,4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
3.
Przyjechali na miejsce. Zagórze Śląskie położone nad rzeką Bystrzycą w kotlinie, było cichym i niewielkim miasteczkiem wypoczynkowym. Z dala od cywilizacji miało wielu adoratorów, którzy zamieszkiwali małe, kolorowe domki nad rzeką. Każdy ich dzień wyglądał podobnie, lecz to właśnie było w tym najpiękniejsze. Każdego poranka widziało się to samo i z każdym dniem kochało się ten widok, co raz mocniej. Ludzie wracali. Byli tacy, którzy przyjeżdżali na całe wakacje, a gdy nadchodził czas wyjazdu, płakali za tym, czego nie zobaczą przez kolejnych dziesięć miesięcy. Uzależnieni od piękna, od spokoju, po prostu od Zagórza. Gdy człowiek przebywa tam, gdzie czas stoi w miejscu, gdy doświadcza uczuć wcześniej nieznanych, gdy jest mu lekko i dobrze, pragnie więcej. Zachłannie po nie sięga, chce zmienić swoje życie, przebudować je i wprowadzić na stałe tylko te uczucia, dzięki którym krew krąży szybciej. Blondynka spojrzała na zegarek. Za piętnaście trzecia. - Gdzie chce wysiąść? – zapytał kierowca. - Jak najbliżej rzeki. Gdzieś tam jest nasz domek. - Zrobi się. - „Zdążę, muszę zdążyć” – powtarzała sobie w myślach nie mogąc się doczekać spotkania z rodziną. Żeby tylko ta presja czasu nie była tak wielka, wszystko inne można by uznać za idealnie rozpoczęte wakacje. Mężczyzna zatrzymał się zgodnie z jej życzeniem i dziewczyna podziękowawszy mu za pomoc wysiadła. Teraz każda minuta była na wagę złota. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby jej wskazać drogę. Jak na złość była sama. Za dwanaście trzecia. Blondynka nałożyła na głowę czapeczkę i wtedy usłyszała. - Nie złe wejście na przyczepie z drobiem. Dostrzegła Star Treka i jego właścicieli. Stali niedaleko i patrzyli na nią poważnie. Może oni jej powiedzą jak dojść do domku? - Sorry, wiecie może gdzie jest ulica Słonecznikowa? – podeszła bliżej taszcząc swój kilkukilogramowy plecak. - Może wiemy. To zależy, kto pyta. - Ja – blondynka odpowiedziała z nutką ironii. Za dziesięć trzecia. - Blondyna – odezwał się niższy i bynajmniej nie chodziło mu o jej kolor włosów. - Muszę tam być na trzecią, więc zostało mi dokładnie dziesięć minut. Skoro nie możecie mi pomóc zapytam kogoś innego. Odpowiedziało jej milczenie. No tak, czego mogła się spodziewać? W końcu jak ktoś nie ma pomysłu na podryw, chwyta się każdego, nawet głupiego. Dlaczego nikogo tu nie ma? Czy ci ludzie mają teraz sjestę, czy jak? - Masz jakieś imię? – dalsza część żałosnego podrywu. - Mam – nie miała czasu na pogaduszki. Za osiem trzecia. - No i? - Wiktoria. Gdyby tylko powiedzieli gdzie rosną te słoneczniki mogłaby spokojnie odejść. Nie chciała im się przyglądać, ale może w między czasie znajdzie jakiś sposób, żeby dowiedzieć się, w którą iść stronę? Niższy, zagadujący, wyglądał jakby nie widział się w lustrze od kilku dni. Może mu się wydawało, że ta broda jest seksowna? Ubrany w niebieski kombinezon, brudny od smaru, spoglądał na nią chciwie. Uśmiechał się głupawo i czekał aż ona odwzajemni ten uśmiech. Niedoczekanie. Za siedem trzecia. Drugi oparty o płot tylko się wszystkiemu przyglądał, ale blondynka nie mogła zobaczyć jego oczu. Nie pozwalała jej na to czapeczka z daszkiem, którą miał na głowie. Dostrzegła za to, że włosy spiął w kucyk i że były one jak jej, jasne. Ubrany tak samo jak jego kumpel żuł ostentacyjnie gumę i wcale go nie obchodziło, że ona ma jeszcze tylko pięć minut. - Gdzie się zatrzymałaś? - Na słonecznikowej – powtórzyła zrezygnowana. Właściwie była już spóźniona. W pięć minut nie zdąży dojść do domu. Westchnęła cicho i machnęła ręką. - Już nieważne – powiedziała nie wiadomo, do siebie, czy do nich. Pójdzie przed siebie i zobaczymy, dokąd trafi. Co za różnica czy przyjdzie pięć po trzeciej czy o czwartej, skoro reakcja ojca będzie taka sama? - Słonecznikowa jest tuż za rogiem – usłyszała nagle głos nieznajomego z kucykiem. Popatrzyła na niego z nieukrywaną wdzięcznością i udało jej się nawet uchwycić jego przelotne spojrzenie. - Dzięki – miała pięć minut i musiała się w nich zmieścić.
4.
Zdążyła, zdążyła. Weszła na podwórko dokładnie o trzeciej i od razu zobaczyła ojca, który też spojrzał na zegarek. Na jego twarzy pojawił się uśmiech i Wiktoria niczego więcej już nie potrzebowała. - Jesteś – powiedział i podszedł odebrać od niej plecak – Jak minęła ci podróż? - W porządku. - Trafiłaś na PKS? - Tak – skłamała. - To dobrze. Mama właśnie zrobiła obiad, zaraz siadamy do stołu. - Tylko się trochę odświeżę. - Przyjdź do ogrodu, bo w kuchni nie ma jeszcze miejsca na stół. Domek nie wyglądał dokładnie tak jak na zdjęciach, ale dalej przypominał mały, wiejski dworek. Mimo łuszczącej się ze ścian farby, dziurawych schodów i barierki, która odpadła, gdy Wiktoria położyła na niej dłoń, wydawał się przytulny. Z przodu duży ganek, otoczony zrobionymi z drewna ściankami, które porastała dzika róża. Wkoło roznosił się jej intensywny zapach i Wiktoria zerwała kwiat, by włożyć go sobie za ucho. W środku uderzył w nią zapach stęchlizny, mimo, iż wszystkie okna były otwarte na oścież. Kurz unoszący się w powietrzu osiadał na meblach, których było tu raptem kilkanaście. W kuchni mama w swoim fartuszku układała na talerzach gotowane na parze warzywa. - Czyżbyśmy przerzucali się na zdrową żywność? – Wiktoria podeszła do niej i pocałowała ją na powitanie. - Twój ojciec na starość dziwaczeje – matka strzepnęła niewidoczny kurz z fartuszka – Najpierw ten szalony pomysł z wakacjami na wsi a teraz jeszcze zdrowe jedzenie. Mleko prosto od krów, jajka tylko od ptactwa biegającego po podwórzu i domowej roboty chleb. Podobno jest tu piec do wypieków i ja mam się nauczyć jak go robić. Blondynka parsknęła śmiechem. - Nie wiem, czy nasza rodzina wytrzyma te wszystkie zmiany. A co na to Inga? Przecież ona, wychowana na Fast foodach nie będzie w stanie przejść na wegetarianizm. - Jak jej się nie podoba niech powie ojcu – matka zebrała wszystkie potrzebne jej naczynia i ruszyła w kierunku drzwi – Tylko się pospiesz, znasz ojca. Znała. Kolejna z jego żelaznych zasad, czyli wspólne posiłki. Nic tak nie cementuje rodziny, jak obiad spożywany przy wspólnym stole i możliwość podyskutowania o różnych, czasem ważnych. czasem mniej istotnych sprawach. To jest czas na bycie razem, cieszenie się swoją obecnością i rozwiązywanie trudności. Jak nie wspólny obiad to kolacja, jak nie kolacja to śniadanie, ale przynajmniej raz w ciągu dnia trzeba się spotkać przy stole. Wiktoria przyspieszyła swoją toaletę w niewielkiej łazience, w której o dziwo była zimna i ciepła woda. Włożyła na siebie jedną z mniej ulubionych sukienek, którą mama zawiesiła w jej prowizoryczne szafie i była gotowa. Nie zapomniała, jakie zdanie na temat spodni miał jej ojciec. - Spodnie są dla mężczyzn. Szkoda, bo ona tak uwielbiała swoje znoszone jeansy. Ukryła je pod łóżkiem i wyszła na podwórze. Inga i Diana siedziały już przy stole. Ponieważ nikt nie zaczynał konsumować nim wszyscy nie zasiedli, czekano na Wiktorię. - Żołądek mi się przyklei do ścianek – Inga z obrzydzeniem spojrzała na ugotowany brokuł.