Erotyka · 22 min czytania
Miłość we Lwowie-cz 1."Wspomnienia"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czekam na granicy już 5 godzinę.Głodny i niewyspany.Sznur ciężarówek przypominający pytona zdaje się nie mieć końca.Ci co mają więcej pieniędzy przekupują celników ukraińskich wtykając do kontrolowanego paszportu kilka dolarów wedle uznania. Wjeżdzając na odprawę bez kolejki,przez co czas oczekiwania się jeszcze bardziej się wydłuża.Kierowca obok mnie Pan Rafał użyczył mi trochę jedzonka bo szczerze mówiąc kiszki grały prawdziwą orkiestrę symfoniczna z tego nic nie robienia ciągnącego się w nieskończoność. Powiem bez kitu ze wolał bym juz harować na jakiejś budowie przy 40 s. upale i mieć nad sobą jakiegoś czepialskiego szefa niż sterczeć tu tak bezczynnie i bezproduktywnie. Nie lubię czekać tak bezczynnie.Wtedy do głowy człowiekowi przychodzą i kłębią się w dyńce czarne myśli które za wszelka cenę chce stłumić.To natarczywe wspomnienie o niej...Kiedyś powiedziałbym na szczęście że ja mam...ale sytuacja w moim życiu przypomina górska kolejkę bez zabezpieczeń. Tak niedawno jeszcze uważałem ze jestem panem świata,ze mogę wszystko mając ją u boku.Gdy szedłem ulicą pękałem cały z dumy .Te ociekające pożądaniem spojrzenia facetów gapiących się na jej tyłek ,zrobiących nie jedno żeby go dotknąć i to poczucie ze ta roskoszną czynność należy tylko do mnie.Tylko i wyłącznie do mnie.Te długie wieczory i noce w jej mieszkaniu.Do dziś pamiętam zapach jej perfum...I do dzis przyprawia mnie o zawrót głowy.No cóż kochałem ją jak wariat.To znaczy...nadal kocham.Ale nie ma to juz większego znaczenia.To toksyczna sytuacja byla nie do zniesienia. A dla niej to była tylko dobra zabawa.A ja przygotowując te wszystkie romantyczne niespodzianki cieszyłem się jak glupi do sera myśląc że jestem taki wspaniałomyślny.Bylem w 7 niebie kiedy śmiała sie do rozpuku a ja myślałem że ze szczęścia.Zawsze wtedy nie mogąc pohamować śmiechu całowała mnie namiętnie i szeptała zmysłowo do uchu“ Kocham cię , mój wariacie!.".Wydawała się idealna w każdym calu w każdym atomie jej cudownego ciała.Wtedy mogłem powiedzieć że niczego w życiu nie potrzebuję.Mogę powiedzieć że na tamtą chwilę osiągnałem Nirwane.Serio. Dokładnie kubek w kubek milimetr w milimetr perfekcyjna kobieta,jak żywcem wyjęta z moich snów.Ale jak to jest w muzyce Klanu,szczypta zachwytu łyk cierpienia.Zrobiłbym dla niej każda rzecz bez wyjątku.Byłem zaślepiony jak gówniarz.Byłem pewien że to kobieta z którą spędzę resztę życia.Odpływałem na sama myśl ze będe mógł z nią dzielić każdą wolną chwile,każdy dzień po pracy będe mógł na nią patrzeć.Dzielić z z nią dobrymi i złymi momentami.Za każdym razem ekscytować się tą nadchodzącą chwilą cieszyć ze spotkam z nią jakby to było spełnienie moich najskrytszych marzeń.Iść na spotkanie z nią jakby to byla ostatnia dobra rzecz jaka miala mie spotkać .Wydawało mi się ze wszystko układa sie w naszym związku wzorowo.Pamiętasz jak wszyscy kumple zazdrościli takiej miłości.Oni byli raczej na etapie poszukiwań i eksperymentów.Mowili że oni nie potrafili by się ustatkować przy jednej kobiecie.Mieli w głowach prosty obcykany schemat.Podrywali laski w klubach stawiali im drinki a później komletnie pijane a później zabierali sie do "pracy". A rano zamawiali laskom taxi i odprawiali do domciu.Nie mogli sie nadziwić ze ich kumpel ma tak inny system wartości.Po prostu byłem pewnien swego w tamtym momencie.Wszystko układało się nad wyraz podręcznikowo.Ukoronowaniem miały byc nasze zaręczyny.Oczywiście wszystko załatwiałem sam.Nie chciałem żeby sie przemęczała.Dałem jej złotą kartę żeby sie zrobiła na bóstwo.Nawet nie zdawałem sobie sprawy co ta niewdzięcznica wyprawiała u mnie na chacie.Podwójna zdrada.Miziła sie w najlepsze ze moim przyjacielem Xavierem. Może dlatego zawód był tak sromotny.I kosztowało mnie tyle zdrowia jak nigdy nic w życiu.Ale pogodziłem się z ta traumatyczną sytuacją szukałem cały czas winy w sobie okrzepłem nabrałem dystansu postanowiłem że nie będe dawać jej satysfakcji staczając się na dno i sam doszedłem do wniosku ze lepiej teraz przed ślubem niż po ślubie.Później było by jeszcze gorzej.Męczarnie z rozprawami.Nawet lepiej ze odkryła sie już na zaręczynach.Później było by jeszcze gorzej zaangażował się do tego stopnia ze nie dałbym sobie rady z takim upokorzeniem.Byłem tak zaaferowany przygotowaniami ze nic nie zauważyłem jak ona ma to po prostu gdzieś. Zawsze miała ważniejsze sprawy. A to wyjście do kosmetyczki ,bo musi poprawić tipsy, jeszcze innym razem kumpela miała dołek i musiała lecieć żeby mogła wypłakać w ramię.Poza tym zgrabnie i umiejętnie usypiała mnie głodnymi kawałkami.Znała mnie doskonale.Wiedziała co w danej chwili chcę usłyszeć i ile powiedzieć żeby mnie kupić i całkowicie uspokoić moje ego.Zawsze to było jakieś czułym słówkiem albo ekstra seksem.Rozbrajała mnie gorącymi pieszczotami usypiała mnie w tym perfidnym kłamstwie.A ja głupi czułem się wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.Nawet nie nie zdawałem sobie sprawy z tego co robiła za moimi plecami.Nie wiedziałem do samego końca przez co bolało jeszcze bardziej.Specjalnie czekała do samego przyjęcia.W momencie najlepszej zabawy.O północy kiedy miałem założyc jej pierścionek.I wlaśnie wtedy kiedy miałem zadać jej to magiczne pytanie.Ona nonszalancko zatkala mi usta palcem wskazującym i z tryumfującą miną zaczęła swoje plugawe przemówienie.Doskonale wiedziała jak mnie zdyskredytować i upokorzyć przy wszystkich Wygłosiła protekcjonalnie ze mnie nie kocha.Dodała jeszcze że strasznie się wynudziła ze mną i ze powinni wszyscy jej współczuć.Mowiła ze mnie za kompletnego fajtlape i ze była ze mna tylko z litosci bo nie chciala miec wyrzutów sumienia ze zostawia samem sobie takiego patentowanego nieudacznika.Stwierdziła ,że w ogóle powinienem być jej wdzięczny za jej wielkoduszność.Totalnie wmurowało mnie w ziemię.Nie mogłem się ruszyc z miejsca.Automatycznie wybiegłem z przyjęcia blady jak ściana w szyderczej burzy śmiechu rodziny i przyjaciół.Śmiali się prawie wszyscy.Jednak jak zawsze od reguły jest wyjątek.Tym wyjątkiem w tej strasznej sytuacji był Vadim.Jak na najlepszego przyjaciela przystało był lojalny do końca.Nawet w takiej sytuacji nie dał się przekabacic mojej eks.Gdy po tym calym zdarzeniu przyśpieszonym krokiem szedłem do baru urżnąć się na trupa.On jako jedyny wyszedł za mną i gdy dogonił mnie i powiedział słowa których nie zapomnę do końca życia: -Krystian nie ważne co ona ci zrobiła nie ważne co Lidka myśli o tobie.Wiesz ile ludzi jest ci wdzięcznych za to co robisz jako wolontariusz w domu dziecka.Jaki inny facet w twoim wieku tak poświęcał by się bez reszty.Radosne uśmiechy dzieciaków które tak poczciwie całują cię w policzek gdy kupisz im kredki czy coś do zjedzenia.-zlapał mnie mocno za ramiona mówiąc podniesionym tonem patrzac mi odważnie w oczy.Ja totalnie spłukany po tej krzywej akcji odruchowo odepchnąłem go ,siadlem na murku kryjac twarz w dłoniach : -Stary,daj spokoj nie pocieszaj mnie! Komu ja jestem potrzebny? - wycedziłem ostro przez żeby ksztuszac się lzami.Serio w tamtym momencie nie widziałem większego sensu zycia.Straciłem światełko całego mojego życia.Wszystko dla czego żyłem oddychałem,wstawałem z łóżka. Patrzyłem przez dłuższy czas na przyjaciela po czym spokojniejszym tonem wycedziłem: -Powiem ci coś Vadim.Tata zawsze był niechętny mojej altruistycznej pracy.Mawiał , że tylko mięczaki robią coś tak głupiego i pomagają za darmo.Nie mial kompletnie szacunku do mojej pracy i pasji. Wiesz jaki był apodyktyczny.Zawsze musiało być tak jak on chciał.Wymarzył sobie twardziela który wylewa hektolitry potu na siłowni wyrywa ekstra panienki na wypasione auto zabawia z powodzeniem ludzi jest duszą towarzystwa.Nie mogł zdzierzyć ze ma takiego słabego charakterowo nieudacznika co solą życia nazywa jak on to czesto okreslał niańczenie tych wredych bachorów a ja wtedy wychodziłem do kościoła szukać siły do dalszego działania jak pamietasz.Czytałem Biblię i plakałem jak bobr...-Pamietam przecież doskonale!-ostentacyjnie przerwał mi vadim wodząc oczami po chodniku jakby szukając tej sytuacji we wspomnieniach. -Patrzyłem się na ciebie z przerażeniem gdy przychodziłeś do mnie na poddasze z tymi czerwonymi ,króliczymi od płaczu oczami.Nie musiałem nawet pytać o powód tych twoich nagłych wizyt.Rozumieliśmy sie bez słów...Ile to razy mama żartowała ze chyba jesteśmy blizniakami które jedno pomyliło brzuch i przypadkowo urodziło sie gdzie indziej...Zawsze po kłótniach z ojcem byłeś w mega rozsypce.Gadaliśmy wtedy całymi nocami.Rano z podkrążonymi oczami ale z roześmianą gembą wygladałeś jak nowonarodzony...-zawiesił głos jakby szperąjac we wspomnieniach.Dopiero wtedy patrząc na wspominającego Vadima uswiadomiłem sobie co jest w życiu najważniejsze.Po tej całej aferze z zaręczynami kompletnie przestawił mi sie system wartości.Ta rozmowa z przyjacielem była mi potrzeba wręcz niezbędna do dalszego życia.Zdałem sobie sprawę kto tak naprawdę dobrze mi życzy- Vadim Petlenko.Po mamie jedyna przyjazna mi dusza.Jakiż mu byłem wtedy wdzięczny.W przypływie emocji rzuciłem mu sie w ramiona i ścisnąłem z calych sil, i dodałem ochrypłym załzawionym tonem: -Jesteś moim najlepszym przyjacielem i zawsze nim pozostaniesz Vadim-byłem w kompletnej rozbitce.Wiem ze niektórzy powiedza ze to kompletnie nie męskie ale dla mnie płacz nie urąga facetowi. On wtedy spojrzał na mnie z niezrozumiałym spojrzeniem, lecz po chwili na jego twarzy pojawila sie tez nutka zadowolenia. -Ja zawsze nim byłem odkąd pamiętam.Od zawsze traktuje cię jak brata.A jeśli chodzi o tą wredną zołzę juz moja w tym glowa zebys o niej zapomniał mam nawet pewien pomysl-zawiesił głos tajemniczo po czym kontynuował-Ja tez nigdy nie zapomnę wam tego co dla nas zrobiliście-po czym usiadł koło mnie na murku i zaczął wspominać: - Pamiętam jak przyjechaliśmy tu z Ukrainy za chlebem.Nie mogliśmy z matka niczego znaleźć.Tułaliśmy sie to tu to tam.Żeby przeżyć grywałem na skrzypcach na dworcu.Gdy wpadło kilka groszy bieglem po czerstwy przeceniony chleb do dworcowego kiosku. Pamiętam jak chodziłem do was na obiadki.Zapraszała mnie twoja mama gdy wracała peronem z pracy.Zawsze czułem sie niemile widziany w twoim domu.Sorry ze tak mówię.Nie chcę żebyś pomyslał ze jestem jakimś niewdzięcznikiem...ale...wiesz chodzi mi o twojego ojca.Gdy pochłaniałem talerz przepysznej zupy twojej mamy on wchodził do kuchni i brał karawkę z whisky i mierzył mnie tym okropnym,przeszywającym i protekcjonalnym spojrzeniem.Jakby zobaczył jakiegoś nędzarza.Chodził naburmuszony po mieszkaniu,wygladał jak chmura gradowa, a raz słyszałem jak twoja mama spytała dlaczego tak sie zachowuje on syknął jej przez zęby z wściekłością ze nie są jakoś…