Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 38 min czytania

Miłość w Portofino

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Tak na wstępie jeszcze, jeśli ktoś chce, to opowiadanie posiada soundtrack: http://www.youtube.com/watch?v=a825BlHaQa8&feature=fvst http://www.youtube.com/watch?v=hBuIjDfE3B4 http://www.youtube.com/watch?v=W2N5iyQuFWI&feature=fvst

Gdy obudziła się rano, w swoim jednoosobowym, niewygodnym łóżku z metalową ramą, na dole panowało poruszenie. Ktoś, zapewne matka, krzątał się po kuchni, szykując poranną kawę. Do nosa dziewczyny, zakrytego jeszcze pachnącą krochmalem kołdrą, docierał jej wyrazisty, przyjemny zapach. Ktoś inny i tym razem, był to zapewne jej ojciec, brał poranny prysznic. Dobrze słyszała znane od zawsze słowa piosenki: {i}Nie płacz za mną dziewczyno Dni rozłąki wnet przeminą I spotkamy się znów W ogrodzie pełnym bzów {/i} Ta prosta zwrotka towarzyszyła jej od najmłodszych lat. Julia podejrzewała, że jest ich więcej, ale niestety, najwyraźniej ojciec ich nie znał. Był letni poranek, słońce wpadało przez niewielkie okno, wychodzące na ulice. Właściciel sklepu na parterze kamienicy, właśnie otwierał interes. Zapach kawy mieszał się teraz nie tylko z wonią krochmalu, ale tez lekkim, ledwo co wyczuwalnym, aromatem świeżych owoców, wykładanych przed sklepikiem. Wydawało jej się, że słyszy muzykę, brzmiała, jak puszczana z daleka, ze starego gramofonu. Leżała jeszcze chwile pod pościelą, chłonąc dźwięki i zapachy. Nigdy wcześniej nie budziła się w tak przyjemny sposób. Gdy mieszkali jeszcze w dużym mieście, budził ją tylko dźwięk budzika. Tu było inaczej. Ciszej, więc była bardziej czuła nawet na najcichsze dźwięki, zwiastujące rozpoczęcie nowego dnia. Właściwie, jeśli nie liczyć braku towarzystwa w jej wieku, przeprowadzka do Portofino, małego portowego miasteczka, miała same plusy. W przeciwieństwie do większości młodych ludzi, Julia nie lubiła miasta. Większość siedemnastolatków na wieść o przeprowadzce z dużej, tętniącej życiem metropolii na senną wieś, zareagowałoby buntem, gniewem, oporem. Julii taka zmiana pasowała. Nie tęskniła za szybkim, chaotycznym stylem wielkomiejskiego życia, ani za szarością ulic, przerażającym ją zawsze tłumem i całym tym zgiełkiem. Tęskniła jedynie za Caroliną, swoją jedyną, prawdziwą przyjaciółką, która jednak miała ją odwiedzić za parę tygodni i zostać już do końca letnich wakacji. Julia lubiła wszystko to, co większość młodzieży w jej wieku nudziło, lub wręcz przyprawiało o mdłości. Lubiła śpiew ptaków, sposób, w jaki słońce przebijało się przez liście drzew, lubiła stare powieści, starą muzykę puszczaną z gramofonu – taką, jakiej codziennie koło szesnastej słuchał jej sąsiad zza ściany. Lubiła siedzieć sama w pokoju, czytać książkę lub patrzeć na nieśpieszne życie Portofino. Mieszkała tu zaledwie dwa tygodnie, ale zdążyła pokochać to miejsce całym sercem. Uwielbiała mrożony krem z kawiarenki na rogu, kota sąsiadów, wylegującego się na parkanie, sklepikarza z dołu, zachwalającego swój towar, rozchodzące się echem po mieście dzwony małego, zabytkowego kościoła, jedynego w Portofino. Lubiła tutejszych ludzi. Mieli to, czego w mieście nie miał nikt. Czas. Julia zawsze miała wrażenie, że nie nadąża za światem. A tu, czas jakby stanął w miejscu. Czuła się jak bohaterka jednej ze swoich ulubionych książek, której akcja działa się jeszcze przed wojną. Lubiła marzyć. Zawsze uciekała do marzeń. Teraz, chociaż chętnie pokontemplowałaby otoczenie ciut dłużej, mimo iż sprężyny łóżka boleśnie wbijały jej się w plecy, musiała wstać. Ponieważ do dźwięków z zewnątrz dołączył jeszcze jeden – głos matki, nawołujący ją do natychmiastowego zejścia na dół. Z głośnym westchnięciem, Julia odrzuciła kołdrę i niechętnie, z ociąganiem postawiła stopy na drewnianej podłodze. Potem usiadła, przeczesała ręką włosy, chwyciła szlafrok, narzuciła na siebie i wciąż nieco zaspana, wymacała okulary na nocnym stoliku. Dała sobie jeszcze chwile na rozbudzenie, po czym zbiegła po schodach na dół, mijając starego labradora, Nuke, śpiącego w koszu na korytarzu. Ojciec palił porannego papierosa, jednocześnie usiłując czytać gazetę i jeść śniadanie. Nie zauważył, że dżem z kanapki spływa mu na koszule. Matka kończyła smażyć naleśniki. - Siadaj i jedz. Po śniadaniu zabieramy się za strych – Rzuciła do Juli, pokazując jej krzesło, po czym spojrzała na poplamioną koszulę męża i rzuciła w niego ściereczką kuchenną, trafiając w twarz –Wytrzyj się, umorusałeś się jak świnia – Ojciec Julii mruknął coś pod nosem i zaczął ścierać dżemową plamę. - Mamuś, co dokładnie mamy zrobić z tym strychem? - Och, trzeba poznosić pudła po poprzednich właścicielach i pościerać kurze. Będzie tam pokój gościnny – Marianna, czterdziestoletnia pani domu usiadła pomiędzy swoją córką, a mężem, Juanem i postawił na stole talerz gorących naleśników. Nim zdążyła cokolwiek wziąć od ust, łącznie z poranną kawą, bez której dzień uważała za nieważny, ktoś zapukał do drzwi. Juan udawał nieobecnego i nieco nachmurzonego, Julia zaś brała przykład z ojca i niewidzącym spojrzeniem obserwowała kwiatki na parapecie. Marianna podnosząc oczy ku niebu, odsunęła krzesło i poszła otworzyć drzwi. W progu stała pani Flora, staruszka z naprzeciwka. Pani Flora prowadziła małą restauracje, w zasadzie, jedyną restauracje w Portofino. Teraz miała na swój codzienny stój narzucony poplamiony fartuch, a na twarzy malowało się wielkie zmartwienie - Pani Marianno kochana! Stało się nieszczęście! Mamy dziś wesele, niewielkie, tylko na pięćdziesiąt osób, ale kucharka nam zaniemogła! Pani tak dobrze gotuje, błagam, niech mnie pani ratuje! Zapłacę! - Wykrzykiwała kobieta, mocno przy tym gestykulując. Ruch jej rąk zagonił do mieszkania zapach ziół i czosnku. - Ależ pani Floro, oczywiście, że pani pomogę, ale nie ma mowy o żadnej zapłacie! Tak nam pani pomogła z tym mieszkaniem! - Marianna już ubierając buty i chwytała swój kapelusz gdyż ze względu na jasna cerę, unikała słońca jak ognia – Julio, zacznij proszę beze mnie. Znieś niepotrzebne pudła do kuchni i pościeraj kurze, wrócę tak szybko jak się da. Dziękuje, córeczko – I już jej nie było. Julia widziała przez okno, jak biegnie wraz z panią Florą w kierunku restauracji. Tak tu już było. Ludzie pomagali sobie. Jej rodzina była tu nowa, ale zadziwiające było ilu ludzi już ich zna. I ilu już wie, że jej matka jest fenomenalną kucharką, a ojciec zdolnym stolarzem. Jednak teraz Julia została sama, wobec perspektywy uprzątnięcia strychu. Ojciec, jak zwykle milczący, pocałował ją w czoło i wyszedł do pracy. Dziewczyna samotnie skończyła śniadanie, resztki wyrzuciła przez okno dla pobliskich kotów. To był taki leniwy poranek, jakie czasem zdarzają się w lecie. Nie chciało jej się ubierać, więc zrzuciła tylko szlafrok, w którym robiło się za gorąco i poszła na strych. Na strychu było ciemno, szurając powoli po zakurzonej podłodze, uważając, by na nic nie wpaść, dotarła do okna i mocnym pchnięciem otworzyła okiennice. Kurz zatańczył w promieniach słońca. Usłyszała dźwięk czterech łap Nuki, wchodzącego za nią na strych. Było to niewielkie, ale bardzo zakurzone pomieszczenie. Sufit znajdował się bardzo nisko, miejsca było akurat na małe łóżko i szafę, w sam raz na pokój gościnny. Stały tu różne sprzęty, pozostawione przez poprzednich właścicieli. Był wieszak na płaszcze, kilka kartonów, dwie niewielkie skrzynki, wieniec czosnku, wiszący na gwoździu w ścianie i stare lustro, w bogato zdobionej, zaśniedziałej ramie. Julia wzięła się do pracy. Z pewnym trudem zniosła na dół wieszak i wielkie lustro. Potem uklękła przy jeden ze skrzyń. Była zbyt ciekawska i zbyt wielką romantyczką, by przepuścić taką okazje. Wzbijając w powietrze tumany kurzu, otworzyła wieko. W środku nie było nic ciekawego. Stary wazon, talerze, sztućce. Może matka zechce je zatrzymać. Ale było też coś jeszcze. Małe puzderko, które okazało się być pozytywką. Julia nakręciła ją i z wnętrza mechanizmu wyłoniła się tańcząca para. Julia znała melodie, w rytm której tańczyły figurki, jednak nie pamiętała tytułu. Patrzyła przez chwile na obracającą się parę. Nuka podszedł i położył się obok niej. Ziewnął i szykował się do snu. Ale Julia patrzyła na przedmiot jak urzeczona. Dopiero po chwili zauważyła pożółkłą kartkę wetkniętą w pozytywkę. Był to liścik. Nie żaden list, ale liścik, w którym ktoś dawno temu napisał {i}„Czekam o dwunastej, tam, gdzie zawsze. Kocham. P.”{/i} Krótka wiadomość do ukochanej osoby. Julia nie byłaby sobą, gdyby nie zaczęła układać w głowie różnych scenariuszy. Kto napisał tę karteczkę? Czy adresat ją dostał? Czy kochankowie spotkali się tam, gdzie zawsze? Porwana romantycznymi rozmyślaniami, zapomniała o sprzątaniu. Dzień był coraz bardziej upalny, a ona miała w głowie tylko tę prostą treść krótkiego liściku. Co znaczy tam gdzie zawsze? Może na plaży? Albo na krzywym mostku nad rzeką? Julia wstała z zakurzonej podłogi i otrzepała kolana. Podeszła do okna, oparła się o spróchniały parapet i patrzyła w niebo. Okno na strychu wychodziło na inną stronę, niż pozostałe okna mieszkania. Widziała stąd głównie dachy domów, a w oddali mały port. Tuż pod oknem biegła ślepa uliczka, na którą wychodziło zaplecze sklepu, a po drugiej stronie wąskiej uliczki, stała kamienica, zupełnie taka, jak jej. Na pierwszy rzut oka, nie wyglądała na zamieszkałą. Z pomalowanych na zielono okien, całymi płatami schodziła farba, drzwi prowadzące do środka budynku, były zamknięte na głucho. Podobnie jak u niej, na parterze był kiedyś sklep, sądząc po szyldzie, rybny, sądząc po stopniu zniszczenia szyldu- było to dawno. Jedyny znak, że jednak kamienica jest zamieszkała, to otwarte okno na pierwszym piętrze mniej więcej na wysokości jej pokoju. Julia skupiła swoją uwagę na tym oknie i wychyliła się nieco do przodu, chcąc dostrzec wnętrze pokoju. Zdołała ujrzeć tylko fragment jakiejś drewnianej ramy, stare pianino i stojący na nim wazonik ze zwiędniętym kwiatem. Gdy tak starała się wyłapać więcej szczegółów pomieszczenia, ktoś zbliżył się do instrumentu. Usiadł przy nim i położył dłonie na klawiszach. Julia coraz bardziej wychylała się z okna, by zaspokoić ciekawość. Poprawiła okulary, które zjechały jej na czubek nosa. Pierwsze, na co zwróciła uwagę, to dłonie nieznajomego. Blade i chude. Za blade i za chude, wyglądały, jakby właściciel nigdy nie wychodził na słońce. Potem ubranie – Czarna koszula. Nie najlepszy wybór na tę porę roku, jak oceniła. Z tej odległości i pod takim kątem, widziała jeszcze tylko płowe włosy do ucha, niemodnie ścięte na pazia i nieco za duży nos. Postać, a Julia sądziła, iż jest to mężczyzna, siedziała chwile zgarbiona przy pianinie, potem wzięła głęboki wdech i szybko przebiegła palcami po klawiszach. Do uszu Juli dotarły pierwsze dźwięki Chopinowskiego Nokturnu. Znała ten utwór, jak wiele innych utworów klasycznych które uznawała za niezwykle romantyczne. Nieznajomy grał bardzo pięknie, wyraźnie miał wprawę. Julia zamknęła oczy. To były stanowczo najromantyczniejsze chwile jej życia. Tajemniczy liścik sprzed lat, leniwe lato w małej, Włoskiej miejscowości, jej własna młoda, romantyczna dusza i ta cudna muzyka wygrywana przed tajemniczego mężczyznę na starym pianinie. Wzięła głęboki oddech. Zapach kurzu ze strychu, świeża woń morza i ten szczególny zapach letniego poranka. Na zamkniętych powiekach widziała obrazy. Barwny motyl przysiadł na ciemnych cegłach starej kamienicy, kłosy złotego zboża chwiały się w letnim słońcu pod błękitnym niebem. Nieznajomy grał. Julia widziała teraz kobietę, w białej, zwiewnej sukni, biegnącej przez Portofino, w środku ciepłej, letniej nocy. Mija wąskie uliczki, spłoszone koty. Dociera na skraj miasta, do malej kapliczki. On czeka na nią przy powozie. Padają sobie w ramiona i uciekają. Tu nie mogą być razem. Dlaczego? Ona jest bogata, on biedny, Ona jest córką kupca, on zwykłym grajkiem. Tak, tak właśnie musiało być. Przed ucieczką schowała karteczkę od pozytywki. Pozytywka gra melodię, tę melodie, którą on zawsze grał dla niej. Tak, tak było. Na pewno. Nagle muzyka urwała się. To było dla Julii jak nagły upadek z łóżka, który urwał bezlitośnie cudny sen. Ktoś ostrym głosem wołał nieznajomego, ganił go za coś. Za co? Gdy Julia otworzyła oczy, już go nie było. Pozostał motyl na murze...

Matka Julii, zmęczona pomocą przy weselu, brak postępów w sprzątaniu strychu podsumowała pełnym wyrzutu milczeniem. Aby udobruchać matkę, Julia zaoferowała, że sama skończy porządki na strychu. Miała w tym też swój ukryty motyw. Chciała znów usłyszeć jak nieznajomy gra na pianinie. Dlatego też, następnego dnia zerwała się z łóżka, zanim sklepikarz otworzył interes, a matka zaparzyła kawę. Nawet Nuka patrzył na nią zdziwiony. Dziewczyna chwyciła w rękę kanapkę z dżemem i odprowadzana zdziwionym wzrokiem całej rodziny, pognała na strych. Tam szybko otworzyła okno i wystawiła twarz ku słońcu. Dziś było chłodniej, rześkie powietrze omiatało jej twarz. Czekała na muzykę, jednak panowała cisza. Stwierdziła, że nieznajomy musi jeszcze spać. Postanowiła więc dla zabicia czasu zając się tym, po co teoretycznie tu przyszła: nieszczęsnym przyszłym pokojem gościnnym. Zniosła resztę pudełek (oczywiście uprzednio dokładnie przeglądając zawartość. Zostawiła sobie małe lusterko, bogato zdobioną klamrę do włosów i oczywiste pozytywkę z liścikiem), zmiotła podłogę i nim się obejrzała, było już południe, a muzyki jak nie było, tak nie ma. Zdziwiona, rozczarowana i zniecierpliwiona, wyjrzała przez okno w kierunku okna pokoju z pianinem. Dziś nawet nie było otwarte, kamienica wyglądała na całkiem wymarłą. Czyżby to był tylko sen? Czy wczorajszy cudowny poranek tylko jej się przyśnił? Lecz dostrzegła ruch w pokoju. Ktoś tam był. Szybka odbijała światło w taki sposób, że nie mogła nic dostrzec, poza tym, że ktoś tam stanowczo był. I to blisko okna. Zdeterminowana dziewczyna zbiegła do swojego pokoju otworzyła szufladę i znalazła starą lornetkę. Wbiegła na strych i ponownie przyjrzała się oknu, tym razem przez lornetkę. Widziała więcej. Przy oknie ktoś siedział. I był to ten sam ktoś, kto wczoraj swoją grą zabrał ją w krainę marzeń. Tym razem nie grał. Malował. Przed nim stała sztaluga, a chorobliwie blade dłonie, powoli gładziły płótno pędzlem. Julia skupiła się na obrazie. Zdaje się, że był to pejzaż, bardzo kolorowy. Uśmiechnęła się do siebie. Widać nieznajomy był wszechstronnie uzdolniony. Jednak w ruchach dłoni trzymając pędzel było coś niepokojącego. Nagle artysta zniknął z jej pola widzenia. Opuściła lornetkę i zamrugała szybko zdumiona. W tym momencie, ktoś podszedł bardzo blisko okna i otworzył je na całą szerokość. Julia o mało nie krzyknęła z zaskoczenia. Na ramach okna zaciskały się blade dłonie, niemal całe z wyjątkiem palców, zabandażowane, a twarz do słońca wystawiał, podobnie jak ona z rana, młody mężczyzna. Chociaż nawet nie, chłopak, niewiele starszy od niej. Był ubrany w luźną, nieco może za dużą białą koszule, zapiętą pod szyję. Jego płowa fryzura z przodu wyglądała jeszcze zabawniej, z grzywką równo ściętą nad oczami. Mogła bez problemu dostrzec szczegóły jego twarzy. Miał ciemne, gęste rzęsy, cerę równie chorobliwie bladą, co dłonie, twarz wychudzoną, z wystającymi kośćmi policzkowymi. Zbyt blade usta uśmiechały się delikatnie, gdy lekka bryza rozwiewała mu włosy. Nagle otworzył oczy – bardzo jasne oczy i spojrzał prosto na wpatrzoną w niego Julie. Chłopak uśmiechnął się do niej promiennie. Jego twarz nagle wydała się twarzą dziecka. Julia niepewnie podniosła dłoń by mu odmachać, gdy znów nieprzyjemny krzyk z wnętrza mieszkania, odwołał ostro chłopaka od okna. Ten spuścił tylko wzrok, a uśmiech zniknął z jego uroczej niczym u elfa, twarzy. Zamknął okno i nie patrząc na Julie, odszedł w głąb pomieszczenia. Przy oknie pozostał nieskończony pejzaż. Julii serce biło z emocji tak mocno, jakby chciało zagłuszyć tak szum w jej głowie. A więc tak wygląda. Jest chyba młodszy, niż myślała. Wczoraj wzięła go za dorosłego mężczyznę,. Grał z taką wprawą... Ale kim był ten nieprzyjemny głos? Czemu ktoś wczoraj kazał przestać mu grać a dziś nie pozwolił nacieszyć się słonecznym dniem? Oczywiście, ktoś mógł go po prostu wzywać do codziennych obowiązków ale, ten głos brzmiał zbyt wrogo. I te bandaże na jego dłoniach.. Julia jednego była pewna. W tamtym mieszkaniu dzieje się coś złego. Ktoś wyrządza krzywdę temu wrażliwemu chłopcu. Julia rozumowała w sposób niezwykle romantyczny. Dla osób takich jak ona, dowiedzenie się o co chodzi i pomoc młodemu chłopakowi, była czymś oczywistym. Wyjrzała jeszcze raz przez okno. Kamienica ponownie wyglądała na wymarłą. W Portofino wszyscy się znali. W Portofino wszyscy o wszystkich wiedzieli wszystko. A jeśli był ktoś, kto wiedział jeszcze więcej, to była to pani Flora. Julia omiotła strych badawczym spojrzeniem i upewniwszy się, że matka nie znajdzie niczego, do czego mogłaby się przyczepić, zeszła na dół. Wzięła pośpiesznie prysznic, przebrała się w czyste ubranie i poszła zapytać mamy, czy nie potrzebuje czegoś ze sklepu. I pytała tak usilnie, aż Mariannie przypomniało się, że skończyła się oliwa, więc jeśli Julia byłaby tak miła... Julia oczywiście byłaby tak miła, czemu nie, ale dopiero co skończyła sprzątać strych i w związku z tym nie miała czasu pościerać kurzy i …. Pani Marianna zbyła córkę machnięciem ręki Nie wiem co ty kombinujesz, moja panno, ale idź już. Dziś ci się upiekło – Julia wyszła na skąpaną w słońcu ulice, przywitała sklepikarza, pogłaskała kota i ruszyła w stronę restauracji. Pani Flora właśnie siedziała przy jednym ze stolików, wypełniając księgi rachunkowe. Przed nią stałą pełna filiżanka całkiem już zimnej kawy, jej córka, Eleonora, wycierała szklanki za barem nucąc coś pod nosem. O tej porze w restauracji było cicho, ponieważ dopiero skończono porządki po wczorajszym weselu, więc lokal był jeszcze zamknięty. Nie zważając na to, Julia pchnęła drzwi, dźwięk dzwonka obwieścił jej przybycie. - Dzień dobry. Wiem, że jeszcze zamknięte, ale chciałam porozmawiać z panią Florą – Uśmiechnęła się dziewczyna. Eleonora odstawiła szklankę i ziewnęła. - Napijesz się kawy? - Tak, poproszę. - Dziewczyna zbliżyła się do pani Flory – Przepraszam, że przeszkadzam, chciałam zadać parę pytań - Moje dziecko, wybacz, ale teraz nie mam czasu. Muszę zamknąć ten miesiąc, a wydatki ciągle mi się nie zgadzają – Staruszka podrapała się po garbatym nosie - Zostaw to mamo. Mówiłam, że zrobię to, jak tylko skończę kuchnie. - Eleonora wywróciła oczami, stawiając przed Julią aromatyczne espresso. Zapach kawy błyskawicznie rozszedł się po pomieszczeniu, budząc pochrapującą sprzątaczkę. - No już dobrze, dobrze. Jak sobie chcesz. Ale mówię ci, tu – wskazała palcem…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%